Postanowiłem oddać do "Wizji Telewizji" tekst mojej próbnej matury (11.02.2002r.) z województwa wielkopolskiego (jest on o filmach kinowych, ale przecież kiedyś pewnie w TV też polecą). Wprawdzie winien był być on zwrócony polonistce, ale ja swój oryginał zatrzymałem (miła pani profesor chyba zapomniała, a tak w sumie to wcale nie powinna dawać nam tego do ręki, cóż, przepisy). Żeby mile połechtać swą próżność powiem, że została oceniona na "4", a pewnie byłaby jeszcze wyżej, gdyby nie "nieznajomość interpunkcji, i pisowni dużą i małą litera". Ale odgryzłem się na prawdziwej maturze - "5" ( niestety i tak z ustnych mnie nie zwolnili, kto wie dlaczego??? Aż wstyd się przyznać). Może trochę (???!!!) się tym chełpię, ale mam nadzieję, że naszą miłą naczelną Joannę, zmobilizuje to do odrobiny jeszcze większego wysiłku (wredny jestem, nie ma co!). {Jeszcze jak! Ja tu próbuję zapomnieć o maturze, a Ty mi jeszcze przypominasz! Ale za to zdążyłam już znaleźć parę błędów interpunkcyjnych i jedną źle użytą wielką literę ;D.} A czytelnikom też kiedyś się przyda.
"Każdy mówi, iż nie ma czasu do czytania..." (Adam Naruszewicz) Czy filmowa adaptacja utworu może zastąpić jego lekturę? Wyraź swoją opinię, analizując najnowsze ekranizacje klasyki polskiej.
Już od najdawniejszych czasów jedną z wielu rozrywek ludzkości było czytanie. Książki – początkowo niedostępne i bardzo drogie – upowszechniły się dopiero w drugiej połowie piętnastego wieku, dzięki wynalezieniu druku przez Jana Gutenberga. W analogicznym okresie zaczynają powstawać pierwsze utwory pisane w języku polskim z prekursorem Mikołajem Rejem na czele. "...niechaj narodowie wżdy postronni znają iż Polacy nie gęsi, i swój język mają...". Od tego zdania zaczyna się cała historia literatury polskiej. W porównaniu z książką, film i kino są wynalazkiem stosunkowo młodym. Lecz to właśnie dzięki odkryciu braci Lumiere sprzed ponad stu lat, mamy sposobność zapoznać się z czasem nieco odmienną wizją reżyserską dotyczącą przedstawionej pozycji literackiej. Już nasi rodzice mieli sposobność porównać czytaną wcześniej lekturę z jej adaptacją filmową, a ekranizacje takie jak "Popiół i diament" na podstawie powieści Jerzego Andrzejewskiego, "Lalka" w reżyserii J.W. Hasa, "Chłopi", "Nad Niemnem", lub choćby "Potop" i "Pan Wołodyjowski" według dzieł Henryka Sienkiewicza, a przełożonych na duży ekran przez Jerzego Hoffmana, zapełniały do ostatnich miejsc sale kinowe. Także obecnie daje się zaobserwować tendencje do kręcenia filmów na podstawie klasyków literatury polskiej. Może nasuwać się pytanie, czy przypadkiem filmy te nie są kręcone z myślą o np. licealistach, którzy sądzą, że obejrzenie filmu zastąpi im konieczność przeczytania książki? Mnie wydaje się jednak, że nie z taką myślą reżyserzy przystępują do pracy, gdyż najczęściej bodźcem do nakręcenia filmu jest chęć spełnienia swych marzeń, a często realizacja jest możliwa dopiero przy użyciu dzisiejszej techniki. Wróćmy jednak do pytania: "czy film może zastąpić książkę?".
Pierwszym ze sfilmowanych niedawno dzieł polskiej literatury jest "Ogniem i mieczem". Na temat powstania tego filmu narosło wiele legend. Początkowo reżyser chciał przystąpić do prac jeszcze w latach siedemdziesiątych, po zakończeniu zdjęć do "Potopu i Pana Wołodyjowskiego". Niestety, ówczesna polityka prowadzona przez państwo w stosunku do treści utworu niezgodnych z linią polityczną to uniemożliwiała. Swe marzenia dotyczące ekranizacji całości Sienkiewiczowskiej "Trylogii" pan Hoffman spełnił po ponad dwudziestu latach. Aktorzy stanęli przed dużym wyzwaniem (wszyscy pamiętamy nieśmiertelnych Olbrychskiego, Łomnickiego, czy panią Braunek), któremu sprostali średnio, a połączenie doświadczenia Olbrychskiego (który jako jedyny chyba aktor zagrał we wszystkich trzech częściach) z dopiero zaczynającym swą karierę Michałem Żebrowskim wypadło raczej słabo. Nieporozumieniem wydaje się także obsadzenie w roli Heleny Kurcewiczówny – kobiety o włosach koloru blond – pani Izabelli Scorupco, która w całym filmie ma może dwie kwestie, a przez większość tylko ładnie się uśmiecha. Dziwne, bo z tego co pamiętam, sienkiewiczowska Helena nie była niemową! Nie możemy mieć jednak pretensji do reżysera, miał swoją wizję i ją zrealizował, lecz zamiast kina ambitnego według mnie wyszedł z tego zwykły western, na który każdy i tak pójdzie "bo tak trzeba". Może on być uzupełnieniem, lecz osoba nie znająca literackiego pierwowzoru po wizycie w kinie będzie jeszcze bardziej zagubiona. Komercyjny sukces przesięwzięcia utwierdza mnie w przekonaniu, że tak musiało być, a sale kinowe wypełniły się miłośnikami tandetnych i prymitywnych filmów spod znaku "zabili go, ale uciekł", którzy później z dumą stwierdzali, że byli na "Ogniem i mieczem". Jedną z niewielu rzeczy, która mnie się w filmie podobała, była muzyka Krzesimira Dębskiego, która ratowała tę ekranizację przed niemalże całkowitym blamażem w moich oczach. Doskonale oddaje ona atmosferę i nastrój będąc dla mnie jednym z niewielu pozytywnych aspektów tego filmu.
Kolejną z ekranizacji jest nasza epopeja narodowa "Pan Tadeusz". Z dziełem tym zmierzył się laureat filmowej nagrody Oskara (oraz twórca filmów takich jak "Panny z Wilka", i "Wesele"). W roli głównej wystąpił znany już z "Ogniem i mieczem" Żebrowski, wspomagany przez debiutantkę Alicję Bachledę-Curuś w roli Zosi, oraz Grażynę Szapołowską jako Telimenę. Pewne kontrowersje były co do obsadzenia roli ks. Robaka – ostatecznie, mimo licznych sprzeciwów otrzymał ją gwiazdor polskiego kina sensacyjnego – Bogusław Linda. Obawy te okazały się całkowicie nieuzasadnione, a Linda po tej roli przestał być kojarzony z wizerunkiem "twardziela", a dał się poznać także jako doskonały aktor dramatyczny. Jedyną z niejasności był dla mnie fakt umieszczenia inwokacji "Litwo, ojczyzno moja..." na końcu filmu. Sądzę jednak, że po zapoznaniu się z wajdowską wizją "Pana Tadeusza", gdzie listę dialogową stanowią fragmenty z Mickiewicza, można mu ten mały zgrzyt wybaczyć. To co niezbyt udało się panu Hoffmanowi, tu wyszło wspaniale. Daje się wyczuć atmosferę napięcia związaną z wybuchem powstania na Litwie i przemarszem wojsk napoleońskich (duża w tym zasługa Wojciecha Kilara – kompozytora muzyki), a oglądając sceny z Soplicowa, mamy wrażenie jakbyśmy sami się tam przenieśli. Wydaje mi się, że nasz wieszcz narodowy byłby usatysfakcjonowany, gdybyśmy po lekturze jego dzieła poszli je porównać z kinową wersją.
Po ekranizacjach dzieł epoki romantyzmu i pozytywizmu, przyszedł czas na dwudziestolecie międzywojenne, a dokładniej na jej przedstawiciela, jakim jest "Przedwiośnie" pióra Stefana Żeromskiego. Ekranizacji tej lubianej przez młodzież lektury o wojnie i miłości podjął się poznański reżyser Filip Bajon. Przed reżyserem została zawieszona dość wysoko przez pana Wajdę poprzeczka. Jednak realizator nie przestraszył się poziomu swego poprzednika i przystąpił do pracy, której efekty mieliśmy możliwość ocenić. I co się okazało? Niewiele by brakowało, a uczeń przerósłby mistrza. Naprawdę, sądzę iż mimo kilku potknięć (jak np. nadmierne rozbudowanie, w stosunku do literackiego pierwowzoru wątku Ormianki, którą młody Baryka ujrzał martwą, wiezioną na wózku) "Przedwiośnie" niewiele ustępuje "Panu Tadeuszowi. Sceny batalistyczne są tak realne, że sami zaczynamy się bać, czy przypadkiem nie zostaniemy ranni. Solidaryzujemy się także z rozdartym wewnętrznie z miłości do swych wielbicielek Cezarym (granym przez Mateusza Damięckiego). Film jest bardzo dobry, sądzę jednak, że nie jest w stanie zastąpić książki. Jeśli jednak sam wymóg programu nauczania nie jest dla potencjalnych odbiorców wystarczającą motywacją, to może takową będzie możliwość konfrontacji tego, co chciał przekazać Żeromski, i tego jak odebrał to Bajon.
Po czasach stosunkowo niedawnych, w tendencjach ekranizacyjnych nastąpił regres do do starożytności. Kiedyś w świat Rzymu za czasów życia i nauczania Jezusa Chrystusa przenosił nas Henryk Sienkiewicz na kartach swej powieści "Quo Vadis", za którą został nagrodzony literacką nagrodą Nobla. Obecnie czyni to Jerzy Kawalerowicz w filmie pod tym samym tytułem co książka. Wydawać by się mogło, że współczesna technika nie jest już w stanie nas niczym zaskoczyć. Może i nas nie, ale na pewno zaskoczyła ekipę filmową, gdy okazało się, że wprawdzie sceny obrazujące pożar Rzymu wyszły doskonale, ale za to pożar przygotowanego do tego celu planu filmowego wymknął się spod kontroli i niezbędna okazała się interwencja straży pożarnej. Sytuację oraz sposób prześladowań pierwszych chrześcijan we wspaniały sposób obrazują przede wszystkim dwie sceny: zbiorowa scena ukrzyżowań oraz scena, w której w Kolloseum zostają oni rzuceni lwom na pożarcie. Trapi mnie tylko wątpliwość, czy ten fragment filmu nie stanowił nieuzasadnionego narażania życia lub zdrowia aktorów w niej występujących... Miejmy nadzieję, że nie! Ciekawym uzupełnieniem jest także główny motyw muzyczny wykonywany przez Fiolkę Najdanowicz, Małgorzatę Walewską wraz z Michałem Bajorem, odgrywającym rolę okrutnego Nerona, chociaż wydaje mi się, że także muzyka oparta na chorale gregoriańskim spełniłaby dobrze rolę przed nią stawianą.
Przytoczone przykłady to filmy, które odniosły wielkie sukcesy komercyjne. Często przewyższają swym poziomem realizacji ekranizacje znane sprzed lat. Stanowią także doskonałe uzupełnienie pozycji książkowych. Często obejrzenie filmu mobilizuje nas do sięgnięcia po daną lekturę. Wydaje mi się jednak, że filmowe adaptacje nie wyprą słowa pisanego, chociaż mogą stanowić dla niego pewną konkurencję, a słowa pana Naruszewicza stanowią usprawiedliwienie i uproszczenie. Właściwszym wg mnie byłoby hasło: "...nie ma chęci..." zamiast "...nie ma czasu...".
A w kolejce czekają kolejne dzieła, choćby "Zemsta" Aleksandra hrabiego Fredry.
{No to długo sobie nie poczekała ;).}
Zlotto
zlotto@interia.pl