|
Philip K. Dick - "Dr Futurity" |
|
Rozbrajanie wąsatych panów z opalenizną to ostatnio rzecz bardzo na czasie. Ciekawym, czemu właśnie teraz rządy wszelakie zainteresowały się zbieraniem grzybów, jakie mogą wyrosnąć po zrzuceniu niespodziewanki z B-52? Że niby atak na WTC zmroził dzielne serca naszych braci zza wielkiej wody? A może wypadałoby uszczknąć coś z wyczerpujących się nieustannie zapasów ropy pod pretekstem pacyfikacji Złej Rasy (nie dość, że arabusy wszawe, brudne, to jeszcze żyletek nie mają! Fe!). Nie, tutaj już raczej przegiąłem; zapewne Dżordż Busz zapełnił majty czymś więcej niż własne siedzenie i postanowił zapewnić ludowi swemu pokój po wsze czasy. Ale... mogli być przewidujący. Mogli słuchać rad ludzi "z zewnątrz". Mogli czytać Dicka. Filipek bowiem ostrzegał przed skutkami prowadzenia polityki takiej, a nie innej, już w latach swej młodości. Wtedy to napisał powieść zatytułowaną "Dr Futurity". Bohaterem głównym i zarazem pozytywnym jest tutaj pewien lekarz, a może i doktor, który przypadkowo przenosi się w przyszłość (ostatnio to gdzie nie wdepniesz - buch! i już cię żrą dinozaury. Cholerne zawirowania kwantowe, niech je...). Spotyka na ścieżce swego przeznaczenia chore, zdegenerowane społeczeństwo, które rządzi się nieetycznymi i niemoralnymi prawami (chociaż dla tambylców jest to najzwyklejsza norma); trafia do świata, w którym za niesienie pomocy grozi śmierć. Medyk domyśla się więc, że lata studiów poszły na marne, ale za nic nie chce tego przyjąć do wiadomości (wiadomo - nie każdemu uśmiecha się utopienie taaakiej kasy w g... ehm, bagnie). Stara się uciec, a czym owocują ucieczki z pułapek czasowych? Zaplątaną fabułą, która nie zawsze kupy się trzyma, ale przynajmniej jest pomysłowa. Książka jest jednym z pierwszych dzieł Dicka - i to czuć. Styl nieco niedopracowany, a całość... Zdaję sobie sprawę, że można być przeciwnym rasizmowi, podziałowi na klasy społeczne, wojnom itp., ale Philip stworzył historię, podczas czytania której ma się wrażenie iż nad biurkiem pisarza wisiała kartka "NIE dla KKK - pamiętać". Zamiast oplatać banalne prawdy w skomplikowane przemyślenia bohaterów, dostajemy do rąk przewodnik po rzeczach, które są "be" (bo mimo przygód naszego doktorka, całe przesłanie zawiera się w prostych rozmowach z mieszkańcami obcego świata). Aż kłuje to w oczy. Chociaż czasami można wyczuć, że Filipek próbował być ambitny, zamiast interpretacji tekstu trzeba zwyczajnie wyciągnąć z danego fragmentu wnioski. Te dwie rzeczy (znaczy interpretacja i wyciąganie wniosków) trochę się od siebie różnią, jakby kto pytał, bo np. w zagadce typu "czym się różni żaba od najbardzieja?" nie trzeba nic interpretować - wystarczy logicznie pomyśleć. Mimo swej "toporności", książka jest przyjemna w odbiorze; znużenie czytelnikowi nie grozi, jednakże nie przepadam za atakowaniem mnie patetycznymi hasłami ze wszech stron. Podczas wystawiania powieści oceny szkolnej dałbym może "3", czyli swojsko mówiąc: dostateczny. Dlaczego? Gdyż "Dr Futurity" taki właśnie jest - dostatecznie dobry, żeby zabić czas. Brak tu błysku geniuszu obecnego w nowszych utworach Dicka, ale można to zwalić na karb niedoświadczenia. Wybaczmy więc naiwność, prostotę i wymuszone zakończenie i dajmy się wciągnąć w intrygę. military
|
|