Wrocławski "Bar"
O programie Bar słyszał chyba każdy. Emitowany przez Polsat taki pseudoreality-show zyskał sobie wielką sympatię widzów, którzy w monstrualnej liczbie codziennie zasiadali przed telewizorami emocjonując się kolejnym montażem. Miejscem pracy uczestników był właśnie ów Bar mieszczący się koło ich miejsca zamieszkania, jakieś dziesięć metrów... również i tyle od mieszkania mojej ciotki. I miałem - jako jeden z mnóstwa osób - satysfakcję, że przebywałem w tym miejscu i mogłem zobaczyć, jak to się "trawi" i jak naprawdę to wygląda. Część oficjalna za nami... Nie umiem pisać wstępów.
Bar jest dziwnie umieszczony. Kilkaset metrów od redakcji CDA, u której bram również miałem przyjemność gościć. Szczerze mówiąc miejsce to jest dla mnie bardzo niedopasowane i niezrozumiałe. Ale cóż, na samym Rynku już nie ma przestrzeni, więc trzeba było go umiejscowić ciut dalej. A więc przechodzimy przez fajny podziemny tunel szerokości rzędu 10 metrów i długości trzykrotnie większej i naszym oczom z prawej strony ukazuje się wielkie logo, oświetlone, na zielonym tle... Logo Baru. Powieszone tuż koło wejścia, połyskujące - nawet bardzo - widoczne z wielkiej odległości. Do godziny osiemnastej można wchodzić tam za opłatą w wysokości trzech złotych, później - jeśli nie masz lat 18 - nie zaznasz przyjemności pogawędzenia z uczestnikami, gdyż najzwyczajniej w świecie cię nie wpuszczą. Akurat przebywałem na wycieczce i nie mogłem oprzeć się pokusie wstąpienia do środka...
Płacę w kasie u bardzo miłej pani, z która następnie rozmawiałem kilkanaście minut. Po otrzymaniu bileciku zmierzam ku dołowi, po schodach... Gdybyście wiedzieli, o czym to ja mówię. Pewnie wiecie, ale z całą pewnością muszę rzec, że widząc je z telewizyjnej relacji, nie są one takie strome i długie, jak w rzeczywistości. Po prostu suniesz w dół dobre kilka sekund, a i uważać musisz na nogi, żeby przypadkiem się o coś nie potknąć. Niemniej bieganina po nich to czysta satysfakcja. Już u schyłku, odwracam się w prawo i jest - cały Bar! Początkowo oniemiałem i mnie zatkało, co oczywiście jest reakcją z góry przewidywalną i występuje w chwili takich "wzniosłych" u każdego. Sam plac do zabawy nie zachwyca w znaczeniu: nie jest pokaźnych rozmiarów. Na wprost ustawionych kilka stolików, aż sam o dziwo nie wiedziałem, że tak mało! Z tyłu widać sławne drzwi, którymi to zawodnicy wychodzili do pracy i na Gorące Krzesła. Sam Bar ma jakieś 30 metrów, może troszkę mniej. Długaaaa lada, wykonana z pięknego drewna, wspaniale oszlifowana, a za nią w godzinach popołudniowych - wspaniałe panie, bardzo piękne, towarzyskie i rozmowne. Chwilkę posiedziałem na tych wysokich krzesłach, popatrzyłem, poanalizowałem i udałem się dalej...
Naprzeciw lady jest umiejscowiona pierwsza scena, malutka, wyraźnie blednąca przy drugiej. Za nią logo Coco Cokta czy jak to tam leci, dziwne ozdobniki, wszystko takie oświecone i... ciemne. W ogóle nawet w południe cień i mrok panuje tutaj niepodzielnie. Tuz przed tą malutką sceną stoi komputer. Oglądałem go z odległości dwóch metrów, gdyż podejście do niego było surowo wzbronione pod groźbą sankcji dyscyplinarnychi. :) (pierwsza emoticonka, a postanowiłem, że w tym tekście się nie pojawi ani jedna. Ale zasady się łamie) Jego obudowa przerażała, szara i zaniedbana, okurzona. Nie wiem, jaki miał system operacyjny i konfigurację, ale na oko patrząc to z Pentium 200. :) I wcale nie przesadzam. To właśnie w tym miejscu uczestnicy dowiadywali się o opiniach krążących po internecie na ich temat, własnej popularności i siakiś tam głupot jeszcze... {Nie rozumiesz? To wszystko po to, żeby nie mogli sobie zagrać w Duke Nukem Forever ;)} Postałem chwilkę, postałem i brnąłem dalej.
Teraz na wprost mnie od mojej aktualnej pozycji, czyli na lewo od małej sceny, mieści się ta większa. Przynajmniej dla mnie ona jest większych rozmiarów, ale kilka osób wie, że lubię wyolbrzymiać. :) Tu grano kilka koncertów. Ogólnie mówiąc - chrzanić tę scenę, jest beznadziejna. :) Albo lepiej to zmażę, bo wyjdzie, że TATU tańczyło i śpiewało na bzdecie, a moim zespole trzeba się wypowiadać w samych superlatywach. :) Miałem iść kilka metrów w przód, ale kolega, z którym zwiedzałem Bar, zauważył po prawej stronie od małej sceny - toalety. :) Wgięło mnie w ziemię i zaniemówiłem przez dobre kilkanaście sekund (no dobra, znowu wyolbrzymiłem - było to jakieś kilka :)), a to z powodu ich długości i ilości. Na obszarze kilkunastu metrów kwadratowych jest ich raptem sześć, jak dobrze naliczyłem. Akurat sprzątała tam pani, więc mogłem się pomylić stojąc pod dziwnym kątem i nie widząc całej przestrzeni. Cofam się więc i wracam na tę większą dla mnie scenę i postanowiłem nagle, że sobie na niej przytańczę i przyśpiewam... :) Kamery wyłączone, ludzi raptem 10 sztuk (!), więc czemu nie? Moja stopa została oczyszczona i zaplamiona stopami TATU. :) Jakie to wspaniałe uczucie, kiedy stoisz nad "pamiątką" osławioną przez gwiazdę światowej muzyki. Kilka minut fatalnie "przyimitowałem"Robbiego Williamsa, a ironiczna mina mojego kolegi sączącego soczek marchwiowy rodem z Kubusia sprawiła, że zszedłem nie robiąc z siebie dalej pośmiewiska. Ale szkoda, i tak zapewne jak by mnie zobaczył jakiś muzyczny manager, kupił od razu i wróżył wielką karierę. Czego nikt tego nie widział i czego kamery akurat nie rejestrują tego co piękne i wspaniałe?! :) Obok tejże sceny jest wejście, taka mała szczelina - na sofy. Tamże można sobie usiąść w gronie i porozmawiać przy kawce (;)), widząc teraz Bar z drugiej strony. Sofy są długie, pokratowane, omalowane kolorami czerni i bieli. Kilka stoliczków jeszcze - nic nadzwyczajnego.
Wracając zauważyłem dopiero najważniejsze. Kamery! Ale ze mnie głupi palant, zaraz zbiórka na wyjazd, a ja jeszcze nie podziwiałem i zobaczyłem tego, co oszukuje, nagrywa, kłamie i niszczy. Patrząc więc w górę można doświadczyć uczucia, że jesteś w jakimś planetarium. :) Strasznie długie szyny rozciągnięte na całą długość lokalu, do nich zaś poprzyczepiane kamery, czasem to leniwie ruszające się. Umiejscowione w takich miejscach, że wszystko widać, a każdy twój ruch na pewno będzie obserwowany i zarejestrowany. Co ja - qrcze - w BigBrother jakimś jestem czy jaki szwindel? Przerażały mnie te kamery, nawet nie widać było, czy rzeczywiście śledzą każdy mój ruch. Ilość ich sięgała rzędu raptem kilkunastu i więcej, co jednak liczbą jest okazałą. Jednakże powiem wam tu od serca - nie czuć absolutnie, przynajmniej jeśli o mnie chodzi, atmosfery kamer i ich obecności. Jak chcesz - możesz ich nie zauważać i nie patrzeć na nie. To tylko kwestia przyzwyczajenia, a mnie udało to się w kilka minut.
Obiecałem Taw, że mimo obowiązków, zawsze coś skrobnę, więc piszę. I jeśli mi tego nie zamieści, przechodzę na emeryturę. :)))))) Znowu powiało grozą, a jaki szantaż - psze państwa. :) Oczywiście aby w pełni wyrobić sobie zdanie na temat tego lokalu, trzeba w nim być, gdyż słowami ciężko opisać tak "utelewizyjnione" miejsce. Ałi. :) Jakim cudem ja mam czas na pisanie, tego mątwy największe nie wiedzą...