Bóg głupoty
czyli do czego służy telewizja


Niniejszym ostrzega się o mrocznych zamiarach Autora tego tekstu, mającego na celu omamienie umysłów czytelników. Autor, jako kreatura skrajnie złośliwa, będzie tutaj czynił wszystko, co w jego mocy, by zepsuć komukolwiek humor, zniesmaczyć, doprowadzić do ciężkich urazów psychicznych tudzież zdeprawować.



Popkultura pod pewnymi względami przypomina religię. Religię politeistyczną, czyli taką z całym cholernym panteonem bóstw. Pośród licznych bóstw pomniejszych, jak telefony komórkowe czy hipermarkety, centralne miejsce zajmuje tutaj telewizja. Pełni taką samą rolę w naszej pop-religii, jaką Zeus pełnił u starożytnych Greków. Rządzi. Wyznacza zasady. Kreuje wartości moralne. Wychowuje. I zaraza wie, co jeszcze.

Dzień powszedni w moim pokoju w akademiku wygląda następująco: telewizor rano, telewizor wieczorem, telewizor późno w nocy, telewizor zamiast nauki (ewentualnie w czasie nauki), telewizor zamiast rozrywki, telewizor zamiast śniadania... Zaglądasz do lodówki... Nieeee! Znowu mi całe piwo wypili! (A myśleliście, że co? Na szczęście lodówka jest tym jedynym miejscem, gdzie telewizora nie uświadczysz.) Budzisz się - wszyscy kumple śpią, ale TV gra. Następnie jarmoli wytrwale przez cały boży dzień i noc, 48 godzin na dobę. Że też się cholerstwo nie zepsuje! Komputer za to nawala mi codziennie, chociaż nie jest ani tak stary (jedyne 5 latek na karku), ani tak bezlitośnie eksploatowany. Kładziesz się spać - dalej hałasuje. Budzisz się w środku nocy, koledzy już dawno polegli na posterunku, ale wyłączyć telewizora nie było komu. Kiedy wreszcie zdobędziesz się na heroiczny wyczyn, zwleczesz tyłek z wyrka, pstrykniesz przycisk "Power" i na sekundę zapadnie upragniona cisza, nawet nie zdążysz mrugnąć i Machinium Chaosium znowu będzie włączone, psia jego mać.

Jeśli sytuacja wymieniona wyżej wydaje się wam nierealna, to zazdroszczę wam z całego serca. Może nie wpadliście w szpony tego paskudnego nałogu (jeszcze?), a może tylko z jakiegoś powodu nie możecie oglądać tak dużo, jakbyście chcieli. W każdym razie jesteście na razie poza zasięgiem naszego bóstwa. Jeśli natomiast to, co wam przedstawiłem, stanowi dla was chleb powszedni, to moje kondolencje. Obojętnie, czy sami wlepiacie gały w TELEWIZJĘ przez całą dobę, czy też jesteście oglądaczami biernymi, jak ja. A musicie wiedzieć, że jest tu dokładnie tak samo, jak na przykład z paleniem, czyli nałogowcowi telewizja szkodzi mniej, niż przypadkowym, niewinnym ofiarom, które miały pecha znaleźć się akurat w pobliżu. To znaczy jej skutki uboczne są dla tych niewinnych bardziej przykre, bo najwięcej traci jednak nałogowiec.

Co jest grzechem głównym TELEWIZJI? Otóż jest to rozrywka kompletnie nieinteraktywna. Znaczy się nie wymaga od zainteresowanego najmniejszego wysiłku - fizycznego ani psychicznego. Siedzisz po prostu przed odbiornikiem (albo i leżysz) i gapisz się na ekran. Nie musisz nawet kiwnąć palcem, tylko bezmyślnie chłoniesz migające ci przed nosem obrazy. Nawet kiedy oglądasz komedię, nie musisz niepotrzebnie wysilać umysłu, bo dolatujące z ekranu śmichy-chichy podpowiedzą ci, w którym momencie zdarzyło się coś zabawnego. Nie musisz wytrwale śledzić akcji filmu sensacyjnego, gdyż rozwija się ona dziwnie podobnie do setek innych takich filmów. Nikt nie zmusi cię również do drżenia ze strachu podczas oglądania horroru, gdyż hektolitry krwi i flaków mogą cię przyprawić prędzej o wymioty (choć pewnie się już przyzwyczaiłeś), niż o jakiekolwiek emocje. Jedynie telenowele utrzymują mózg oglądacza w jako takim pogotowiu, gdyż aby spamiętać wszystkich bohaterów, wątki, romanse, kłótnie i inne pierdoły z trzech tysięcy ośmiuset sześćdziesięciu czterech poprzednich odcinków, trzeba mieć naprawdę pojemną czachę.

Do czego prowadzi taka wątpliwa rozrywka, polegająca na wgniataniu czterech liter w fotel i wytrzeszczaniu gał na wielkie czarne pudło? Zaraz się dowiemy, wszystko w swoim czasie...

Nie da się ukryć, że mimo wszystko trafi się od czasu do czasu coś fajnego. Lubię czasami pooglądać kanał Discovery, teleturniej "Jeden z dziesięciu", jakiś porządny film. No i "Smerfy" oczywiście. Jednak prezesi wszystkich stacji pieczołowicie dbają o to, aby co mądrzejsze programy nie zajmowały więcej jak 5% czasu antenowego, przy czym pory, w których człowiekowi nic się nie chce i oglądanie TV jest jedyną alternatywą do spania, tak, wtedy akurat puszczają takie żałosne odpady ludzkiej kultury, że kichy się na zewnątrz wywracają.

Oto włączamy sobie naszego pop-boga. Co my tu mamy? Och, dzisiaj solidna dawka umysłowych łamigłówek dla najświetlejszych intelektualistów - Bar. Kibicujemy grupce skretyniałych debili, którzy okazali się na tyle głupi, by nie tylko zgłosić swoje marne odwłoki do debilnego programu, ale również demonstrować publicznie ciekawe eksperymenty fizyczne (przenikalność elektryczną próżni na przykładzie własnych odmóżdżonych czerepów). Te żałosne półgłówki albo się kłócą, albo wygłupiają, albo w jakikolwiek inny sposób starają się udowodnić widzom, że są główną osobowością programu. Najczęściej jednak po prostu się nudzą, a nie ma bardziej zniechęcającego widoku, niż stado bezmyślnych wałów podczas intensywnego, zbiorowego nudzenia się. Oglądanie każdego reality show ma jednak zaletę nie do zakwestionowania: czujemy się wówczas nagle mądrzy, wartościowi i nawet piękni. Ciekawe dlaczego?

Jeśli bohaterowie "Baru" niechcący powiedzą coś bardziej mądrego niż zwykle, zniesmaczony telewidz czym prędzej przełącza na inny kanał, aby nie skazić swego dziewiczo ciemnego umysłu choćby śladem jakiejkolwiek refleksji. I z miejsca pakuje się w sidła "Idola". Nie można się nie pogapić, "bo tam tak fajnie człowieka potrafią zjechać". Wielkie mi coś, ja cały czas kogoś objeżdżam, tyle że na popularność członków jury "Idola" raczej nie mam co liczyć. Powód - skrajnie pisemna forma mojej twórczości, przeszkoda nie do pokonania dla większości telefrajerów. Skoro już jesteśmy przy jury, to nie odmówię sobie przyjemności wspomnienia o nowo wykreowanej gwieździe telewizyjnej estrady, Kubie Wojewódzkim, który jest najlepszym przykładem na to, że aby dziś osiągnąć sukces, trzeba umieć pokazać, że jest się zwykłym dupkiem.

Na szczęście nie tylko to, co dobre szybko się kończy i wkrótce możemy już psuć sobie wzrok na którejś z arcyśmiesznych komedii rodzimej produkcji. Tutaj wybór mamy szeroki, wiadomo wszak, że Polak z natury ma nieprzeciętne poczucie humoru. W końcu lekcje rozchicholania braliśmy u samych mistrzów z Ameryki. Właśnie leci "Świat według Kiepskich". Chcecie, zdradzę wam sekret większości znanych dowcipów. Z czego się w nich śmiejemy? Zazwyczaj z nieprzeciętnej głupoty bohaterów lub ich cholernego niefartu. Taki kawał stwarza w nas wrażenie, że są na świecie ludzie głupsi od nas. W ten sposób przepełnieni ulgą, że nie jesteśmy jednak ostatnimi łajzami, wyrażamy ją śmiechem. Pomyślcie sobie teraz, na jak niskim poziomie stoicie, że trzeba było aż stworzyć takich Kiepskich, bo do tej pory nie istniały postacie na tyle żałosne, żeby wyleczyć was z kompleksów.

Jeśli jakiś totalny bałwan przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności zdołał zachować choć jedną szarą komórkę, naturalnym jest, że oglądanie takiego dna jak "Kiepscy" może nie wystarczać mu do zaspokojenia swych wygórowanych ambicji. Ambicje wyższe w mniemaniu bałwana sprowadzają się głównie do usiłowania bycia zabawnym za wszelką cenę. Koleś taki sięga więc po coś bardziej zaawansownego intelektualnie, na przykład "13 posterunek". To jego źródło inspiracji do wygłupów na następny dzień i zarazem zbiór osobistych autorytetów. Wielką zagadkę stanowią dla mnie aktorzy, którzy kalają swoje lepsze lub gorsze imię występowaniem w takich gniotach. Są trzy możliwości: albo płacą im fortunę za robienie z siebie pajaca, albo przymierają oni głodem (w końcu krajowa kinematografia znała lepsze czasy) i te role to obecnie ich jedyne źródło utrzymania, a może oni naprawdę są wszyscy takimi idiotami, tylko do tej pory jakoś nikt tego specjalnie nie zauważył. W każdym razie serial cieszy się ogromną popularnością, z powodów wymienionych akapit wyżej.

Przywołam jeszcze jeden przykład, mający wspólny rodowód z dwoma poprzednimi, ale jednak nieco odmienny. Widać jakaś nowa koncepcja komedii polskiej. Nazywa się to "Kasia i Tomek". Gdzieś słyszałem, że to niby komedia. No więc oglądam ów serial z wytrwałością godną podziwu od pierwszego odcinka i co? Ani jednego razu się nie uśmiechnąłem. Ciekawe. Co też nowego wymyślili nasi wspaniali spece od rozśmieszania? W czym tkwi ta nowa tajemnica? Czytelnicy! Mam do was ogromną prośbę. Gdyby trafił się ktoś bardziej oświecony ode mnie, niech wyjawi mi, na czym to polega.

O komediach amerykańskich już nawet nie chce się wspominać, ale warto wiedzieć, skąd czerpiemy własne wzorce. Mechanizm działania takiej komedii jest bardzo prosty: postać mówi coś średnio śmiesznego, puszczane są śmiechy z taśmy i zanim widz połapie się, że tak na dobrą sprawę to nic zabawnego nie usłyszał, przechodzimy do następnej średnio śmiesznej rzeczy. Co za spryt, musicie przyznać! W ten sposób twórcy komedii nie muszą zanadto wysilać umysłów, zaś widz i tak cały czas się cieszy.

W modzie są również wszelkie talk show, z "Rozmowami w toku" na czele. Teorytycznie esencją takiego programu powinna być ciekawa dyskusja na jakiś kontrowersyjny temat, tak jak w AM na przykład. Realizacja tego zamysłu wygląda jednak w ten sposób, że połowa odcinków dotyczy pedałów, a w drugiej połowie najrozmaitsi życiowi wykolejeńcy piorą publicznie swoje prywatne brudy, opowiadając z najdrobniejszymi detalami np. historię wojny z teściową. Od czasu do czasu program nawiedzi jakieś interesujące zjawisko, najczęściej wspomniane pedalstwo poprzebierane za kobiety, tudzież inni oryginałowie, za cel swojego życia uznający pokazanie swojej oryginalności. Przy czym oryginalność ta ogranicza się zazwyczaj do udziwnionego ubioru i innych elementów wyglądu zewnętrznego. Czym wytłumaczymy wysoką oglądalność tego typu widowisk? Podobnie jak w przypadku idiotycznych komedii, ludzie lubią sobie pooglądać różnych świrów celem wyleczenia się z kompleksów. Bo dyskusja w programie do żadnych konkretnych wniosków oczywiście nie prowadzi, zaś pani prowadząca podsumowuje odcinek wyszukanym i patetycznym morałem.

Można by tak bez końca wymieniać coraz to głupsze pomysły specjalistów od odmóżdżania ludzi, tylko po co. Mamy już wyraźny obraz repertuaru telewizji. Teraz odpowiem, dlaczego też poziom owego repertuaru jest taki, a nie inny. Bo nieprawdą jest, jakoby dostosowywał się on do poziomu widowni, która ni stąd ni z owąd nagle zgłupiała. W chwili wynalezienia odbiornika telewizyjnego i przed rozpowszechnieniem tego wynalazku ludzkość jeszcze posługiwała się trochę własnym rozumem. Szybko jednak pewni spryciarze odkryli, że przy pomocy takich pudeł można bez trudu MANIPULOWAĆ ludkiem. Plan jest prosty: serwować młodzieży coraz bardziej kretyńskie programy, aby doprowadzić tym samym do stopniowego zaniku tkanki mózgowej u tych nieszczęśników. Następnie można już im mówić, co tylko się chce - będą wierzyć we wszystko, co usłyszą.

Warto zdać sobie sprawę z istnienia osobników, którzy tym wszystkim sterują i odnoszą z tego stanu rzeczy korzyści. Pierwszą grupę wśród nich stanowią politycy. Gatunek ten ma to do siebie, że nie liczy się dla niego człowiek, liczy się za to wyborca. Krótko mówiąc, polityk będzie oczekiwał od młodego Kowalskiego, że ten odda na niego głos, oraz że później będzie przymykał oko na wszelkie brudne interesy owego polityka. Aby zagłosować i nie dostrzegać malwersacji Kowalski nie musi, a nawet nie powinien interesować się nauką czy teatrem. Natomiast przygłup oczywiście znakomicie nadaje się do obu wymienionych celów.

Druga grupa to wszelkiego rodzaju kapitaliści, np. szefowie sieci supermarketów. Oni również nie potrzebują człowieka, lecz konsumenta. Mądry konsument nie kupowałby w ich marketach, bo wiedziałby, że sprzedaje się tam tandetę. Albo ewentualnie kupowałby, ale w zbyt małych ilościach, gdyż kupowałby tylko to, czego potrzebuje. Głupiemu konsumentowi wszystko jedno, co kupuje, byleby znał produkt z telewizyjnych reklam, natomiast jego potrzeby są większe - wyznaczane chociażby przez amerykański styl życia, kreowany w zachodnich serialach.

Sami widzicie, że politykom i kapitalistom nijak nie odpowiada sytuacja, w której społeczeństwo składa się z istot rozumnych. W tym właśnie celu pracują oni intensywnie nad oduczaniem tegoż społeczeństwa samodzielnego myślenia, a ich głównym narzędziem jest właśnie telewizja. Cudowny ten wyznalazek pozwala im na przekształcenie nas w coś w rodzaju robotów, które można sobie dowolnie zaprogramować. Ofierze takiej manipulacji wydaje się, że nadal jest sobą, że jest całkowicie wolna, że robi to, co lubi. Bo przecież lubi oglądać telewizję i kupować różne rzeczy! Ofiara nie zdaje sobie sprawy, że podświadomie przyjmuje za autorytety postacie wzorcowych idiotów, a za cel życia - napychanie kieszeni polityków, dyrektorów stacji telewizyjnych i właścicieli sklepów.

Radzę przemyśleć tą sprawę dokładnie. Prawdopodobnie jeśli w ogóle czytasz ten tekst, to i tak nie padłeś jeszcze ofiarą "tych na górze". W przeciwnym wypadku czytanie czegokolwiek powodowałoby u ciebie nadmierne wydzielanie ciepła z resztek mózgownicy i wolałbyś mniej ambitne zajęcia. Niemniej jednak na pewno wśród czytelników znajdzie się sporo osób, które lubią sobie od czasu do czasu pognić przed telewizorem. Tacy niech sobie dobrze zapamiętają, kim jest obywatel Kowalski z perspektywy tych, którzy mają wpływ na telewizyjne menu. I niech obraz Kowalskiego-automatu, który robi to, co mu panowie w telewizji każą, staje przed waszymi oczami zawsze, kiedy zaczyna się kolejny odcinek "Baru" czy innego "M jak miłość".



Zabójca Kiszonych Ogórków
pewien.gosc@wp.pl