John Coyne: Hobgoblin I i II


Hmmm... czy aby tą książkę można uznać za fantasy, nie raczej za horror z wieeeeloma elementami tego właśnie gatunku.
Ups ! Zapominałem się przywitać :)) Więc to znowu ja wasz Pan Feanor recenzent a nie traktor : P (Ale się rymło)
A teraz zapraszam na reklamę ..... Zapraszam wszystkich miłośników Fantastyki i nie tylko na stronę której jestem współautorem a mianowicie www.szaraprzystan.prv.pl.
Przepraszamy za reklamy.

Więc ferie się wam skończyły :((przykro mi u mnie się jeszcze nie zaczęły ale za tydzień blendą :))

Dobra po tym przygłupawym wstępie zapraszam do recenzji właściwej.

John Coyne, nie znałem tego pisarza wcześniej (pisuje głównie horrory), jednak wywarł na mnie pozytywne wrażenie nastrojowym klimacikiem w swojej książce, właśnie o czym jest ten Hobgoblin ???

Ta dwutomowa książeczka opowiada historię chłopaka o imieniu Scot, jest on zapalonym graczem grę RPG Hobgoblin (opartej na mitologii Irlandzkiej). Podczas jednej z sesji w szkole postać Scota, legendarny król Irlandii Briana Boru (Paladyn wyższego rzędu) ginie, dziwnym zbiegiem okoliczności ojciec chłopaka ginie na zawał serca ...

Bez wysokich dochodów rodzinka wyprowadza się do małego prowincjonalnego miasteczka, gdzie matka Scota dostaje prace jako kustoszka na starym zamku. Scot jest troszeczkę niezrównoważony więc w nowej szkole robi sobie wielu wrogów (wiejskie byczki i głupole).

Poznaje również miłą dziewczynę imieniem Valery. Scot poznaje starego dozorcę zamku, byłego służącego właściciela przybytku. Jest on Irlandczykiem więc chłopak zasypuje go pytaniami na temat jego ojczyzny (Odpowiedzi zdziwaczałego staruszka są dziwne i mają na celu nastraszyć chłopaka ... co się udało). Po pewnym czasie wszystko zakręca, w okolicy zaczynają się dziać dziwne rzeczy, kumple zaczynają ostro pogrywać ze Scotem, pyzatym on sam uchodzi za snobka i odludka, który ma nierówno pod sufitem.

Paranoja bohatera pogłębia się gdy jego dom nawiedza Czarna Ans (postać z gry), chłopak zaprzestaje odróżniać rzeczywistość od fikcji i ....

Ok. Fabuła zarysowana ale nie zepsuje wam przyjemności czytania. Teraz trochę o stylu książki, jest on współczesny tzn. występują w niej szkolne zwroty, przekleństwa, dużo przekleństw... (święty nie jestem ale jak dla mnie jest tych wulgaryzmów za dużo co psuje troszkę ocenę końcową) a ,,koledzy" Scota są niezłymi zbereźnikami :)))).

Książki czyta się przyjemnie, powiedziałbym jednym tchem, krew nie leje się po ścianach, po podłodze nie walają się trupy i ożywione noworodki nie duszą swych matek ale i tak potrafi być strasznie.

O tej książce nie można napisać wiele,(chociaż dość długa to hmmm trochę rozciaplana {akcja w kilku miejscach na raz}) ponieważ po przeczytaniu dość szybko ulatuje z głowy, nic szczególnego jednak potrafi przykuć uwagę swoją lekkością i klimatycznością. Wystawił bym 4+ ale wulgaryzmy, trochę ich zbyt dużo i trochę badziewna fabuła (czepiam się ale mi wolno :)

Bla bla bla musze zapchać trochę miejsca bo się naczelny czepia że krootkie recki pisze :)

Ocena: 4/6 + 1 Silmaril i 1 Morgothek
- Silmaril za klimacik, i fajną intrygę.
- Morgothek za bluzgi (jestem fanem Tolkienowskiego stylu).

Np: Children of Bodom, Behemoth, Nirvana -very ape.

Pan_Feanor
Pan_Feanor@poczta.onet.pl