MONOLOG GORSZEGO...
Nikt mnie nie docenia, a przecież jestem taka, jak inni. Mówią, że jak bezdomna,
to zaraz złodziejka i pijaczka. To, że nie mam gdzie mieszkać i co do ust
włożyć, nie znaczy, że nie jestem człowiekiem. Co by robili ci wszyscy
pracownicy socjalni? Byliby tu ze mną. O! albo ten w tym garniturku, co to do
ludu przemawia. Jejku, ile on nam pomaga, ile to on pieniędzy z budżetu dla nas
przeznaczył. Tylko ciekawe, gdzie się ta kasa podziała. Pewnie sobie dom
pobudował, albo mercedesa kupił, a nam biednym to figa z makiem i wiatr w oczy.
Teraz to nawet w więzieniu o zaostrzonym rygorze mają lepiej. Taki zbir to kogoś
zabije, przyzna się do winy (bo w innym przypadku adwokat może go wybronić) i ma
wikt i opierunek do końca życia zapewniony. Do tego telewizor w każdej celi.
Chyba, że go wcześniej wyrzucą za dobre sprawowanie, to się jeszcze parę lat
pomęczy. Nam to się nawet zupa nie należy, bo niby za co? Za nic? Tamtym to dają
i drugie danie za to, że łaskawie nie uciekają. Ale co ja się będę użalać, wolna
jestem! Mogę chodzić gdzie chcę. To znaczy teoretycznie, bo w praktyce to nie
bardzo. Sprzed sklepów mnie wyganiają, bo odstraszam klientów, w parku też nie
mogę przebywać, bo dzieci się boją. Jednak są jeszcze dobrzy ludzie. Taki to i
kilka groszy do puszki wrzuci, albo coś do jedzenia da.
Ha! Kiedyś było inaczej...
W szkole dobrze się uczyłam. Dostawałam piątki i szóstki. W liceum trochę
gorzej, czasem to nawet jakaś pała wpadła, ale maturę napisałam na czwórkę.
Miałam mnóstwo przyjaciół. Wszyscy bardzo mnie lubili. No cóż, brzydka nie
byłam, dla innych zawsze miła i sympatyczna. Chłopaków miałam wielu. Kiedyś
dałam kosza takiemu jednemu z krzywym zgryzem. Teraz nawet on by mnie nie
zechciał...
Chciałam iść na studia. I owszem, dostałam się bez problemu. Pierwszy rok tak
dobrze mi szło, że przyznali mi stypendium. Wynajęłam malutkie mieszkanko.
Zapowiadało się nieźle... Po wakacjach miałam wypadek. Tydzień leżałam w
szpitalu, potem pobyt w sanatorium. Miesiąc nauki zmarnowany. Zawaliłam egzamin,
potem następny. Odebrali mi stypendium, kasa z odszkodowania szybko się
skończyła. Znalazłam sobie dorywczą pracę, by nie stracić mieszkania. Byłam
kelnerką w restauracji. Niestety musiałam dużo pracować, a studia też wymagały
czasu. No i znowu nie zaliczyłam egzaminu. Wylali mnie. Postanowiłam odłożyć
trochę grosza i znowu wrócić na uczelnię.
Jednak w pracy nie układało mi się najlepiej. Szef mnie podrywał, co nie
podobało się jego żonie. Banalna historia – jej pierścionek zgubił się i
znalazła go, oczywiście, w mojej torebce. Proste prawda? Potem ultimatum –
policja albo rezygnacja z posady. Nawet się nie zdziwiłam, choć dzisiaj żałuję,
że nie wybrałam komisariatu... miałabym video.
Drugiej pracy nie znalazłam. Szukałam tylko dwa miesiące. Potem wyrzucili mnie z
mieszkania. Rodzice nie chcieli mnie przyjąć do siebie, bo nie podobał im się
kierunek studiów, jaki wybrałam. Woleli medycynę.
Wylądowałam na ulicy. Kilka dni wystarczyło, bym straciła wszelkie szanse na
znalezienie jakiejkolwiek pracy. Za dużo było porządnych bezrobotnych. System
mnie wyklął, stałam się jego ofiarą...
A teraz czytam sobie gazetkę pod pięknym, błękitnym niebem i nie mam takich
problemów, jak moje rówieśniczki – za duże pośladki, za grube nogi. Figurę mam
jak top-modelka. No cóż, dwa lata drakońskiej diety robi swoje. Tylko ta gazetka
lekko nie świeża, mogliby częściej wyrzucać makulaturę.
Już chyba nie uda mi się stąd wyrwać. Dzisiaj cały dzień zbierałam puszki. Na
szczęście dzieciaki piją dużo Coli. Odrdzewiacz. Ha, ha! Oni będą się męczyć, bo
to niezdrowe, a ja sobie za to kupię bułkę. Mam dwa złote i 10 groszy. To dla
mnie majątek. Inni lekką ręką wydają to na lizaka, a ja za to wyżyję przez
tydzień. Zaraz, zaraz... to będzie jakieś 8 bułeczek, albo bochenek chleba i
kilka jabłek. Tak, brakuje mi witamin. Ciekawe, czy w ekonomiku tego uczą.
Powinnam za coś takiego Nobla dostać. Dwa złote tygodniowo...
Jejku, ale się ze mnie zrzęda robi. Przecież wszyscy narzekają na to, że nie
mają czasu, a ja mam go w dostatku. O tak, tego jednego mi nie brakuje...
CARPE DIEM! jak to mówił Horacy. Ciekawe, czy on też żył za dwa złote
tygodniowo...
Miszka