Ostatni twardziel
Miasto Jerycho powitało mnie kilkoma rozsypującymi się chatami. W tych ruderach codziennie dokonywano brudnych interesów. Dwa gangi, które za wszelką cenę chciały upodobnić się do swych szefów z Chicago, zwalczały się nawzajem z niezwykłą jak na takich prostaków furią. Pociągnąłem ostatni łyk whisky z zakurzonej butelki. Panowała pieprzona prohibicja, ale ja miałem ją głęboko gdzieś. Miałem nadzieję, że podobnie nastawiony do tego gównianego zakazu jest barman. Zanim jednak dane było mi umoczyć usta w szklaneczce nektaru jakieś typy rozwaliły mi wóz. Spojrzenie na dziewczynę ich szefa kosztowało mnie kupę czasu i dobrych kilka stówek. Szybko zorientowałem się w sytuacji, pomocny okazał się skorumpowany szeryf i jego pomocnik Bobby. Mogłem zarobić tutaj niezły szmal. Uciekałem gdzieś na południe, może do Meksyku. Nieważne przed czym, ale forsa przyda się zawsze. Zastrzeliłem kundla, który wybił mi lampę w wozie. Okazało się, że to najlepszy cyngiel jednego z bossów. Teraz wiedzieli, jak dobry jestem. Angażując się tu i tam do sprzątania kilku skurczybyków mogłem wyssać ich portfele i odesłać do gorszego, mam nadzieję, świata kilku gnojów. Kiedyś ktoś powiedział mi, że jeżeli zginę, to przez spódniczkę. Może to i racja, ale nie mogłem tak zostawić kobiet, które w tym mieście traktowane były jak szmaty. Może i czasami jestem trochę dziwny jak na faceta bez żadnych zasad. Ale... Cóż. Jakkolwiek szybka byłaby moja spluwa, jakiekolwiek zasady kierowałyby człowiekiem, zawsze musi zapłacić. W jaki sposób? To się jeszcze zobaczy. Ale ta jedna rzecz jest pewna. Zapłata.
Filmy osadzone w czasach prohibicji posiadają niezaprzeczalny czar. Al Capone, przekupni gliniarze, długie płaszcze z ukrytymi pod nimi obrzynami. Wszystko to pozwala nam na uczucia, jakie towarzyszyły każdemu podczas czytania o piratach albo kapitanach statków kosmicznych. Coś odległego, czego nigdy nie będziemy w stanie dotknąć. Takie właśnie były lata 30. Jedyny okres, w którym jasna strona jest zazwyczaj alkoholikiem, zresztą nielegalnym. Prohibicja nie obowiązywała tylko w takich zapyziałych miasteczkach, jak Jerycho. Możliwe, że całkowicie fikcyjne, ale doskonale oddające klimat epoki, w której jedynym pewnym zawodem był karawaniarz. Główny bohater filmu ucieka przed czymś bliżej nieokreślonym. Staje do walki z dwoma gangami, które walczą między sobą o wpływy w miasteczku, gdzie nie ma centrali telefonicznej, a prąd wytwarzany jest w generatorach na ropę. Włoski gang próbuje nieudolnie naśladować wielkich bossów z Chicago. Kto wie, czy gdzieś wśród nich nie ma któregoś z historycznych ojców chrzestnych. Bruce Willis staje się pistoletem do wynajęcia. Bardzo szybkim zresztą. W ciągu kilku sekund potrafi odstawić niezłą jatkę za pomocą dwóch gnatów. Nasz kowboj wpada i rozwala ośmiu uzbrojonych typów za kilkoma pociągnięciami palców. Szary kapelusik, nienagannie skrojony garnitur, fazowa fryzurka. Oto on. Ostatni sprawiedliwy. W mieście, w którym każdy statystyczny mieszkaniec jest bandziorem na usługach mafii, jego odmienność staje się bardzo pożądana. Wolny strzelec, niezależny facet, szeroko mówiący o braku jakichkolwiek zasad staje się ulubieńcem pewnej dręczonej kobiety, która może pomóc mu w posłaniu do piachu kilku frajerów. Jednak kobiety są zdradzieckie i występne. Litując się nad inną bohater dostaje solidne manto. W pewnych momentach na usta ciśnie się uśmiech. Widać, że przeżył nie jedno. Nie ma żadnych zahamowań. Zabija i wykorzystuje ludzi bez mrugnięcia okiem. Jednak pewna metyska, jej medalik i niedola zawarta w tkliwej historyjce opowiedzianej w zrujnowanym kościele zmiękcza go. Widać, że naprawdę nasz cyngiel ma uczucie i poczucie. Oczywiście sprawiedliwości. Twardziele są zazwyczaj porządnymi facetami o ciężkim dzieciństwie. Doprowadzić do łez może ich naprawdę błaha rzecz. Willis nie płacze nawet, gdy twarz masakruje mu dziesięciu byczków, nie płacze, gdy z kulą w boku, ledwo widząc, masakruje cały gang. Nigdy nie płacze. Dlatego uśmiech na ustach widza jest bardzo pozytywny. Nie jest to historia gangstera z problemami, jakich po sukcesie "Soprano" było wiele. Nie ma tu pojedynczej łzy czającej się na policzku mordercy, odbierającego kolejne życie. Możemy tylko domyślać się, przed czym ucieka, dokąd zmierza tak naprawdę, możemy dopowiadać sobie ludzkie uczucia. Taka jest nasza rola jako widzów tego filmu. Kiedy jesteśmy zmuszani do pewnej pracy, sam obraz daje nam rolę do odegrania. Czujemy się docenieni, wywyższeni przez twórcę. Może dlatego "Ostatni sprawiedliwy" wywarł na mnie tak pozytywne wrażenie? Może.
Jeżeli chcecie zagłębić się w świat lat 30., oto bilet. Skoczcie do wypożyczalni albo czekajcie na seans w TV. Ale warto. Klimat tego filmu daje pojęcie o epoce prohibicji. Ciekawy to był okres i powinniście poznać go chociażby poprzez ten obraz. Chwilami troszkę naiwny, ale doskonały. Film pełen akcji przetykanej chwilami refleksji z twardzielem w roli głównego bohatera. Przepis na sukces, na western? Może na noir? Sprawdźcie sami.
Ostatnio pokazywany na TVN 25 grudnia 2002.
Piccolo
pokefil@wp.pl