KĄCIK HISTORYCZNY

ANCIENT ZONE nr 12

Rozbita barka
Marek

Nie będzie to tekst o (b)arce Noego, której poszukiwania wśród biblijnych zapaleńców wciąż trwają; nie będzie on nawet osadzony w realiach starożytnych, a takie w mym wykonaniu na łamach kącika przeważały. Wkroczymy w me ulubione klimaty, czyli świata cywilizacji Majów. Get this party started:

Wiedza o cywilizacjach prekolumbijskich w XIX wieku była... inaczej; wiedzy tej nie było w ogóle. Wiedziano właściwie tyle, że hiszpańskie konkwisty doprowadziły do podboju nowych ziem i pokonania mieszkających nań ludów.

W 1836 roku meksykański pułkownik jeździł po Jukatanie, przeprowadzając rekrutację do wojska wśród tamtejszych tubylców. W raportach znalazła się wzmianka o tajemniczych, zapomnianych jakby ruinach, na które natrafiono podczas przemierzania dżungli. Raport jakimś dziwnym sposobem dostał się do Nowego Jorku i wpadł w ręce pewnego adwokata, miłośnika cywilizacji starożytnych - Johna Lloyda Stephensa. Ów osobnik odbył w swym życiu wiele podróży po Europie, Egipcie i Mezopotamii, napisał dwie książki cieszące się niemałym powodzeniem, jednak jego najskrytszym marzeniem przez cały czas było dokonanie własnego, wielkiego odkrycia. A oto przed nosem pojawiła się notka, że w sąsiednim kraju znajdują się pozostałości jakiejś cywilizacji, błogo czekające wśród gąszczów dżungli na swego odkrywcę...

Na reakcję nie przyszło długo czekać. Przygotowując się do wyprawy, Stephens wertował wszelkie napotkane książki w celu uzyskania jakichkolwiek informacji o przeznaczeniu planowanej podróży, z marnym jednak skutkiem. Jak wspominałem, wiedza o tych cywilizacjach wówczas nie istniała. Mimo wszystko John trafił na wzmiankę pewnego Hiszpana, niejakiego Fuentesa, który podróżując wiek wcześniej przez teren Hondurasu, natknął się niedaleko wioski Copan na nieznane piramidy. Kraj ten stał się wkrótce celem ekspedycji Amerykanina, który jako towarzysza dobrał sobie przyjaciela, rysownika Fryderyka Catherwood'a. Na miejscu spotkała ich jednak przykra niespodzianka. Kraj ogarnięty był wojną domową.

Rewolucja obejmowała także inne kraje Ameryki Łacińskiej. Napotykając uzbrojonych murzynów, wygłodzoną ludność i splądrowane miasta, ekipa dotarła na skraj dżungli, przez którą prowadziła jedyna droga do Copanu. Przed nimi jawiła się bodajże najtrudniejsza część wędrówki - zatęchłe mokradła, nieprzespane noce, przyprawiające o dreszcze (żeby tylko dreszcze) piski i inne odgłosy dżungli, tropikalna roślinność raniąca skórę... Jakaż musiała być reakcja, gdy ekspedycji odsłoniło się kilka lepianek, zwących się wdzięcznie Copanem. Nie to miało być największym ciosem - tubylcy na wieść o pobliskich ruinach... po prostu pierwsze słyszeli!

Wszystkie trudy i cierpienia zdały się na nic. W akcie rozpaczy postanowiono jeszcze - dla formalności - pokręcić się jednak po okolicy. Wszakże tubylcy nie oddalali się nigdy zbyt daleko od miejsca zamieszkania, czując wielki strach przed dżunglą. Już w niedalekiej odległości od wiochy jak z ziemi wyrósł przed ekipą kamienny mur obronny. Za nim kryły się potężne w rozmiarach, bogato zdobione stelle stworzone przez nieznaną Stephensonowi cywilizację. Załoga przedzierając się przez gąszcz odsłoniła ich do końca dnia czternaście.

Rankiem dnia następnego Amerykanin chciał ponownie zapuścić się w miejsce odkrycia, jednak wizytę złożył mu niespodziewanie mieszkający nieopodal don Jose Maria informując, iż cała najbliższa okolica z ruinami włącznie jest jego własnością. Stephens nie mogąc zrozumieć, jak nieodkryte dotąd pozostałości po nieznanej cywilizacji mogą do kogokolwiek należeć, zignorował przybysza. Nieprzemyślana decyzja miała skomplikować sytuację już w najbliższym czasie...

Zaczęły się problemy z podpuszczoną, miejscową ludnością. Nikt nie chciał dla niego pracować, sprzedawać żywności czy dostarczać zaopatrzenia. W związku z zaistniałym problemem, Stephens poprosił obrażonego "właściciela ziemskiego" o podjęci rozmów. Co ciekawe, don Jose nie chodziło bynajmniej o korzyści materialne mogące wyniknąć z odkrycia pozostałości na jego ziemi, a sama satysfakcja z ich posiadania [ (materialiści :) ]. Dlatego wielkie było jego zdziwienie, gdy Stephens zaproponował mu odkupienie owego terenu. Zaskoczony sytuacją Jose Maria sprzedał w końcu szczątki za... 50 dolarów będąc w pełnym przekonaniu, że nabił Amerykanina w butelkę wciskając mu gromadę ułożonych kamieni.

Stephens mógł wreszcie bez przeszkód prowadzić dalsze poszukiwania. Po kilkunastu stellach odnalazł wreszcie to, co chciał - olbrzymią piramidę. Po dotarciu schodami na jej szczyt rozprzestrzenił się przed nim niewyobrażalny widok na dżunglę, z gąszczu której wybijały się ruiny piramid, świątyń i pałaców. "Miasto przypominało rozbitą barkę wśród oceanu, pozbawioną masztów i pozostawioną przez załogę na łaskę żywiołów" (przekład: Z.Kosidowski) - jak wspominał później Stephens.

Przemierzając dżunglę odkrywał coraz to nowe świątynie, posągi, ołtarze, schody tarasy i inne; nie mając cienia wątpliwości, że odkrył ważny ośrodek potężnej niegdyś cywilizacji. W drodze powrotnej do Stanów zwiedził Gwatemalę, Jukatan i dolinę Chiapas odkrywając nowe, zapomniane miasta, świątynie i piramidy.

W 1842 roku Stephens wydał książkę opisującą jego podróż przez Amerykę Środkową, która dała początek zainteresowaniem historyków i archeologów cywilizacją, która na długo przed Aztekami stworzyła wspaniałą kulturę i system państwowy. Cywilizację Majów.