RECENZJE PŁYT PEARL JAM
część 3


*** "Binaural" ***

     Nie ukrywam, że akurat tę płytę darzę szczególnym sentymentem - jest to pierwszy album Pearl Jam, który w życiu usłyszałem i to dzięki niemu właśnie stałem się fanem tej grupy. Longplay został wydany w połowie 2000 roku i okazał się kolejnym najlepszym dokonaniem od czasu "Vitalogy".
     "Binaural" to moim zdaniem bardzo klimatyczny album. Ja przynajmniej ulegam jego specyficznej atmosferze od razu. Weźmy np. "Sleight Of Hand". Coś wspaniałego! Rzecz chwilami brzmi bardzo... trip-hopowo (zorientowani wiedzą, że to coś zupełnie innego niż hip-hop :)). Senne zwrotki zostają przerywane bardzo ciężkim refrenem z pięknymi chórkami. Skomponował to cudo Ament i, nie licząc "Jeremy", utwór ten pozostaje jego najwspanialszym dokonaniem. Kapitalny klimat muzycy tworzą również w wieńczącym całość "Parting Ways" - pomagają sobie przy tym smyczkami.
     Mnie jednak najbardziej porywają utwory bardzo jak na Pearl Jam zróżnicowane. W "Grievance" tempo zmienia się co chwila - raz wolno, z połamanym rytmem, raz szybko, z punkowym nerwem. Na dodatek kapitalny wokal Veddera - potwierdza, że nie ma sobie równych. Podobnie kontrastujący w swej budowie jest najlepszy na płycie "Insignificance".
     "Binaural" to bardzo świeży album. Pearl Jam nie powiela schematów - potrafi zaskoczyć słuchacza w każdym kawałku, a jednocześnie od razu poznajemy, że to właśnie ci muzycy ten kawałek skomponowali. "Nothing As It Seems" to mroczna ballada atakująca przeszywającymi na wskroś solówkami i ponurym kontrabasem. "Of The Girl" śmiało nawiązuje do akustycznych Zeppelinów. "Gods' Dice" to rozpędzony rocker. Całość jest świetna i tyle mogę Wam powiedzieć.
     Wypada jeszcze wspomnieć o bardzo dobrym brzmieniu uzyskanym przez Tchada Blake'a - bardzo przestrzennym, głębokim. Najlepiej słucha się w słuchawkach.

OCENA: 9/10


     W tym miejscu trzeba napisać o bardzo ciekawej decyzji podjętej przez muzyków przed wyruszeniem w trasę promującą "Binaural". Otóż każdy koncert zespołu w Europie i USA został zarejestrowany i wydany na dwupłytowym albumie! W ten sposób fan mógł kupić LP z koncertem, na który się wybrał. Wyszło tego razem ok. czterdziestu płyt, więc wybaczcie, ale nie opiszę tu ich wszystkich :). Wspomnę tylko o dwóch albumach z katowickiego Spodka. O wielkości kapeli świadczy fakt, że pomimo występowania z dnia na dzień (15 czerwca i 16 czerwca) na płytach powtarza się zaledwie pięć kawałków! Na ponad dwadzieścia pięć! Opłaca się więc kupić obydwa - tym, którzy nie byli na żadnym gigu polecam zwłaszcza 16 czerwca. Ta koncertówka została odznaczona przez zespół specjalną "pieczęcią aprobaty", a takich albumów było w Europie tylko pięć.

     I rzeczywiście koncert był wspaniały. Mniej ludzi i dużo więcej klimatu - "Corduroy", "State Of Love And Trust", "Off He Goes", "Habit", "Black"... Ech, czegoż chcieć więcej? Gwoli ścisłości - 15 czerwca też jest niezły, ale chłopcy jakoś za długo się rozgrzewali - najlepsze są kończące koncert, rozimprowizowane wersje "Alive" i "Rockin' In The Free World". Polecam.


*** "Riot Act" ***

     Najnowszy album Pearl Jam (premiera w połowie listopada 2002) nie przynosi żadnych zmian w wizerunku grupy. Ale czy któryś fan w ogóle takich zmian oczekiwał? Kapela gra swoje i robi to cały czas po mistrzowsku. Natomiast największym zaskoczeniem okazała się sprawa zgoła niemuzyczna - podczas nagrywania płyty Eddie ściął włosy (przez jakiś czas miał nawet irokeza!). Druga niespodzianka to klip do "I Am Mine" z koncertową (chyba - ma inną solówkę i troszkę inne brzmienie) wersją kawałka.
     Longplay otwiera "Can't Keep" - dosyć nietypowy, jak na otwarcie. Zazwyczaj w tym miejscu dostawaliśmy niezłego kopa, a ten numer jest spokojny - ciekawie zaaranżowany i porywający tylko wspaniałym wokalem. Co nie znaczy, że Pearl Jam nie gra już prawdziwego rocka - znajdziemy go dużo w następnym kawałku - "Save You". Z gniewnym tekstem na dodatek - buntownik Eddie w ogóle się nie zestarzał. Ostro jest też w "Ghost", aż się chce podkręcić gałkę z napisem "volume". Kapitalny, energetyczny numer. Inny rocker - "Get Right" wypada już deczko słabiej - brak wyraźnego pomysłu.
     Ogólnie jednak pomysłów jest dużo. Co chwila słyszymy piękne melodie, są też rozwiązania dotychczas nie stosowane. Chociażby "You Are" z mocno przetworzonymi gitarami. Z drugiej strony ukłon w stronę tradycji - "1/2 Full" to wspaniały blues prosto z delty Missisipi, a "Thumbing My Way" przypomina o fascynacji Neilem Youngiem. Tutaj w wersji spokojniejszej, taka "świąteczna" pieśń (żartuję oczywiście :)).
     Osobny akapit należy się wspomnianym melodiom - zaryzykuję nawet stwierdzenie, że "Riot Act" to najbardziej melodyjny materiał w dotychczasowej historii grupy. Wystarczy chociażby posłuchać singlowego "I Am Mine" czy mojego osobistego faworyta "Cropduster".
     Wnioski? Wyraźnie zadomowił się w zespole perkusista Matt Cameron - jest autorem trzech kompozycji. Album na pewno nie zawiedzie wiernych fanów. Zawiera wszystko to, co w muzyce Pearl Jam najlepsze i naprawdę trudno mu się oprzeć. Muzycy wypracowali własny styl i poruszają się w nim bardzo umiejętnie - po przeszło dziesięciu latach nadal nie przynudzają. Jeszcze sporo dobrych płyt wyjdzie spod ich rąk...

OCENA: 8+/10


     Uff, i to na razie wszystko. Tym, co przeczytali całą "trylogię" składam szczere gratulacje :). Stay heavy.

© Risk a.k.a. Petarda