Opowiadania
Czytelników


Cykle

Inne

POWRÓT DO
AM




 
  <<< poprzednie :::: następne >>>
 

:::: Royal Gryffin vel Grey Wolf ::::

Wycieczka


Siadłem na motor i odjechałem, zostawiając za sobą zgliszcza wojennej zawieruchy. Krajobraz nie jawił się w różowych kolorach. Odjechałem w stronę zachodzącego słońca, szukać nowej nadziei. Jechałem tak po kres horyzontu. Jego granicę wyznaczał upływ paliwa w baku motocykla. Wcale nie czułem się kimś wyjątkowym, byłem jestem przeciętny. Moich włosów nie rozwiewał wcale wiatr, tak jak to jest opisywane w pierwszorzędnych produkcjach. To przecież jest tylko podrzędne opowiadanie, więc nie muszę dbać o szczegóły i pikantne opisy czy finezyjne frazesy. Wszystko jest frazesem. Nic nie znaczącą błahostką urojoną w chorym umyśle opowiadającego ten bezsensowny skrawek snu. Wracając jednak do horyzontu i maszyny jednośladowej.

Wygodnie się rozsiadłem i powoli sunąłem przed siebie szukając lepszego jutra. Mijając kolejne znaki drogowe z napisami: 1 stycznia, 2 stycznia, 3 stycznia...... nabywałem kolejne zmartwienie to znów gubiłem ten bagaż by znów zapakować kolejne zbędne walizy, wypełnione kamieniami tak doskonale nadającymi się jako przyciski do papieru czy kamienie na serce. Czy można nazwać ten wytwór mojego umysł kinem podróży? Hmm. Wszystko, czego potrzeba jest.... Samotnik, szybka maszyna, horyzont. Tylko rozczochranych włosów i kilkudniowego zarostu brakuje. Jeśli mowa o przemieszczaniu to wspomnę jeszcze o pewnym wózku. Co, nie wiecie, o jaki wózek mi chodzi. Proszę, odwróćcie się i spójrzcie za siebie. Tak to ten, który ciągniecie. To do niego ładujecie kawałki kamienia odłupane ze skalnego bloku, który się dumnie życiem nazywa. To on was tak hamuje. Chcecie mieć skrzydła? Macie je, tylko latać nie potraficie. Sam fakt ich posiadania nie robi z was odkrywców niebieskich przestworzy.

Przemierzałem bezkresne doliny i pagórki, góry i pustynie. Dużo widziałem. Jechałem dniem i nocą. Bezustannie, bez wytchnienia, jedynie robiąc postoje na uzupełnienie bagażu. Miałem wytyczoną jasną trasę, jechać w stronę słońca, ścigać je. Zaczekaj, nie uciekaj. Mijałem wielu ludzi, którzy tak jak ja żyli swoją legendą. Widziałem brodatego mężczyznę toczącego kwadratowy kamień pod górę, po śliskim jak lód stoku. Był bosy i targały nim dreszcze wywołane zimnem poranka.

Widziałem, tego, który uwierzył. Dał wiarę mylnemu przekonaniu, że samo posiadanie skrzydeł czyni cię lotnikiem. Głupiec. Im wyżej wzlecisz tym dłuższy będzie upadek. Im na większą odległość się zapędzisz, tym boleśniejszy będzie powrót na ziemię. Nie wystarczą same chęci, trzeba mieć też trochę w głowie.

Kolejne znaki na drodze. 4 stycznia, 5 stycznia, 6 stycznia. Kolejny postój. Paliwo, bagaż, odjazd. Następna niepowtarzalna kraina. Któryś z rzędu motocyklista przyłącza się do mnie ale na następnym skrzyżowaniu skręca w sobie tylko znanym kierunku. O światła. Muszę poczekać, aż zapali się zielone. Teraz moja kolej, ruszam z piskiem opon gubiąc część balastu.

Widziałem ludzi wielkich ciałem a małych duchem. Poznałem ich. Mówili, że im źle z tym kim są. Chcieli wyzbyć się swojej fizyczności. Marzyli o ośnieżonych górskich szczytach. W ich snach przewijały się różne niesamowite, piękne motywy. Przemknąłem w swojej spokojnej wędrówce obok ludzi małej postury, a w których tkwiła ogromna siła i chęć do życia. Chcieli być bardziej fizyczni. Nie mieli innych marzeń ponad te o sile. Najdziwniejsze, że żyli obok siebie, a nie mieli o sobie bladego pojęcia. Jedni drugich nie znali. Nie zdawali sobie sprawy ile razem mogliby osiągnąć.

"Beznamiętnie podpaliłem świat, w końcu liczy się gest." - spłonął jak suchy stóg siana. Jeszcze w momencie trwania pożogi widziałem jak wśród płomieni odradza się na nowo, jak wśród ukropu wiją się zielone pędy. Letnia kanikuła była nie do zniesienia, mimo to życie jakoś się rozwijało, co prawda nie posiadało tej charakterystycznej dla siebie werwy i radości, ale w końcu liczy się gest. Byleby tylko dotrwać do jutra, do lepszego jutra.


Przemierzałem bezkres czasu mijając kolejne znaki. 7 stycznia, 8 stycznia, 9 stycznia i tak dalej. Moim oczom ukazywali się ci sami i inni ludzie. Zafrapowani własnymi wózkami i nie mogący pojąc po co im skrzydła. Wystarczyłoby żeby odpięli od siebie ten sznurek łączący ich z zbędnym chorobliwie ciężkim bagażem. Wystarczyłoby się odwrócić i spojrzeć.

Dostrzegłem biedaka rozciągniętego na skałach. Skarżył się na wątrobę, widziałem ptaka wydziobującego jego wnętrzności. Próbował go odegnać ale jego krzyki niknęły wśród wrzasków kruków, które właśnie nadciągały, by wydłubać mu oczy i wyssać mózg. Tak to płaci się za swoją dobroć.

Dotarłem do nowej ziemi. Odkryłem zwodnicze piękno. Mieszkały tam istoty cudowne i żyjące w błogiej nieświadomości, nie wiedzące o tym biedaku od kruków. Wszystko było złudne. Gdy raz powąchałeś kwiat z tej krainy zapominałeś... Wśród twarzy upojonych nieświadomością rozpoznałem kilku towarzyszy mojej motocyklowej wędrówki. Zmiana, która w nich zaszła powstrzymała mnie od oddania się w ręce błogiemu ogłupieniu.

Zostawiłem z tyłu kolejne znaki. 10 stycznia 11 stycznia 12 stycznia. Najbliższa stacja benzynowa była wiele mil stąd. Cóż musiałem jechać na resztkach paliwa. Ku mojemu zdziwieniu koła zaprowadziły mnie w miejsce docelowe i punkt wyjścia zarazem. Po wojennej zawierusze nie pozostało śladu, nie licząc kilku przewróconych drzew. Teraz rozpościerała się tu zielona bujna łąka a na niej pod podmuchami wiatru kołysały się kwiaty. W powietrzu unosiły się bańki mydlane. Słyszałem szczery, nieskrywany śmiech. Zaparkowałem i udałem się w stronę mojego domu. Tam wpadłem w jej objęcia. Wreszcie ją znalazłem. Wiedza.

Teraz mam świadomość, odkryłem to: Ziemia jest okrągła. Wszystkie proste to okręgi. Każda prosta jak strzelił droga, ma wspólny koniec i początek. Wystarczy to zaakceptować... A wtedy ona zjawi się sama.



Royal Gryffin vel Grey Wolf

phantazm@interia.pl


<<< poprzednie :::: ^^ do góry ^^ :::: następne >>>