|
On
Wyszła z domu, aby zaczerpnąć wody ze studni, kiedy jej oczom
ukazał się niecodzienny widok. Oto jakieś dwadzieścia kroków
od niej biegł tłum ludzi z palmami i gałązkami oliwnymi w dłoniach,
krzycząc i śpiewając. Miriam z zaciekawieniem spojrzała w
tamtą stronę.
- Marku ! - krzyknęła do brata.
Pyzaty chłopczyk o płomienno rudej grzywie wybiegł z domu,
trzymając w ręku małą piłkę. Na widok kolorowego tłumu
radośnie klasnął w swe malutkie dłonie. - Miriam, kto to
jest? - wyszeptał i wyciągnął rękę w stronę mężczyzny w
białej szacie jadącego na osiołku. Dziewczyna nie odpowiedziała.
Opuściła dzban trzymany w dłoniach i szeroko otwartymi oczyma
wpatrywała się w nieznajomego. Był to mężczyzna lat około
trzydziestu, wysoki i szczupły. Jego oczy koloru wieczornego
nieba wspaniale kontrastowały z bielą twarzy. Miriam czuła jak
serce w jej piersi bije w oszalałym tempie. Oparła się o
pobliskie drzewo, aby nie upaść. Już po chwili rozkrzyczany tłum
zniknął za załomem muru.
W jednej chwili zrozumiała, że musi iść za nim. Żaden mężczyzna
nie wzbudził w niej tak gorących uczuć jak ten nieznajomy. Zdjęła
z ramion chustę, oddała bratu dzban na wodę i pobiegła w ślad
za rozkrzyczanym tłumem. Czuła, że musi być blisko niego, że
on jest jej przeznaczony.
Do domu wróciła późnym wieczorem. Marek spał na ziemi
przytulony do jej szaty. Łzy napłynęły jej do oczu na ten
widok. Zawsze płakała ilekroć wracała do domu, a od progu nie
witał jej śmiech matki i ciepły głos ojca. Jej rodzice zginęli
podczas niedawnego pożaru, który nawiedził tą okolicę. Została
sama z bratem. Położyła się na podłodze tuż przy chłopczyku
i poczęła składać pocałunki prawdziwej miłości na jego małej
twarzyczce. Marek poruszył się przez sen i mocniej przytulił
do ciała dziewczyny.
Szedł w jej stronę z uśmiechem na twarzy. W ręku trzymał
czerwone maki. Wybiegła mu na spotkanie, a on przygarnął ją
do siebie i rzekł:
- Witaj Miriam.
Zadrżała pod wpływem jego głosu. Następnie ujął jej małą
dłoń w swoje ręce i wyszeptał
- Nie bój się . . .
W jednej chwili wszystko zniknęło.
Czuła jak jej ciało wypełnia pustka. Jedyne co widziała to
blade światełko iskrzące w oddali. Nagle usłyszała cichy
pomruk . . . następnie potężny głos mówiący o czymś w
nieznanym języku. Mimo tego, że nie rozumiała słów, czuła w
nich dotkliwy ból, gniew, potęgę i ŚMIERĆ. Głos triumfu i
upadku . . . a potem nie było już nic . . . Tylko czerwone płatki
maków wirujące na wietrze . . .
Słońce chyliło się już ku zachodowi, kiedy się przebudziła.
Cichy pomruk grzmotu przetoczył się po niebie. Uczucie niewysłowionego
lęku opanowało jej serce.
Przykazała bratu nie wychodzić z domu i wiedziona nagłym
impulsem wybiegła na podwórko. W oddali na wzgórzu rysowały
się ponure sylwetki ludzi stojących wokół wysokich pali. Nie
wiedząc czemu udała się w tamtą stronę.
"Jezus Nazarejczyk. Król Żydowski"
. . . szept niebios : "Wykonało się" . . .
. . .i czerwone płatki maków wirujące na wietrze . . .
nabuchodonoZorka
nzorka@poczta.onet.pl
<<< poprzednie ::::
^^ do góry ^^ ::::
następne >>>
|