Dziwnie... ale prawdziwie
"Miała siedemnaście lat. Trochę wspomnień z dzieciństwa: zjedzoną szminkę swojej mamy, misia z trocinami, kolorowy wisiorek, czerwone lakierki. Była nieszczęśliwa, choć wszyscy myśleli że wręcz przeciwnie. Któregoś dnia stwierdziła: - "Nie chcę już być." - i zniknęła..."
To o mnie. Napisałam to niedawno na lekcji polskiego. Tak w skrócie mogę scharakteryzować siebie. Mam dopiero 17 lat i opinię beztroskiej, wiecznie uśmiechniętej, wręcz bezczelnej nastolatki. To nie do końca prawdziwa "JA". Jak już pisałam w swoim pierwszym arcie ("O pasztetach, kompach,...") jestem brzydka. Na dodatek moja mama jest nieuleczalnie chora, brat nie potrafi ułożyć sobie życia, z siostrą trochę lepiej, ale mieszkamy na przeciwnych krańcach Polski więc bardzo za Nią tęsknię, a ojciec o wszystko się czepia (i niech nikt nie mówi że wmawiam to sobie, że to młodzieńczy bunt, itp. itd.).
Aż głupio pisać, ale czasem mam dosyć wszystkiego. Chciałabym wstać, spakować się i wyjść z domu głośno trzaskając drzwiami. Odejść gdzieś daleko, daleko i już nigdy nie pokazać się wszystkim mi znanym ludziom. Ale nie. Nie potrafiłabym tego zrobić. Opuścić wszystkich bliskich { rodziców, rodzeństwo, przyjaciółkę, moją klasę w której czuję się wspaniale, lekarza na punkcie którego mam obsesję (Hi Berenika ;)), sąsiadów, i innych}.
Czasem, gdy znowu siedzę sama w swoim pokoju, zamykam oczy i robię coś w rodzaju bilansu. Porównuję wszystko co mam i kim jestem, co zrobiłam i co mi zrobiono, i zastanawiam się czy jestem szczęśliwa. Wynik zależy od mojego nastroju i od wydarzeń danego dnia. Na całe szczęście ostatnio zauważyłam, że coraz częściej wynik wychodzi "in plus".
W zasadzie ten art jest rodzajem mojej spowiedzi, chęci wygadania się przed kimś z moich smutków i radości. Jeśli przeczytałeś\łaś ten tekst do końca, to wiedz że się cieszę :)
A na zakończenie jeszcze jeden fragment mojego "portretu psychologicznego" ;) :
"Jest młoda - zdolna - leniwa - staroświecka lecz wygodna. Płacze gdy słyszy: "Żeby Polska była Polską". Uśmiecha się na widok księżyca. Czy chce się zabić? Nie, na pewno nie. Zbyt mocno kocha samą siebie..."
AURINKO
PS. Do Mumina i Misia Eryka: Ostatnio w moje ręce wpadła gazetka "Miłujcie się" (Katolicki Dwumiesięcznik Społecznej Krucjaty Miłości :#), w którym wyczytałam: "Na płycie "A kind of magic" grupy Queen, na początku piosenki "One vision" słyszy się jakby ryk lwa, jakiś pozbawiony sensu, niewyraźny dźwięk. Słuchając tego fragmentu w odwrotnym kierunku, słyszy się wyraźny, ponury chór głosów, przypominający modlitwę z czarnej mszy: "My sweet satan, I've seen sabbath..."". Co Wy na to? Cholera wykryli Nas (poddanych Królowej)!!! Odkryli że jesteśmy satanistami i że mordujemy kurczaki i bezbronne koty przy dźwiękach jakże krwawej "Lazing on the sunday afternoon" i "A winter's tale" ;D Widzicie więc zagrzmijcie!!! Pozdrówka dla Was obu i całej reszty Queenomanów.
PS2 Wszystkich innych też oczywiście pozdrawiam baaaaaaaaardzo gorąco. Moikka!!!