*** Faith No More - "King For A Day... Fool For A Lifetime" ***


     Jeśli jesteś ortodoksyjnym fanem jakiegokolwiek gatunku rocka, nie czytaj tej recenzji. Płyta opisana niżej z pewnością cię nie zainteresuje. Wręcz przeciwnie - może cię nieźle wkurzyć. Nie ma tutaj żadnych zasad - wszytko miesza się ze wszystkim. Faith No More nie uznaje podziałów i szufladkowania. Gra to, na co ma ochotę.

     Swoją skłonność do szalonej eklektyczności członkowie zespołu wyrazili już na poprzednim albumie - "Angel Dust", uznawanym dzisiaj za jedną z najwspanialszych płyt poprzedniej dekady. "King For A Day..." wydaje się być jeszcze większym krokiem w tą stronę, bo swoją różnorodnością przebija poprzednika. Możliwe, że przyczyną takiego stanu rzeczy było odejście z kapeli gitarzysty Jima Martina, któremu niezbyt się chyba podobały wycieczki stylistyczne preferowane przez resztę kolegów. A czym przejawiają się te wycieczki? Przede wszystkim tym, że poszczególne kawałki wydają się być zlepkiem różnych fascynacji. Tu na porządku dziennym są utwory łączące trash z funkiem (np. "Get Out") czy elementy hardcore'owe z potężnymi metalowymi gitarami oraz klawiszami ("Cuckoo For Caca"). Niemal żadnego utworu nie da się jednoznacznie sklasyfikować do jakiegoś danego gatunku. Koszmar dziennikarzy jednym słowem (oby więcej takich koszmarów :)).

    Świetnie w tym całym bałaganie odnajduje się wokalista Mike Patton. Facet naprawdę potrafi zaśpiewać wszystko - niezwykle płynnie przechodzi od melodyjnego, wręcz soulowego śpiewu przez skandowanie aż do hardcore'owego ryku. Jego geniusz najlepiej słychać na koncertach, ale na płycie jego umiejętności też są po prostu zadziwiające. Weźmy chociażby "The Gentle Art Of Making Enemies" - wspaniały czad, w którym Mike co chwila zmienia manierę - raz szepcze, raz śpiewa mocnym, pewnym głosem, by za chwilę opętańczo krzyczeć. To samo w genialnych "Ugly In The Morning" oraz "Cuckoo For Caca", które swoją złowieszczą atmosferę zawdzięczają właśnie wokalowi. Wymienione przeze mnie kawałki zaliczają się do najmocniejszych w całym towarzystwie, co nie znaczy jednak, że Patton nie umie śpiewać łagodniejszych kompozycji. Wręcz przeciwnie - ma ciekawą, melodyjną barwę głosu i potrafi się wspaniale odnaleźć także w balladach. Nie przesadzam tak go chwaląc - sprawdźcie zresztą sami.

     No i wreszcie muzyka. Faith No More było chyba pierwszym zespołem tak nowatorsko łączącym ostry rock z różnymi innymi stylami, na tej płycie są już perfekcjonistami. "King For A Day..." wydaje się trochę łagodniejszy od poprzednika - dosyć dużo na nim spokojnych utworów. Najbardziej piosenkowy jest chyba "Evidence" - ballada z funkującą gitarką i łagodnym fortepianem. Jeszcze lepiej wypada "Just A Man" - tu już mamy ciekawszą aranżację - smyczki i chór tworzą piękny nastrój, chociaż jest też charakterystyczne dla zespołu "przełamanie" z ponurą melorecytacją. "Caralho Voador" to najprawdziwsze faithnomore'owe reggae z fajnym basowym "pochodem". Z dobrej strony pokazuje się w tym kawałku klawiszowiec Roddy Bottum, który na tej płycie w ogóle doszedł do perfekcji w tworzeniu swoistego tła dla muzyki kolegów. Kapitalny jest "Star A.D." - funk napędzany świetnym saksofonem. Znalazło się też miejsce dla brawurowego sola gitary - słychać, że ściągnięty przez Mike'a Trey Spruance nie jest jakimś żółtodziobem. Sam Patton śpiewa tu zresztą niczym James Brown (protoplasta czarnego soulu dla niewtajemniczonych).

     O najostrzejszych kawałkach już wspomniałem. Największe wrażenie robi chyba lekko industrialny "Ugly In The Morning". Dzika sekcja rytmiczna ze wspaniałym basem i superszybki refren z "rzygającym" Mikiem. Bardzo podoba mi się też robota gitarowa w tym utworze - wzbogaca klimat, nie przeszkadzając sekcji, na którą położony jest nacisk. W "Cuckoo For Caca" dużą rolę odgrywają natomiast klawisze, przynajmniej w nieco spokojniejszych fragmentach. Tu Patton oszczędził nam normalnego śpiewania - woli troszeczkę pohisteryzować.

     Są w końcu utwory "ostre, ale nie do przesady" (nie znalazłem innego określenia :)). "Ricochet", mimo że mocny, jest bardzo melodyjny. "King For A Day" jest bardziej złożony - rozpoczyna się spokojnie, z akustyczną gitarą, ciekawą linią basu. Za chwilę jednak zespół czadowo przechodzi do drugiej części - kiedy Patton krzyczy "Look! Everything's spinning", naprawdę można dostać ciar. Po jakichś dwóch minutach nadchodzi uspokojenie, a Mike coraz ciszej szepcze swój tekst. Wreszcie "The Last To Know". Leniwy, choć ostry riff, przeciągłe wokalne frazy i wspaniała atmosfera. A pod koniec rozwajchowana solówka.

     Zdaję sobie sprawę, że słowami nie oddam całej różnorodności tej płyty. Uwierzcie mi jednak na słowo: na "King For A Day... Fool For A Lifetime" dzieje się dużo dobrego i naprawdę warto kupić ten album.

OCENA: 10/10


© Petarda