23 Luty 2002r.
Szaleństwo to dziwna rzecz... Ogarnia człowieka w najmniej spodziewanych momentach. Nigdy nie wiesz, kiedy padnie na ciebie, prawie tak, jak śmierć... "Nie znasz dnia ani godziny..." Ludzie zbyt bardzo się boją aby pojąć jakie szaleństwo może być piękne, boją się prawdy, jaką ze sobą niesie. Ono nic nie ukrywa, pokazuje się takie, jakie jest... Pokazuje prawdziwe oblicze, a nie maskę jaką każdy "normalny" człowiek nosi. Tak bardzo przyzwyczailiśmy się do naszych masek, że nie wyobrażamy sobie bez nich życia. Wydaje nam się, że one nas ochronią... Ale przed czym? Przed innymi ludźmi? A może mają nas chronić przed samym sobą? Nie wiem...
Moja maska zaczyna mi powoli przeszkadzać, zaczyna mnie uwierać. Jest niewygodna i brzydka. Mam dość udawania, ukrywania siebie i swoich prawdziwych uczuć. Ale czy mogę to zmienić? Czy potrafię odrzucić moją maskę i żyć tak jak chcę? Może... A co jeśli nie? Co wtedy? Czy już zawsze mam się ukrywać pod tym nieszczęsnym pancerzem? Czy już zawsze muszę udawać, być kimś kim tak na prawdę nie jestem? Mam nadzieję, że nie...
Wielu ludzi myśl, że szaleństwo wynika z samotności... Ale to nieprawda. Ono jest w każdym człowieku, głęboko skrywane pod maską stworzoną ze złudzeń i marzeń. Nikt nie chce być nazwany wariatem, nikt nie chce być odrzucony i opuszczony... A jednak, gdy z jakiegoś powodu człowiek traci wszystko, kiedy zostaje sam, to budzi się jego prawdziwe "ja"... Budzi się bestia, szaleństwo i prawda. Wszystko to tkwi w nas, jest częścią naszej duszy i rozumu. Nie wynika to z samotności tylko z potrzeby bycia sobą. W końcu każdy ma dość udawania, ukrywania siebie.
W głębi duszy wszyscy jesteśmy szaleni. Nie istnieje coś takiego jak "normalność". Na tym świecie żyją sami wariaci, ale jak na razie dobrze się ukrywają i kamuflują. Bo w końcu wszyscy jesteśmy na swój sposób szaleni, nieprawdaż?
 

24 Luty 2002r.
Życie to ciekawa sprawa. Nie wiadomo po co człowiek żyje, po co egzystuje, w jakim celu walczy o byt. Tak na prawdę to nic nie wiadomo. W jaki sposób powstał świat? Skąd się wzięło życie? Po co jest to nieszczęsne życie? No właśnie, po co... Ja nie wiem, i chyba nigdy się nie dowiem. Najwyraźniej tak ma być. Mamy żyć, cieszyć się, walczyć, smucić się a później umierać. Bez żalu, strachu i tęsknoty... ale czy na pewno bez żalu? Czy to takie proste? Czy śmierć jest prosta? Myślę, że nie... Na tym świecie nie ma rzeczy prostych i jasnych. Wszystko jest jedną wielką zagadką, a może nawet pomyłką... i to bardzo dużą.
 

2 Marca 2002r.
Jestem sama. Właśnie to sobie uświadomiłam. Nie mam z kim porozmawiać, wyżalić się, rozpłakać... Nie mogę. Mam przyjaciół, ale oni chyba nie potrafią zrozumieć tego, co chcę im powiedzieć.. zresztą, ja sama siebie nie rozumiem, więc jak ktoś inny byłby w stanie pojąć moje myśli i uczucia?
Moi przyjaciele i rodzina są wspaniali, martwią się o mnie, troszczą się, chcą, żebym była szczęśliwa... A ja to widzę i nie potrafię się cieszyć. Tak niewiele potrzeba, aby z twarzy zniknął uśmiech... Tak mało wystarczy smutku aby doprowadzić człowieka do łez. A ile człowiek jest w stanie znieść, zanim podda się całkowicie? Czego potrzeba aby doprowadzić do śmierci? Uwierz mi, równie mało...
 

17 Marca 2002r.
Czy myślałeś kiedyś o śmierci? Nie? A ja tak... Bardzo często. Zastanawiam się czy to jest uwolnienie, czy to jest całkowity spokój i cisza. Czy to jest brak zmartwień a może całkowity niebyt, nieistnienie? Nie wiem... Może to być coś całkiem innego... Kolejne życie, kolejne zmartwienia, ból, cierpienie... Mam nadzieję, że nie Ludzie cierpią wystarczająco dużo na tym świecie... Dlaczego tak samo ma być po śmierci?
Kiedyś każdy z nas pozna odpowiedź na to pytanie.. Dowiemy się, co nas czeka po śmierci. Wszyscy. Dziwne uczucie... Teraz siedzę sobie i piszę ten tekst a już za kilkanaście lat mnie nie będzie... Niesamowite. Więc po co żyć? Skoro wszyscy umrzemy to po co męczyć się na tym świecie? Jaki jest tego sens? To jest zbyt trudne pytanie, przynajmniej dla mnie...
Dlaczego człowiek musi być samotny przez całe swoje życie? Dla mnie zrozumienie to tylko iluzja, kłamstwo. Ja nie rozumiem innych, oni nie potrafią pojąć moich uczuć i myśli... A jednak wszyscy twierdzimy, że się rozumiemy, znamy się i potrafimy sobie nawzajem pomóc... A przecież wcale tak nie jest. W rzeczywistości potrafimy tylko się łudzić, że inni nas rozumieją... Złudzenie... Całe życie to jedna wielko ułuda, kosmiczny żart, niezbyt zresztą śmieszny.

23 Kwietnia 2002r.
Jestem zmęczona. Nie fizycznie, ale psychicznie. Już tak na prawdę na niczym mi nie zależy. Chciałabym tylko spać, spać i spać... Ale wiem, że mi nie wolno. Muszę żyć. Muszę być, bo inni mnie czasami potrzebują... To straszne, człowiek jest takim strasznym egoistą... Jak to pięknie brzmi: "inni mnie potrzebują...". Ale czy tak jest naprawdę? Nie mam pojęcia. Nie wiem, jaka jest prawda, i chyba nie chcę wiedzieć...
Tak łatwo jest zranić innego człowieka... zadać mu ból i cierpienie... wystarczy jedno zadnie, pojedyncze słowo... i ktoś będzie cierpiał. Czy to tak powinno wyglądać? Czy to wszystko ma jakikolwiek sens? Coraz częściej wydaje mi się, że nie... ale to zawsze może okazać się błędne...
Tak bardzo chciałabym odpocząć... albo znaleźć w sobie energię i siłę do dalszej walki... do życia na tym świecie...
Czy to ma jakikolwiek sens?
Czas spać, jutro znowu trzeba wstać...

27 Kwietnia 2002r.
I znowu jest późno a ja nie śpię. Zaczyna mi to wchodzić w krew. To był ciężki dzień, ale już dobiega końca. Niestety, jutro znowu trzeba się uczyć... uczyć się życia... a mi się już nie chce.
Dobranoc.

16 Maja 2002r.
Życie jest zabawą. Nie ma miłości, szczerości, dobra, zła, zaufania... Ludziom nie wolno ufać. Sobie też czasami nie warto... Czasami boję się. Boję się siebie. Tego jaka jestem, co czuję, przerażają mnie własne myśli... Ale nie te, które przelewam na papier, tylko te, które tkwią na dnie duszy.
Człowiek zawsze jest sam. Rodzi się, żyje i umiera w samotności. Wszystko inne to tylko pozory i złudzenia. Jaka jest prawda..? Prawdą jest właśnie samotność.
Życie jest grą... zabawą. Czy można tak żyć? Izolując się, odpychając innych? Czy to jedyna droga do szczęścia? Będąc samotną wyspą jestem nikim...

5 Czerwca 2002r.
Już tak niewiele zostało... zaledwie dwa dni i będzie już po wszystkim... Skończy się ten rok pełen porażek i nieszczęść... skończy się nauka w szkole. Koniec dopiero 21 ale sama nauka kończy się już teraz. Na szczęście. Tylko dwa dni pytania, sprawdzianów i kartkówek. A tak niewiele dała mi ta nauka...
Co z tego, że wiem czym są ciągi, co to są wielomiany, jak powstają sole, co poeta miał na myśli... skoro nie wiem, kim jestem i po co istnieję. Nie wiem tak na prawdę po co się uczę, w jakim celu poznaję te wszystkie rzeczy. Dlaczego jestem?
Szkoła powinna uczyć życia... powinna w jakimś stopniu pokazać nam jak żyć, uczyć myślenia, odpowiedzialności... A tak na prawdę to nauka ogranicza się do bezmyślnego wkuwania regułek i praw.
I tak wygląda moje życie... ale czy to jest prawdziwe życie?

21 Czerwca 2002r.
Chcę pisać... Ale o czym? Może o tym jak się czuję? Jak mi jest smutno... że moje życie nie ma większego sensu... Przyjaciele... Tak bardzo chcę wam opowiedzieć o sobie. Jaka jestem, o czym myślę, co czuję... A nie potrafię się otworzyć... Nie potrafię powiedzieć, że... że życie nie ma dla mnie sensu, że świat jest nieczuły, zły, samolubny... A przecież ja wcale nie jestem lepsza... jestem może nawet gorsza...
Czuję się samotna... tak bardzo się boję... nie mam nikogo z kim mogę porozmawiać, wyżalić się. Smak samotności... cisza i to ciągłe oczekiwanie... czekanie na... No właśnie, na co? Na miłość? Zrozumienie? Uśmiech, przyjazny gest... cokolwiek... Życie nauczyło mnie jednej rzeczy, dało mi lekcję jakiej nigdy nie zapomnę. Samotność.
Piszę o tym, co czuję. Smutek, samotność, tęsknota, żal... śmierć. Moje życie jest niczym, żyję bo... muszę, nie mam dość odwagi aby skończyć to wszystko... A może nie jestem na tyle tchórzem, aby się poddać? Nie wiem... To wszystko nie ma sensu... Moje życie nie ma sensu. Żyje się dla kogoś. A ja? Ja już tak na prawdę nie żyję... To tylko skorupa, maska...
Mam dosyć udawania, kłamstw... Chcę, tak bardzo chcę znowu poczuć radość, tak bym chciała być szczęśliwa... Ale już nie potrafię. Mogę tylko udawać. Ale inni mi wierzą... Wydaje im się, że to moje szczęście jest prawdziwe... Ale nie jest. To tylko kłamstwa. Chce mi się płakać. Nawet nie wiem, dlaczego... No tak, wiem, moje życie nie ma sensu, nawet nie chce mi się żyć... Ale to nie dlatego... Nie to jest powodem łez...
Przyjaźń to piękna rzecz... ale nigdy nie wiesz, czy przyjaciele są szczerzy, prawdziwi... możesz i zaufać... Ale aby zaufać potrzeba odwagi i pewności siebie. A ja tego nie posiadam. Już dawno straciłam uczucia. Nie potrafię ufać... zawsze są jakieś wątpliwości, uprzedzenia, strach, obawa przed zranieniem. Zawsze.

12 Lipca 2002r.
Przez cały dzisiejszy dzień nic nie robiłam. Siedziałam i patrzyłam. Nie wiem, czy to jest normalne... obserwowałam kurz.
Powietrze było wręcz przesycone światłem. Deszcz nie padał już od dawna, i wszędzie unosił się pył. I gdy tak się siedzi i patrzy to dziwne myśli przychodzą do głowy.
Wydawało mi się, ze ten kurz unosi się bez celu i sensu. Tam gdzie poniosą niewidoczne i nieuchwytne prądy powietrza. Później doszłam do wniosku, że wcale tak nie jest. Wyobraziłam sobie ten pył jako.. jako malutkie planety. Taka głupia myśl. Niewiadomo skąd i po co. Ale się pojawiła. Kurz jest taki maleńki, ale tylko dla mnie. Skąd mam mieć pewność, że nie ma życia na tym pyle? Na tych kawałkach... fragmentach czegoś? A co, jeśli my też żyjemy na takim maleńkim kawałku? I dla kogoś jesteśmy tym, czym dla nas jest ten marny kurz...
Kurz jako planety... unoszące się wokół swoich słońc. Istniejące tylko przez kilka sekund... Chociaż kilka sekund dla mnie może być wiecznością dla "Nich".
Ziemia w Kosmosie też jest maleńkim ziarenkiem pyłu. Wydaje nam się, że jesteśmy tacy ważni, wyjątkowi, niepowtarzalni, a tu proszę, okazuje się, że jesteśmy niczym.
Zastanawiająca jest jedna rzecz... jak tak wielkie ego może zmieścić się w tak małym ciele? Kolejna zagadka do rozwiązania...

6 Września 2002r.
Minęło tak wiele czasu od ostatniego wpisu. Ale jakoś nie miałam siły i ochoty pisać. Teraz też nie mam...

24 Listopada 2002r.
Nikt mi nie dał wolnej woli. Jakie dziwne zdanie. Przecież każdy może decydować o sobie i swoim losie. O tym co chce zrobić ze swoim życiem. Ale czy na pewno...?
Pomyślałam o tych, którzy są chorzy. O tych, którzy nie mogą opuszczać szpitali, wychodzić z domu, żyć... O tych którzy umierają nie znając prawdziwego życia. O tych, dla których jedynym domem jest szpital. Oni cierpią, każdego dnia walczą o swoje życie... tak bardzo pragną chociaż przez chwilę robić to, co ci zdrowi. Cały czas mają nadzieję, wierzą, że może się uda... I śnią. Marzą, ze następnego dnia obudzą się zdrowi.
A co ja robię? Marnuję swoje życie. Ciągle narzekam, że jest mi źle, że jestem nieszczęśliwa. Że spotykają mnie same nieprzyjemności. Nie chce mi się żyć... a teraz gdy pomyśle o tych wszystkich którzy mogą tylko marzyć o takim życiu jak moje, to... czuję wstyd. Wstydzę się tego wszystkiego. Nigdy nie sądziłam, że będę mieć wyrzuty sumienia z takiego powodu. Ale przecież to MOJE życie i mam prawo zrobić z nim co chcę... prawda?
Z radością zamieniłabym się z nimi gdybym tylko mogła.
No właśnie, "gdybym mogła". Ale nie mogę! Więc cóż mi pozostaje...? Dalej siedzieć i narzekać, czy zacząć żyć najlepiej jak potrafię? Czy mam prawo do bycia nieszczęśliwą wiedząc, że gdzieś tam umiera niewinne dziecko? Czy wolno mi marnować swój czas, wiedząc, że komuś innemu go brakuje? Nie mogę mu tego oddać, ale nie mogę tego też zmarnować... jestem to winna tym wszystkim ludziom..
To wszystko jest takie trudne... chociaż...

22 Grudnia 2002r.
Święta... długo oczekiwane wolne dni. Wir zajęć, sprzątanie, gotowanie, pieczenie, zakupy... a wszystko dla jednej chwili. Ten moment, gdy wszyscy siadają przy wspólnym stole, łamią się opłatkiem... Jeden z tych nielicznych momentów zupełnego szczęscia. Problemy stają się niewżne. Podziękowania za mijający rok. Za to co dobre i złe. Podziękowania za to, że ciągle jesteśmy razem, niczego nam nie brakuje... mamy siebie, i to jest najważniejsze.
Łatwo zapomnieć... tyle wspólnych chwil. Jedynych, niepowtarzalnych... To, co minęło już nie powróci. Nadchodzi nowy rok, nowe szanse, nowe porażki... ale to teraz nie ma znaczenia. Ważne, że oni ciągle są ze mną. Nie chcę myśleć o tym, że kiedyś ich zabraknie.. oby ten moment nigdy nie nadszedł.
Ważne, że tu i teraz możemy być razem. I za to chcę podziękować... nigdy nie chcę zapomnieć... dziękuję.

24 Grudnia 2002r.
Mam dużo czasu. Pierwszy raz od... od bardzo dawna mogę pozwolić sobie na luksus marnowania tego czasu. Usiąść i siedzieć, patrzeć na choinkę, na padający śnieg. Wiem, że niedługo wszystko to się skończy. Ale te cudowne chwile pozostaną w mojej pamięci, pozwolą przetrwać... Chociaż nie. Nie "przetrwać". Staną się wspomnieniami. Tymi najlepszymi.
Już od jakiegoś czasu czuję, że coś uległo zmianie. Nie patrzę już na życie jak na wroga. Stało się wyzwaniem, przygodą. Pojawiają się kolejne przeszkody, nieudane plany, porażki. Ale tym się już nie przejmuję. Przegrane mają na celu pokazanie mi, gdzie popełniłam błąd. Muszę nauczyć się od nowa tych lekcji. Aż do skutku.
Czy jestem innym człowiekiem? Nie... chyba nie. Może inaczej patrzę na innych ludzi i siebie. Nie traktuję już wszystkiego tak poważnie. Nie przejmuję się kłopotami, bardziej doceniam te lepsze chwile. "Zapominam o tym co złe, pamiętam tylko to, co dobre..."
Nic nie przychodzi łatwo. Potrzebowałam tyle czasu, żeby zrozumieć najprostrze rzeczy. Jestem człowiekiem. Jeśli chcę, to mogę stać w deszczu lub tańczyć na ulicy. Nikt mi nie zabroni. A krzywe spojrzenia..? Przynajmniej potrafię być sobą...

To już ostatni wpis. Niecały rok mojego życia. Dziwnie uczucie, czytać to teraz, gdy patrzę na świat nieco inaczej, bardziej radośnie.. z większą wiarą. Nie uważam jednak, żeby to był stracony czas. Musiałam pojąć tą lekcję jaką dało mi życie. Nie wiem, co przyniesie jutro. Może następne wyzwania będą gorsze, bardziej bolesne. A może będzie wprost przeciwnie? Przyszłość pokaże. A teraz będę żyć i cieszyć się... warto było przez to wszytko przejść. Nauczyło mnie to doceniać szczególy i błahostki... Dobranoc.

Mavra
mavraas@poczta.onet.pl