![]() |
Po przesłuchaniu tego albumu sześć razy (z przerwami na herbatkę, oczywiście) w ciągu jednego dnia, na dodatek tego samego w który zakupiłem tę płytę, rozpiera mnie energia. Na pewno możecie się dziwić, jak death metal może "powerować" (nie lubię tego określenia, ale dosyć trafnie oddaje sytuację), więc na starcie powiem, że materiał na tej płycie to nie death, a raczej melodyjny heavy, połączony tradycyjnie z folkiem i tylko lekko doprawiony deathowymi efektami. "Elegy" to na pewno płyta dość przyjemna, ale na pewno nie łatwa.
Ale zacznijmy od ogólnej otoczki, czyli klimatu, który możemy doświadczyć już oglądając wkładkę. Na każdej stronie poza tekstem i "odblaskową" nazwą utworu, w tle znajduje się jakieś fajne kółeczko, pewnie przykład fińskiej sztuki zdobniczej. To pewnie tylko moja chora wyobraźnia, ale na stronie "Song of the Troubled One" widzę na kółeczku swastykę. Właśnie wskoczyłem do Encarty'97 (TM, ofcoz) i sprawdziłem - tak, to jest swastyka.
Reasumując, płyta genialna, nie ustępująca innym albumom Amorphisa. Bardzo wzruszająca, bardzo mroczna, bardzo klimatyczna i bardzo pogańska. Oczywiście ma wady w postaci miejscami kiepskich parapetów i "pewnego ciekawego utworu". Ale i tak gorąco polecam.
Oczywiście tematyka jest również fińska, wszak teksty są inspirowane czymś, co się nazywa "Kanteletar", czyli zbiorem wierszy i ballad, opowiadających o codziennym życiu Finów. Skąd wiem? Otóż panowe zamieścili na jednej ze stron notkę o tym, co im się jak najbardziej chwali.
A teraz muzyka. Przede wszystkim, panowie spuścili z tonu. Nie znaczy to, że stali się nijacy, ale muzyka nie jest (porównując z poprzednimi dokonaniami)"ciężka". Jednak o ile wspomniane "poprzednie dokonania" inspirowane były Kalewalą (przeczytajcie sobie tekst HEXa o Amorphisie a się dowiecie co to), to zmiana "tekstu źródłowego" nazwijmy to, uspołeczniła teksty, tzn. jak Kanteletar opowiada o życiu, to opowiada też o ludziach! A muzyka idzie w parze z twórczością liryczną i zależnie od nastroju jest pogodna lub dołująca.
Pierwszy utwór "Better Unborn" zaczyna się grą na sitarze (o ile się nie mylę to jest to hinduski instrument) i jest jednak małą odskocznią (niezbyt wybitną, ale i tak dobrą) od reszty albumu. Ogólnie, gitarom towarzyszą klawisze, czasami będące niestety nienajlepszej jakości. Jako podkład dla melodii służą chóry w tle, a wokalem zajmuje się facet od czystego śpiewu, a nie od growlu. Śpiew jest podobny do tego Hetfieldowskiego, jednak dużo lepszy. Wyraźnie czuć wszędzie inspiracje folkiem, szczególnie w "My Kantele".
Za zdecydowanie najlepsze z całej płyty uważam utwory:
-"On Rich and Poor", który można nazwać fińskim "Mother North", bo tematyka jest bardzo podobna, a muzycznie, choć różni się stylem (nie jest taka bojowa), dorównuje Norwegom.
-"My Kantele", za świetny i klimatyczny początek, dających z siebie wszystko wokalistów, genialne klawisze i wspaniały tekst. Niestety i tu znajdują się kiepskie partie parapetowe, np. podczas pierwszego zwolnienia, ale nic to. Akustyczna wersja nie ustępuje wiele "zwykłej", więc jest równie dobra.
-"Weeper on the Shore", bo ma genialną melodię, świetne partie klawiszy (pozostające w głowie i niechcące wyjść), wokale na wysokim poziomie i piękny balladowy tekst. Szczerze mówiąc, jest to jedna z moich ulubionych quasi-ballad. Czemu quasi? Bo tempem do grona tychże utworów się nie zalicza.
-"Relief", dynamiczny, szybki i mocny instrumentalny utwór. I tyle wystarczy.
Niestety, wdarł się tu jeden "shit", a jest nim "Cares". Są w nim dwa "interesujące" momenty. Pierwszy to jakaś cholerna wstawka techno, i to takiego łupiącego, z masą kulmadafakoskich efektów, które można usłyszeć na pierwszej lepszej dyskotece (na szczęście jest krótki). A drugi to, uwaga... DISCO POLO!!! Może nie tak do końca, ale gdyby to jakaś domorosła kapela biesiadna przerobiła, to by się "Cares" sprzedawał jak ciepłe bułeczki! Nic mnie prawdę mówiąc nie irytuje tak, jak te dwa momenty.