Moje glany
 

Postanowiłam, że napiszę arta. To było kilka dni temu, więc przyszło mi do głowy milion pomysłów na temat tegoż. I szczerze mówiąc (pisząc), nie wiem, na który w końcu mam napisać. Może jakoś się uda (uda i kolana :)). Uwaga, zaczynam.
Wg pierwszego pomysłu mój art miał być o... glanach. A dokładniej o MOICH glanach, bo o innych niewiele wiem... To jest trochę bardziej rozbudowany temat niż by się zdawało i właściwie ociera się o tolerancję (frotterysta...). Ale po kolei. Swoje kochane obuwie, jakże dziewczęce i delikatne, nabyłam ok. 1,5 roku temu, ale planowałam to już parę miesięcy wcześniej. Najpierw musiałam zdobyć kasę. To było proste- telefonik do babci i prośba o pieniążki na pantofle (!). Parę dni później trzymałam już banknociki w łapkach. Rodzicom oświadczyłam, jako grzeczne dziecię, że zamierzam kupić sobie glany. Mama od początku była za, a tata, no cóż, najpierw zapytał, co to jest. Nie jest, niestety taki naiwny jak babcia, nie uwierzył, że kupuję sobie pantofle za 200zł. Szybko ukryłam się w swoim pokoju i dopiero następnego dnia doznałam szoku, kiedy tata po powrocie z pracy zabronił mi kupować... więziennych butów! Koledzy mojego taty są niezbyt dobrze poinformowani, ale bywa. Krótka dyskusja z moim kochanym tatusiem (to nie było ironiczne) zakończyła się zdaniem "I tak je sobie kupię". Wszyscy wiedzą, że ostatnie zdanie należy do kobiet :P Tak więc buciki sobie kupiłam (jeśli ktoś jeszcze w to wątpi) i z radością przyklejałam przez tydzień plasterki na obtarte pięty. Mój tata zakupu już nie komentował. Na parę miesięcy miałam spokój, była zima... Aż przyszły wakacje. Moja mama w euforii wyganiała mnie z domu w długich buciorach do króciutkiej spódniczki, tata nadal nic nie mówił. Mam to szczęście, że chociaż mieszkam w niewielkim mieście (znanym głównie ze źle strzeżonych magazynów wojskowych:)), metale stanowią w nim znaczny procent mieszkańców. Mój strój nie wzbudzał więc większych kontrowersji (no, może wśród kolegów, którzy wcześniej nie widzieli mnie w spódnicy :)). Pewnego gorącego lipcowego poranka, radośnie wsiadałam do pociągu do naszej przepięknej stolicy, Warszawy naszej kochanej, ubrana w krótkie spodenki i glany (i bluzkę, dla niedomyślnych ;)). Była piąta rano, więc nie miałam szczęścia podzielić się moim radosnym nastrojem z innymi ludźmi. Po czterogodzinnej podróży osobówką dotarłam do Wawy. Moje pierwsze podejrzenia wzbudzili ochroniarze na Dworcu Centralnym, którzy gapili się na mnie, jakbym była jakimś nadzwyczajnym zjawiskiem (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jestem, za to dochodziłam do wniosku, że muszę mieć niesamowicie zgrabne nogi; podobno zresztą mam ;)). Podróż tramwajem i trzema autobusami po Warszawie to była masakra! Nie było już tak wcześnie, więc sporo stoliczan (chyba nie ma takiego słowa, co?) wyległo już na ulice (i "wległo" do środków transportu). Z tego miejsca chciałabym serdecznie przeprosić wszystkie starsze panie, które przeze mnie były blisko zawału lub zrobiło im się niedobrze/ew. oczęta zabolały je od wywracania nimi i oglądania mnie ze wszystkich stron (i które oczywiście tego nie czytają). Panowie nie wyglądali na równie zbulwersowanych... No cóż, nie od dziś wiadomo, że kobiety są o wiele bardziej wrażliwe na zepsucie moralne i wszelkie inne ohydztwa (jak glany np). Przeżyłam jakoś tę podróż i dotarłam do mojej kochanej babuni (wcale nie niebezpiecznej dla otoczenia, jak "niektóre" :)). Parę uścisków i babcia zobaczyła glany. Nie warto przytaczać tu jej słów, bo ten wykład byłby dłuższy niż cały ten tekst (chociaż i tak uważam, że za dużo już napisałam). W każdym bądź razie nie były to słowa zbyt miłe i zakończyły się wręczeniem mi stuzłotowego banknotu na zakupienie sandałek :)) Pojechałam "na miasto" ale jakoś sandałek nie znalazłam, za to zrobiłam się bogatsza o 100zł (co zresztą niezwłocznie wykorzystałam w celu, który domagałby się oddzielnego tekstu :)). Babcia naiwnie uwierzyła, że w Warszawie, w środku lata nie można kupić letnich butów (przepraszam, babuniu). Za to po przyjeździe "z zakupów" dowiedziałam się, że dziadek widział moje buty i... poszedł do kościoła pomodlić się za mnie... Naprawdę tak było, chociaż już widzę wasze ironiczne uśmieszki, mówiące tylko "aha, akurat". U babci spędziłam dwa radosne (o ile akurat nie miałam na sobie Moich kochanych bucików) tygodnie, przeplatane wyjściami na miasto, mogącymi najcierpliwszą osobę doprowadzić do furii. Jakoś przeżyłam i już nie mogę doczekać się następnych wakacji... Babciu, nadchodzę :))) He he he :)))

P.S Wcale nie zamierzałam pisać ps`u, ale to jest coś zupełnie nie na temat i nie mogło być razem z resztą w tekście. Chodzi tak w ogóle o ps`y. Nie numeruje się ich tylko dodaje "p". 'Post scriptum" znaczy po łacinie "po tym, co zostało napisane", tak więc to, co zostało napisane po tym, co zostało napisane (?), powinno nazywać się "post post scriptum" czyli pps. A takie coś widziałam chyba u jednej osoby. I słuchajcie mnie, bo ja wiem, co mówię- już 2,5 roku uczę się łaciny i mogę np. napisać "Puella pulchra sum" (tzn. Jestem ładną dziewczyną :P). Więc, jak już napisałam, słuchajcie mnie! Pa pa :))

Zosia
vhg@poczta.onet.pl