Jestem komputerowcem.
Tak, przyznaję się bez wstydu i żenady, że spędzam więcej czasu przed komputerem niż w
towarzystwie ludzi. Oczywiście możemy – naginając rzeczywistość niczym w Matrixie -
przyjąć, że jeżeli nie mieszkam sam, to na pewno spędzam więcej czasu w towarzystwie
ludzi. Zgadza się panie Mecenasie, nie mieszkam sam i wyliczając z kalkulatorem ( o i znowu
elektronika; pomyśleć że dzisiejsze kalkulatory mają większą moc obliczeniową niż komputer
na pierwszym wahadłowcu ) godziny spędzone wśród ludzi - bez względu na to czy patrzę im
w oczy, czy też tępym, zerojedynkowym spojrzeniem spoglądam w monitor – być może
relatywnie więcej czasu spędzam w towarzystwie ludzi. Tak panie Mecenasie, podróżuję
środkami komunikacji publicznej i nie mam wtedy przy sobie komputera....
Jestem komputerowcem.
Przyznaję się bez wstydu i żenady, że spędzam bardzo dużo czasu przed komputerem i nawet
w towarzystwie, często zdarza mi się zastanawiać nad jakimś wirtualnym problemem.
Kwestię Pana Mecenasa, wtrącającego się co i rusz w mój monolog, wyjaśnię lepiej od razu,
ponieważ w przeciwnym wypadku, może się okazać, iż dalszy ciąg moich wywodów zostanie
potraktowany, nie jako spowiedź i przestroga – czym w gruncie rzeczy cały monolog być
powinien, ale jako schizofreniczna paplanina zaćpanego nastolatka.
Tak na marginesie, już dawno nie jestem nastolatkiem.
A gwoli ścisłości, wystrzegam się narkotyków i od niczego nie jestem uzależniony.
Oprócz komputera.
Pan Mecenas.
Kiedyś dawno temu, kiedy jeszcze nie byłem nastolatkiem i jeszcze nie wiedziałem co to jest
procesor, zdarzało mi się kłamać – raczej zmyślać.
Wiecie, jak dzieci czasem upiększają rzeczywistość?
Ja to robiłem wręcz na medal.
Pochodzę z - że tak powiem - prawniczej rodziny. Od strony ojca, dopiero piąte pokolenie
wstecz nie miało nic do czynienia z prawem, zaś od strony matki, nawet to piąte było
związane z zagadnieniami prawnymi. Na wypadek, gdyby Pan Mecenas chciał coś wtrącić, od
razu wyjaśnię, że żaden z moich przodków nie był adwokatem, prokuratorem, sędzią, czy też
innym urzędnikiem organów „sprawiedliwości”. Wszyscy moi przodkowie natomiast zawsze
nie wiedzieć czemu wchodzili z prawem w konflikt. Gdyby nie bystrość umysłów moich
protoplastów, być może drzewo genealogiczne, zakończyłoby swój rozwój już we
wspomnianym piątym pokoleniu.
Wróćmy do tematu.
Mama, w latach młodości kilkakrotnie zatrzymywana na dłużej w różnego rodzaju aresztach i
innych zakładach penitencjarnych (z powodów politycznych rzecz jasna), zawsze kiedy
upiększałem rzeczywistość, mówiła:
„ Nie kłam syneczku, bo zabiorą cię do sądu, a tam zły pan Mecenas najpierw wyciągnie od
ciebie całą prawdę, a potem wsadzi Cię do więzienia za wszystkie Twoje kłamstwa”
I tak oto narodził się Pan Mecenas, personifikacja mojego wewnętrznego, stróża
prawdomówności, który roboty ma co nie miara i nie zawsze udaje mu się wykonać swoją
misję. Ale staram się nad sobą panować....
Jestem komputerowcem.
Mój nałóg zaczął się stosunkowo niedawno, bo zaledwie siedem lat temu.
Najpierw był sprzęt z procesorem o wydajności nie większej, niż ta którą dumnie prezentują
telefony komórkowe czasów współczesnych. Wtedy jeszcze, jako komputerowy nałogowiec
byłbym dość łatwy do zaszufladkowania. Wtedy byłem jedynie graczem. Grałem dużo –
głównie po nocach, jednak mimo wszystko nie dawałem się wciągnąć w nałóg. Miałem
mnóstwo przyjaciół, czego naturalnym następstwem był częsty kac w przeróżnych stopniach
nasilenia. Wychodziłem z domu i nie martwiłem się czy mój sprzęt będzie jeszcze działał,
kiedy wrócę. Teraz tak nie jest.
Potem pojawiły się kolejne nowości Hardware’owe. Coraz szybsze i droższe konfiguracje,
które po kilku miesiącach przeradzały się w coraz tańsze i gorsze, w związku z czym trzeba
było dokonywać kolejnych zmian i ponosić kolejne wydatki. I tak w nieskończoność.
Bardzo szybko przestałem interesować się grami. Z czasem pojawiła się fascynacja bardziej
zaawansowanymi aspektami tego nałogu.
Wiecie jak drobne ćpuny, znudzone starym dobrym odlotem „trawkowym” sięgają po
mocniejsze i droższe środki?
Ja też sięgałem.
Sięgałem po sprzęt i sięgałem po wiedzę.
Tak, wtedy to była dla mnie jedynie wiedza.
Z czasem nauczyłem się przerabiać Windows™’a, instalować Linux’a etc.
Ani się obejrzałem, pojawiło się programowanie i nagle stało się jasne, że to moja przyszłość.
To co streściłem powyżej w kilku linijkach, w rzeczywistości działo się na przestrzeni kilku
lat. Czas uciekał powoli, robiłem w tym czasie mnóstwo przeróżnych rzeczy, z których
bardzo duża część nic nie miała wspólnego z informatyką.
Kiedy informatyka stała się przedmiotem moich studiów akademickich, nagle bzik przybrał
na sile. Życie komputerowca przybrało na intensywności i przytłoczyło mnie tak bardzo, iż
już po piątym semestrze, postanowiłem porzucić komputer. Miałem już dość, zer, jedynek,
algorytmów, portów, wskaźników i wszystkich asemblerów. Chciałem zacząć nowe życie.
Przez jakiś czas byłem szczęśliwym człowiekiem. Nawet awaria mojego domowego peceta,
nie zabierała mi więcej uwagi niż śniadanie, czy rozmowa z teściową...
Mówiłem już, że jestem żonaty?
Nie?
To dobrze, bo w zasadzie już nie jestem. Pan Mecenas, znowu ma jakieś pytania więc spieszę
z wyjaśnieniami. Otóż moja żona, opuściła mnie kilkanaście miesięcy temu. Nie jesteśmy
rozwiedzeni i formalnie nie jesteśmy nawet w separacji, jednak na pewno nie jesteśmy już
małżeństwem.
Spytacie o co poszło?
O naszego syna.
Tego też nie mówiłem, bo jak mogłem o tym pamiętać.
Nigdy nie pamiętałem – ani o żonie ani o synu. Dlatego odeszli.
Wracając do tematu, powiem wam, że w trakcie tych kilku miesięcy, po porzuceniu przeze
mnie studiów, byłem kimś zupełnie innym. Interesowałem się moją żoną, osiągałem sukcesy
w pracy, chodziłem na spacery, wyjeżdżałem na weekendy za miasto. Wraz z żoną
spędziliśmy niezapomniane chwile szczęścia. Istna sielanka. W tamtym okresie
zdecydowaliśmy się na dziecko. Do ostatniego dnia ciąży byłem przy mojej żonie.
Pamiętałem o niej i o wszystkich jej potrzebach, bez pomocy elektronicznych notatników.
Nawet teraz łezka mi się w oku błąka, na myśl o tamtych czasach.
A może mam zaszklone oczy z powodu zbyt wielu godzin przed monitorem?
Spytacie pewnie co takiego się stało, że wróciłem do wirtualnej rzeczywistości.
Żona urodziła dziecko, a zaraz potem Ja straciłem pracę.
Wiecie gdzie w dzisiejszych czasach najłatwiej szukać (podkreślam „szukać”) pracy?
Właśnie tam i właśnie tam postanowiłem ją znaleźć.
Potem poszło już szybko. Znalazłem pracę jako web-designer. Chwilę później zacząłem
świadczyć usługi w zakresie konfiguracji sprzętu – rzecz jasna wysyłkowo.
Pieniądze napływały, czas uciekał, żona chudła, dziecko rosło, a mnie rosła broda, brzuch i
skorupa izolująca przed światem rzeczywistym.
Powiecie teraz, że to nie uzależnienie od komputera, tylko pracoholizm ?
Nie zgodzę się z wami, bo wiem, że w celach zawodowych mogłem siedzieć przy kompie nie
więcej niż osiem, góra dziewięć godzin dziennie.
Nie szesnaście do dwudziestu.
To co stworzyłem poza zawodową sferą swojego bzika, wykraczało ponad wszelkie potrzeby,
o zdrowym rozsądku nie mówiąc. Stałem się wirtualnym guru, dość licznej grupy nastoletnich
hakerów. Stworzyłem rozproszony serwis hakerski, którego eksploracja, była trudniejsza niż
napisanie sterownika do procesora graficznego (jednak istnieją ludzie dla których żadna z
tych spraw nie jest trudna). Kiedy rozejrzałem się dookoła siebie, okazało się, że mam już
dziesiątki wirtualnych tożsamości. Okazało się także, że zatraciłem tą prawdziwą.
Straciłem też żonę i dziecko.
W takiej sytuacji, chyba nie zdziwi was fakt, że wzruszyłem jedynie ramionami i wróciłem do
komputera?
Mnie też to nie zdziwiło.
Pracowałem dalej. Moje wydatki malały, moje oszczędności rosły, mieszkanie spłacało się
same, a ja stopniowo i nieodwracalnie tonąłem w świecie procesorów i twardych dysków.
Było tak aż do pamiętnej soboty, trzy miesiące temu.
Jak co tydzień, pojechałem na giełdę, ażeby zorientować się w cenach i tendencjach na rynku
lokalnym. Na giełdzie miałem już mnóstwo znajomych i niemały autorytet.
Rzecz jasna nikt nie wiedział, iż jestem nie tylko fachowcem od sprzętu i programowania, ale
również jedną z ważniejszych osobistości w podziemiu informatycznym. Nikt też nie
wiedział, że oprócz jawnie zarobionych pieniędzy, posiadam również znaczne środki z
funduszu przeróżnych firm, którym bardzo zależy na szczelności ich sieci i systemów, ale
zarazem na dyskrecji i anonimowości. Paradoksalne, nieprawdaż?
Człowiek, doradzający firmom jak zabezpieczać serwery, doradza również hakerom, jak się
na nie włamywać. Cóż, trzeba jakoś podtrzymywać koniunkturę.
Tak więc grałem w tę grę, której integralną składową były cotygodniowe odwiedziny na
giełdzie komputerowej. Większa część poranka przebiegała standardowo. Powitania,
pogawędki, handel, zbieranie informacji, umawianie transakcji i przeróżne tak dalej.
Kiedy już postanowiłem udać się w stronę wyjścia, kątem oka zobaczyłem dziecko.
Zainteresowałem się nim, ponieważ odniosłem wrażenie, że jest same. Wyglądało na jakieś
pięć lat – wiek nieco za młody jak na maniaka komputerowego. Za młody też na samotne
spacery po terenie szakali handlu sprzętem.
Nie miałem jednak pewności, że dzieciak był faktycznie sam, więc na wstępie postanowiłem
dyskretnie podążyć jego śladem. Nie ujawniałem się, jednak w przypadku zagrożenia
bezpieczeństwa tego dziecka, byłbym w stanie odpowiednio szybko zareagować. Czasy nie
należą do najbezpieczniejszych.
Podążałem tak do samego metra, gdzie dzieciaka zgubiłem. Zmartwiłem się trochę, ale
kalkulator czekał w domu i nęcił mocą obliczeniową, więc zabrałem się do podróży
powrotnej.
Dojechałem do dworca (mieszkam za miastem – nie mówiłem?), a idąc na peron ujrzałem
znowu to samo dziecko i znowu bez opieki. Podjąłem kontynuację dyskretnej ochrony – do
przyjazdu pociągu miałem jeszcze ponad pół godziny.
Dzieciak, jednak nie przejawiał chęci do kolejnego zniknięcia i zdawał się czekać na ten sam
pociąg co ja. Pół godziny później moje przypuszczenia okazały się prawdziwe.
Wsiedliśmy więc do pociągu i pojechaliśmy w jednym wagonie w stronę miejscowości w
której mieszkam. Kiedy w oknie pojawiła się nazwa mojej rodzimej stacji kolejowej, zdziwiło
mnie nieco, że dzieciak wysiadł. Nie powiem, żeby mnie to zmartwiło – gdyby mały pojechał
dalej, na pewno opóźniłby się mój powrót do domu.
Nagle po mojej lewej rozległ się przerażająco głośny krzyk. Odwróciłem się w jego stronę i
ujrzałem kobietę biegnącą z tym panicznym krzykiem w stronę mojego małego obiektu
obserwacji. Płakała.
Nie zauważyłem tego od razu, a dopiero kiedy dobiegła do małego i poderwała go z ziemi.
- Jak mogłaś mi uciec – mówiła zapłakanym głosem kobieta. Ja poczułem się nieco
zakłopotany, ponieważ cały czas myślałem, że dziecko było chłopcem.
- Dlaczego to zrobiłaś? – zapytała nieco spokojniejsza, choć cały czas zapłakana matka.
- Szukałam tatusia – odpowiedziała zawstydzonym głosem dziewczynka.
Matka już nic nie odpowiedziała. Przytuliła dziewczynkę i ściskała mocno kołysząc ją w
ramionach, jak do snu. Kiedy jej wzrok spoczął na mojej skromnej osobie, mój spoczął na
chodniku. Podeszła do mnie i spytała czy zaopiekowałem się jej maleństwem.
Odpowiedziałem jej zgodnie z prawdą, nie pozostawiając nawet jednej wątpliwości Panu
Mecenasowi. Ona podziękowała mi i wyjaśniła – najpierw, że rozwiodła się z mężem z
powodu jego nałogu (nie powiedziała jakiego i dobrze bo mnie i tak już było głupio), potem
zaś, że sama nie wie czemu mi to wszystko mówi. Wyjaśniła też, iż dziecko bardzo tęskni, ale
nigdy dotąd nie posunęło się do poszukiwań taty na własną rękę.
Później okazało się, iż jesteśmy bliskimi sąsiadami. Oczywiście nie wiedziałem, że mam
sąsiadów z dzieckiem, jednak skąd mogłem to wiedzieć, skoro nawet gdy odchodziłem od
komputera, to tak naprawdę nigdy nie przestawałem o nim myśleć.
Jestem komputerowcem.
Straciłem żonę i dziecko, straciłem w zasadzie wszystkich prawdziwych przyjaciół, straciłem
wiele lat, które nigdy nie wrócą. Mój bzik okazał się przy tym bardzo rentowny i szczęściem
w nieszczęściu udało mi się zbić niezły majątek. Jednakże tak, jak nie cieszy mnie ani nabyta
wiedza, ani zdobyte dzięki niej pieniądze, tak nie martwią mnie stracone lata i utraceni
przyjaciele, ani nawet utracone życie rodzinne.
Jedno, jedyne co mnie naprawdę martwi i przeraża, to utrata trzeźwego i przenikliwego
spojrzenia na świat, ponieważ przez te wszystkie lata, zapomniałem, że rzeczywistość w
której żyję jest o wiele bardziej złożona, niż najbardziej skomplikowany układ scalony.
Jest jednak także coś co mnie cieszy.
Odzyskałem wzrok.