Wychodzę na ulicę - przejeżdżają samochodziki, ktoś idzie z dzieckiem, jakiś menel sączy
Leszka. Monotonia codziennego życia. Jednak jest tyle wspaniałych rzeczy, dzięki którym szara rzeczywistość może zmienić się nie do poznania. Jednym z owych cudów jest jazda na desce/rolkach.
Skateboarding w Polsce nadal traktowany jest bardzo po macoszemu. W niektórych większych partiach miast widać tylko skromne grupki zapaleńców, którzy próbują mile i w jakiś ciekawy sposób urozmaicić sobie wolny czas. Nie inaczej jest i w mieście, w którym mieszkam ja - Łodzi. W całej dzielnicy, w której mieszkam, widziałem może - góra - dziesięciu skaterów. Boli mnie taki stan rzeczy, gdyż kocham ten sport i chciałbym poznać trochę więcej ludzi popierających moje zdanie i upodobania. Niestety - lwia część społeczeństwa zupełnie nie rozumie skaterów. Dorośli i osoby w "zaawansowanym" wieku krzywo patrzą na wyczyny delikwenta w szerokich spodniach i z deckiem pod stopami; pełnoletni, lecz jeszcze nie-dorośli (18-24 lata) zaabsorbowani są raczej nauką oraz spotkaniami z przyjaciółmi, zatem nie zwracają większej uwagi na to, co się wokół nich dzieje; młodzież - najtrudniejsza grupa osobników: piją, ćpają, zatruwają życie swoje, jak i najbliższych. Co gorsza nabijają się i - można powiedzieć - "tępią" inne subkultury. Byłem świadkiem bójki między takimi gnojami ze zwolennikami techno. To znaczy nie byłem świadkiem, tylko uczestnikiem. Dla pełnego obrazu sprawy napomknę tylko, że technofani (w tym i ja) wygrali:). Wracając do tematu: szydzą także ze skaterów. Te lumpy ubierają się jak skaterzy, deklarują, że nimi są, a mimo to gnoją prawdziwych pasjonatów deski/rolek, którzy w tym sporcie coś zrobili i co nieco rozumieją, na czym to wszystko polega. Ja takie zachowanie skwitowałem wyjątkowo krótko: "Ludzka głupota nie zna granic" i splunąłem na pseudo-skatera...
Coraz częściej także rozważam sprawę promowania skateboardingu przez rzesze ludzi (biznesmenów?). Hmmm... Bardzo mnie cieszy, że nareszcie, po tylu "chudych" latach ktoś postanowił przełamać bariery i uczynić skateboarding "prawdziwym" sportem, a nie żadną undergroundową zabawą. Cieszy mnie fakt, że turnieje mnożą się jak grzyby po deszczu, każdy podnosi swoje umiejętności, budowane są nowe skateparki, jest gdzie jeździć i w ogóle miodzio. Ale coś mi tu śmierdzi. Od dawna miałem złe przeczucia, że jak wreszcie ruszy machina napędzająca upowszechnienie skateboardingu, to w pewnym momencie coś pier**lnie i wszystko pójdzie w złą stronę. No i wykrakałem! Właściciele skateparków każą sobie płacić za wjazd do parku, turnieje obsadzane są żenującymi nagrodami i odbywają się na kijowych trasach, skateshopy wietrzą okazję i naprędce podnoszą ceny desek, rolek, ochraniaczy i tak dalej. Ludzka dobra wola polegająca na szczerej chęci wypromowania deski/rolek i dogodzeniu skaterom przerodziła się w najzwyklejszą na świecie rządzę zarobienia jak największych pieniędzy na tym sporcie. Mówię Wam: jest źle.
I znów jestem dosłownie rozrywany przez liczne uczucia. Stoję na rozdrożu - na prawo znak: "Skateboarding wypromowany: duża kasa do zarobienia, szacuneczek, laski". Kasa? Przecież i tak wszystko idzie do kieszeni sponsora i organizatora. Szacunek? Już cieszę się szacunkiem - wśród znajomych. Laski - wolę jedną, na stałe. Zresztą to wszystko może być realne, lecz równie dobrze snem, który się nie spełni.
Na lewo zaś tabliczna: "Skateboarding - podziemie: niczym nie zmącona jazda, bez nerwów, ale też bez kasy". Cóż, brutalna prawda i ciężka decyzja dla potencjalnego skatera. Wybór pozostawiam Wam.
Przemyślcie moje słowa. Jeśli najdzie Was ochota, skrobnijcie jakiegoś maila, a jeszcze lepiej napiszcie arta wdającego się w polemikę. Do przeczytania. NARA!!
[Devil]
|