A NIGHT AT THE OPERA
by Chrapek


Hej!
W tym numerze czwarty i chyba jeden z najbardziej znanych albumów (nawet dla kogoś, kto się Queenem nie interesuje) - A Night At The Opera. Za tym tytułem kryje się przebój, który jest znany do dziś i który zdobył dla Queen wiele nagród (chociażby Brit Award - najlepszy singiel ćwierćwiecza). Pewnie większość z Was wie już o czym mowa, ale ja nie będę uprzedzał faktów :). Zacznijmy więc od historii albumu.

Premiera płyty odbyła się 3 grudnia podczas brytyjskiej trasy koncertowej.
Przedtem jednak wydali pewien singiel, he, he zapraszam do recenzji obok :).
Niedługo po wydaniu albumu znów pojawiły się oskarżenia jakoby grupa używała syntezatorów, choć Brian May uzyskał brzmienia trąbek i klarnetów w Good Company jednie przy pomocy gitary. Brian May powiedział o różnorodności utworów w A Night At The Opera: "Fred śpiewa całkiem ckliwą balladkę, potem leci ciężki rock, a dalej jeszcze coś innego - chcieliśmy wszystkiego spróbować, ponieważ zawsze chcieliśmy poszerzać nasze możliwości muzyczne"
Album błyskawicznie wspiął się na szczyty zaś najbardziej znany singiel.. ekhem ;) - zajrzyjcie do recenzji obok :).
Na tym właściwie można zakończyć to małe przypomnienie.
Przystąpmy, zatem do samej oceny albumu:

Piosenka rozpoczynająca album to "Death On Two Legs". Zainspirowana kryzysem między grupą a managerem, w efekcie czego zerwano współpracę z Trident. Piosenka jest muzycznym nawiązaniem do tych wydarzeń. I faktycznie: "Wysysasz moją krew jak pijawka", śpiewa Fred na samym początku. A początek jest bardzo ciekawy i nietypowy, ponieważ zaczyna się jakby fortepianową etiudą (zalatuje mi to nawet ciutkę Chopinem :)) po której wchodzi zaraz gitara, z partią solową. Dalej co prawda jest dość standardowy kawałek, ale i tak jest to piosenka warta posłuchania. "Lazing On A Sunday Afternoon" o kolejny krok w stronę retro. I to do tego stopnia, że gdy zamknę oczy widzę gościa idącego w charakterystycznym staromodnym kapeluszu, wymachując laską :). Cóż więcej można opisać - piosenka ma ledwo minutę, lecz warto jej posłuchać, dla rozprężenia :) "I'm In Love With My Car" to piosenka wykonywana przez Rogera. Jest typowym krokiem, tym razem w stronę muzyki pop. Raczej standardowa, choć muszę przyznać, że jest w niej coś przyciągającego, np. efekty przejeżdżającego samochodu, wkomponowane, jako tło :).No i wydaje mi się, że to najlepsza piosenka jaką wykonywał Roger :). "You're My Best Friend" to kawałek autorstwa Deacona. Johna Deacona :). Muszę przyznać, że niestety niezbyt mi ta piosenka przypadła do gustu - nie dość, że jest mało odkrywcza, to wręcz standardowa aż do bólu. Fred po prostu śpiewa, do tła na które składa się w głównej mierze gitara basowa. Na plus mogę dodać, że standard Queen jest i tak o dwa nieba wyższy niż wszystkich innych zespołów próbujących grać rock :)." '39" to bardzo fajny kawałek, charakterem ciuteczkę, bardzo mało przypominający, mi "In The Lap Of Gods". Śpiewa tu Brian, z towarzyszącymi mu gitarami akustycznymi, co stwarza fajny specyficzny klimat, tych odległych czasów :). Wrażenie jest świetne :).
"Sweet Lady" to niestety chyba najsłabsza pozycja albumu. Nie dość, że charakterem przypomina "Now I'm here" to jeszcze Fred śpiewa jakby się męczył. Do tego podczas refrenu rock zmienia się w bałagan :). Zdecydowanie najmniej dopracowany utwór w "A Night At The Opera". "Seaside Rendezvous" to bardzo fajna piosenka, charakterem bardzo przypominająca "Lazing On A Sunday Afternoon". Najfajniejszy jest moment, w którym zespół po prosty zamiast śpiewać mruczy melodię piosenki (jeśli można to tak nazwać). Piosenka bardzo przypomina mi musicale z lat 30 , jeśli ktoś takowy widział, to wie o czym mówię :). "The Prophet's Song" - no co tu dużo mówić. Sprawia wrażenie jakby była prototypem Bo Rhap, albo na odwrót. Ale jest równie dobra. Wręcz nawet zaryzykowałbym stwierdzenie że jest lepsza. Niesamowite wstawki i melodyjność, występujące nakładanie głosów i chyba też z(a)miana kanałów stereo :) powodują niesamowitą słuchalność tej piosenki. Doprawdy dziwię się, dlaczego nie odniosła takiego sukcesu jak Bo Rhap. Jest z pewnością najdłuższą pozycją wśród wszystkich piosenek Queen - 8 minut. To naprawdę robi wrażenie - osiem minut muzyki, która ciągle wznosi się na wyżynach rocka :). "Love Of My Life" to już dziewiąty utwór na płytce. Bardzo melodyjna z użyciem fortepianu i gitary, wnosi trochę refleksyjności do albumu, przez swój spokój i taki lekko smutnawy charakter (jak i tekst zresztą). To jednak dalej silna pozycja albumu. "Good Company" - śpiewana przez Briana. Mnie się bardzo spodobała, choć w alternatywnej recenzji obok znajdziecie zupełnie przeciwne stwierdzenie. Bardzo fajny charakter, dzięki wprowadzeniu banjo, czy czegoś w tym stylu, oraz uzyskanie za pomocą gitary elektrycznej brzmienia trąbki i klarnetu. Bardzo pomysłowa i fajna piosenka. Kolejnego utworu przedstawiać nie trzeba - oto przed państwem "Bohemian Rhapsody". Opisywać jej tu nie będę, ponieważ jej recenzję macie obok (mego autorstwa zresztą :)). Powiem tylko, że jest to prawdziwy i uzasadniony hit. Ostatni utwór do dosyć ciekawe wykonanie (za pomocą sprzętu rockowego :)) hymnu Wielkiej Brytanii. I tu się zgodzę z Pewnym Gościem, że w tej formie bardziej mi się podoba :). GOD SAVE THE QUEEN :)!

PODSUMUJMY :
Death On Two Legs - 9/10
Lazing On A Sunday Afternoon - 9/10
I'm In Love With My Car - 9+/10
You're My Best Friend- 8/10
'39 -10/10
Sweet Lady - 6/10
Seaside Rendezvous - 9/10
The Prophet's Song - 10+/10
Love Of My Life - 9/10
Good Company - 9+/10
Bohemian Rhapsody - 10+/10
God Save The Queen - 10/10 ;)
Cały album: Pierwszy raz w historii Queen's Corner (i mam nadzieję, że nie ostatni ;)) wystawiam z czystym sumieniem maksymalną ocenę : 10/10
Opis niepotrzebny. Ocena mówi wszystko :).