|
Wycieczka
Siadłem na motor i odjechałem, zostawiając za sobą
zgliszcza wojennej zawieruchy. Krajobraz nie jawił się w różowych
kolorach. Odjechałem w stronę zachodzącego słońca, szukać
nowej nadziei. Jechałem tak po kres horyzontu. Jego granicę
wyznaczał upływ paliwa w baku motocykla. Wcale nie czułem się
kimś wyjątkowym, byłem jestem przeciętny. Moich włosów nie
rozwiewał wcale wiatr, tak jak to jest opisywane w pierwszorzędnych
produkcjach. To przecież jest tylko podrzędne opowiadanie, więc
nie muszę dbać o szczegóły i pikantne opisy czy finezyjne
frazesy. Wszystko jest frazesem. Nic nie znaczącą błahostką
urojoną w chorym umyśle opowiadającego ten bezsensowny skrawek
snu. Wracając jednak do horyzontu i maszyny jednośladowej.
Wygodnie się rozsiadłem i powoli sunąłem przed siebie szukając
lepszego jutra. Mijając kolejne znaki drogowe z napisami: 1
stycznia, 2 stycznia, 3 stycznia...... nabywałem kolejne
zmartwienie to znów gubiłem ten bagaż by znów zapakować
kolejne zbędne walizy, wypełnione kamieniami tak doskonale
nadającymi się jako przyciski do papieru czy kamienie na serce.
Czy można nazwać ten wytwór mojego umysł kinem podróży? Hmm.
Wszystko, czego potrzeba jest.... Samotnik, szybka maszyna,
horyzont. Tylko rozczochranych włosów i kilkudniowego zarostu
brakuje. Jeśli mowa o przemieszczaniu to wspomnę jeszcze o
pewnym wózku. Co, nie wiecie, o jaki wózek mi chodzi. Proszę,
odwróćcie się i spójrzcie za siebie. Tak to ten, który ciągniecie.
To do niego ładujecie kawałki kamienia odłupane ze skalnego
bloku, który się dumnie życiem nazywa. To on was tak hamuje.
Chcecie mieć skrzydła? Macie je, tylko latać nie potraficie.
Sam fakt ich posiadania nie robi z was odkrywców niebieskich
przestworzy.
Przemierzałem bezkresne doliny i pagórki, góry i pustynie. Dużo
widziałem. Jechałem dniem i nocą. Bezustannie, bez
wytchnienia, jedynie robiąc postoje na uzupełnienie bagażu.
Miałem wytyczoną jasną trasę, jechać w stronę słońca, ścigać
je. Zaczekaj, nie uciekaj. Mijałem wielu ludzi, którzy tak jak
ja żyli swoją legendą. Widziałem brodatego mężczyznę toczącego
kwadratowy kamień pod górę, po śliskim jak lód stoku. Był
bosy i targały nim dreszcze wywołane zimnem poranka.
Widziałem, tego, który uwierzył. Dał wiarę mylnemu
przekonaniu, że samo posiadanie skrzydeł czyni cię lotnikiem.
Głupiec. Im wyżej wzlecisz tym dłuższy będzie upadek. Im na
większą odległość się zapędzisz, tym boleśniejszy będzie
powrót na ziemię. Nie wystarczą same chęci, trzeba mieć też
trochę w głowie.
Kolejne znaki na drodze. 4 stycznia, 5 stycznia, 6 stycznia.
Kolejny postój. Paliwo, bagaż, odjazd. Następna niepowtarzalna
kraina. Któryś z rzędu motocyklista przyłącza się do mnie
ale na następnym skrzyżowaniu skręca w sobie tylko znanym
kierunku. O światła. Muszę poczekać, aż zapali się zielone.
Teraz moja kolej, ruszam z piskiem opon gubiąc część balastu.
Widziałem ludzi wielkich ciałem a małych duchem. Poznałem ich.
Mówili, że im źle z tym kim są. Chcieli wyzbyć się swojej
fizyczności. Marzyli o ośnieżonych górskich szczytach. W ich
snach przewijały się różne niesamowite, piękne motywy.
Przemknąłem w swojej spokojnej wędrówce obok ludzi małej
postury, a w których tkwiła ogromna siła i chęć do życia.
Chcieli być bardziej fizyczni. Nie mieli innych marzeń ponad te
o sile. Najdziwniejsze, że żyli obok siebie, a nie mieli o
sobie bladego pojęcia. Jedni drugich nie znali. Nie zdawali
sobie sprawy ile razem mogliby osiągnąć.
"Beznamiętnie podpaliłem świat, w końcu liczy się gest."
- spłonął jak suchy stóg siana. Jeszcze w momencie trwania pożogi
widziałem jak wśród płomieni odradza się na nowo, jak wśród
ukropu wiją się zielone pędy. Letnia kanikuła była nie do
zniesienia, mimo to życie jakoś się rozwijało, co prawda nie
posiadało tej charakterystycznej dla siebie werwy i radości,
ale w końcu liczy się gest. Byleby tylko dotrwać do jutra, do
lepszego jutra.
Przemierzałem bezkres czasu mijając kolejne znaki. 7 stycznia,
8 stycznia, 9 stycznia i tak dalej. Moim oczom ukazywali się ci
sami i inni ludzie. Zafrapowani własnymi wózkami i nie mogący
pojąc po co im skrzydła. Wystarczyłoby żeby odpięli od
siebie ten sznurek łączący ich z zbędnym chorobliwie ciężkim
bagażem. Wystarczyłoby się odwrócić i spojrzeć.
Dostrzegłem biedaka rozciągniętego na skałach. Skarżył się
na wątrobę, widziałem ptaka wydziobującego jego wnętrzności.
Próbował go odegnać ale jego krzyki niknęły wśród wrzasków
kruków, które właśnie nadciągały, by wydłubać mu oczy i
wyssać mózg. Tak to płaci się za swoją dobroć.
Dotarłem do nowej ziemi. Odkryłem zwodnicze piękno. Mieszkały
tam istoty cudowne i żyjące w błogiej nieświadomości, nie
wiedzące o tym biedaku od kruków. Wszystko było złudne. Gdy
raz powąchałeś kwiat z tej krainy zapominałeś... Wśród
twarzy upojonych nieświadomością rozpoznałem kilku towarzyszy
mojej motocyklowej wędrówki. Zmiana, która w nich zaszła
powstrzymała mnie od oddania się w ręce błogiemu ogłupieniu.
Zostawiłem z tyłu kolejne znaki. 10 stycznia 11 stycznia 12
stycznia. Najbliższa stacja benzynowa była wiele mil stąd. Cóż
musiałem jechać na resztkach paliwa. Ku mojemu zdziwieniu koła
zaprowadziły mnie w miejsce docelowe i punkt wyjścia zarazem.
Po wojennej zawierusze nie pozostało śladu, nie licząc kilku
przewróconych drzew. Teraz rozpościerała się tu zielona bujna
łąka a na niej pod podmuchami wiatru kołysały się kwiaty. W
powietrzu unosiły się bańki mydlane. Słyszałem szczery,
nieskrywany śmiech. Zaparkowałem i udałem się w stronę
mojego domu. Tam wpadłem w jej objęcia. Wreszcie ją znalazłem.
Wiedza.
Teraz mam świadomość, odkryłem to: Ziemia jest okrągła.
Wszystkie proste to okręgi. Każda prosta jak strzelił droga,
ma wspólny koniec i początek. Wystarczy to zaakceptować... A
wtedy ona zjawi się sama.
Royal Gryffin vel Grey Wolf
phantazm@interia.pl
<<< poprzednie ::::
^^ do góry ^^ ::::
następne >>>
|