*** Soundgarden - "Superunknown" ***


     Paradoksalnie prawdziwą wartość Soundgarden poznałem dzięki albumowi "Louder Than Love", który bynajmniej nie jest uważany za szczytowe osiągnięcie kapeli. Jednak właśnie słuchając w/w krążka zrozumiałem, jak wielkim albumem był wydany w 1991 roku "Badmotorfinger". Sytuacja zespołu podczas nagrywania "Superunknown" była więc dosyć trudna - zdyskontować sukces poprzedniej płyty (zarówno artystyczny, jak i komercyjny) nie stanowiło wcale łatwego zadania.

     A jednak udało się. Pochodzący z 1994 roku longplay przebił popularność wspaniałego poprzednika. Stał się również obiektem częstego ataku ortodoksyjnych fanów, którzy zarzucali pójście na kompromisy i zwykłe sprzedanie się. Rzeczywiście album jest łagodniejszy, bardziej piosenkowy, ale Soundgarden to cały czas rasowa, rockowa kapela, której naprawdę nie można posądzać o komercję.

     Przekonuje o tym już pierwszy kawałek - kapitalny "Let Me Drown" z charakterystycznym riffem. Energetyczny refren powala, a lekkie zniekształcenie wokalu dodaje jeszcze kawałkowi pikanterii. Sabbathowy klimat "Badmotorfinger" przywołuje "Mailman", chociaż w pewnych momentach zastosowano... melotron. Dosyć podobny i jeszcze cięższy jest "4th Of July" - soczyste gitary wprost wylewają się z głośników. I nawet jeśli te utwory są bardziej chwytliwe, a wokal Cornella trochę melodyjniejszy, to trudno zarzucić chłopakom, że zapomnieli o mocnym i ciężkim graniu. Natomiast naprawdę szybki, punkowy kawałek jest tylko jeden - trwający niecałe dwie minuty "Kickstand".

     Orientalne elementy poprzednich wcieleń Soundgarden nadal są obecne. Pierwszy z brzegu przykład - "My Wave" jest niby prowadzony przez zwarty, rockowy riff, ale potem zdecydowanie ustępuje on psychodelii. "She Likes Surprises" to wykapani Beatlesi - gdyby John Lennon zaczynał karierę w latach dziwięćdziesiątych, tworzyłby chyba właśnie takie piosenki. "Head Down" zaczyna się bardzo ciekawą zagrywką na gitarze akustycznej, która zresztą nie opuszcza nas do końca tego, także bardzo psychodelicznego utworu. Wyraźne znamiona psychodelii nosi "The Day I Tried To Live", zwłaszcza w warstwie gitarowej. Ogólnie jednak kawałek jest bardzo melodyjny i stanowi na tej płycie pomost między "starym" a "nowym" w muzyce zespołu.

     Według mnie największe wrażenie robią właśnie te piosenki (tak, piosenki), które często są podawane jako dowód sprzedania się zespołu. Wielki przebój "Black Hole Sun", hulający swgo czasu na MTV w godzinach najlepszej oglądalności, z powodzeniem można określić mianem ballady. Przynajmniej na początku - czysty, melodyjny śpiew Cornella, nieprzesterowana gitara. Później jednak, słuchając chorej solówki, przypominamy sobie, że mamy do czynienia z zespołem Soundgarden. "Spoonman", mimo że ostry, też jest bardzo chwytliwy, przede wszystkim za sprawą świetnego dialogu Chrisa z basistą Benem Sheperdem. "Fell On Black Days" także mało przypomina dotychczasowe dokonania grupy. Całość robi wrażenie zwykłej rockowej piosenki, a Cornell rzadko kiedy wchodzi w typowe dla siebie rejestry.

     Soundgarden jest uznawany za jeden z czterech wielkich zespołów, grających muzykę z Seattle. I jeśli rzeczywiście istnieje coś takiego, jak typowa muzyka grunge'owa, to właśnie "Superunknown" jest moim zdaniem najbardziej grunge'ową propozycją kapeli. Bardziej przebojowa, łagodniejsza, ale to wcale nie są zarzuty. Właśnie tutaj bowiem chłopaki pokazali rockowy pazur i to, że potrafią tworzyć dobre piosenki.

OCENA: 10/10


© Petarda