Twórczy sylwester



Taki był mój sylwester. Miałem nadzieję, że się urwę z domu, pójdę do kumpli, będzie fajna zabawa - fajnie sobie nowy rok powitam. A tu nic. Kumple też siedzą w domu, okazało się, że sami chcieli by przyjśc do mnie i zrobić jakąś imprezę. Ale niestety moi rodzice się nie zgodzili. Więc siedziałem w domu. Jeszcze nie najgorzej, ale siedziałem w domu z rodziną. I nie mam tutaj na myśli rodziny, jak mamy i taty, (nie mówię na nich starzy - to jest brak szacunku!) ale przyjechała do mnie rodzina w postaci dwóch kuzynów. Młodszych na nieszczęście. Jeden duży, a bardziej dziecięcy, a drugi mały a wydaje się, że bardziej od tamtego dorosły. Ale nie będę tutaj opisywać mej rodziny, skupię się nad moim sylwestrem, a w zasadzie wrakiem sylwestra, jaki się zapowiadał. Bo sami przyznajcie. Jaki to sylwek, gdy ci na całym domu biegają dwaj kuzyni i gonią jeszcze takiego jednego Alberta (też kuzyn, ma 3 lata). Przy tym wszystkim wrzeszcząc niemiłosiernie? Do dupy jest taki sylwester! I mój się właśnie tak zapowiadał. Jednak udało się z tego jeszcze coś wydusić, ten większy kuzyn zaczął bawić się a Albertem, a jak mniejszemu dałem trochę w Fifę pograć to potem też dał mi spokój, tylko co jaiś czas do mnie przychodził, jak mu się nudziło. Więc sytuacja poniekąd rozwiązana. No tak, ale mimmo wszystko byłem zrezygnowany. Naprawdę, było mi, cholera, smutno. Inni fajnie się w sylwka bawiż, a ja w chacie siedzę. A do tego naszły mnie myśli o powrocie do szkoły, znowu to się zacznie. Na szczęście nie na długo - zbliżają się ferie. Mimo wszystko miałem doła. Chyba to rozumiecie? A do tego wszystkiego doszło jeszcze jedno zmartwienie. Net. Nie dizałał mi :(.

Jednak wyszedłem z tego obronną ręką, postanowiłem, że ten sylwester będzie twórczy, że pożegnam stary rok 2002 tworząc coś - robiąc coś co bardzo lubię: pisząc. Chciałem napisać jakąs recenzję do "Książek" (w tym miejscu polecam ten kącik!), coś o niedawno przeczytanym "Czrnoksiężniku z Archipelagu" albo o jakieś innej książce, którą przeczytałem dawno temu. Ale nie, okazało się, że nie znalazłem na to czasu. A najgorzej było wtedy, gdy uświadamiałem sobie jak głupio spędzę ten sylwester - po prostu bezsensownie! Próbowałem się nie załamywać. Wziąłem się za dokończenie mojego opowiadania, został mi już tylko ostatni rozdział. Trochę napisałem, ale nie skończyłem - nie miałem weny... Poczytałem nowy Action Mag, ale raczej tylko pobieżnie, coś mnie naszło i nie nie chciało mi się. Zobaczyłem tylko czy są moje teksty (QN'IK! Coś ty zrobił z PS-owym artem!? :) ), były, ale o tym wiedziałem już wcześniej. Spróbowałem jeszcze raz wejść do neta. Jest! Udało mi się - połączyło mnie. Po dwóch minutach rozłączyło. Spróbowałem raz jeszcze, połączyło, rozłączyło. Za trzecim rzem tak samo. Sam zastanawiałem się czemu tak się dzieje, doszedłem do wniosku, że to chyba linie mi zamarzają :). Jedyny optymistyczny akcent tego 31-grudniowego wieczoru.

Przyszła mama, coś ode mnie chciała. Zrobiłem to. Wróciłem. Jeszcze raz spróbowałem połączyć się z netem. Nic, to znaczy: to samo co przedtem. Spróbowałem jeszcze raz. Nie wiem czemu, nie liczyłem na wiele. połączyło mnie po 8 minutach prób! (sic!) Ale połączyło i, co ważne, nie rozłączyło. Cholera, chyba się uzależniłem od netu... Ale ja nie o tym. Połączyło i nie rozłączyło. Teraz nastąpiła dla mnie bardzo ciekawa rozmowa. Tak w zasadzie to wszystko co napisałem wyżej do był taki wstęp, wstęp do tego co teraz chciałem napisać. A chciałem napisać o tej mojej rozmowie. Jednak zanim o niej wam opowiem pozwólcie, że przedstawię kilka ważnych faktów.

Po pierwsze: ja jestem zażartym katolikiem, wierzę w Boga i to bardzo mocno, natomiast mój rozmówca... Z tego co wiedziałem o nim przedtem to odrzucił kościół, całkowicie. Natomiast podczas rozmowy dowiedziałem się, że jest on zarazem ateistą. Ciekawe się dwie osoby dobrały do rozmowy, prawda? Dwie skrajności chciałoby się rzec. Powiem wam jeszcze tylko skąd się znamy. A znamy się z powodu zamiłowania do Heroesów, można powiedzieć. Obaj jesteśmy "mieszkańcami" Osady "Pazur Behemota" - to taka internetowa społeczność, lubiąca Heroes i fantasy. Chciałbym jeszcze zauważyć, że osoba, z którą rozmawiałem na w Osadzie nick Sandro, więc tak na niego mówię, a ponieważ do Action Maga pisze też jakiś Sandro, to chciałem wam powiedzieć, że pisząc tego arta odnoszę się do innego Sandro. Jednak on sam też zwie się Pacal, więc tak naniego mogę tutaj mówić, by żadnego zamieszania nie robić. Tyle gwoli wyjaśnienia wracajmy do mojej rozmowy, a raczej wniosków jakie z niej wysunąłem.

Nie bedę jej przytaczać w całości, może będę w miarę pisania tyko przedstawiał co ważniejsze zworty(?). Całą rozmowę zainicjował mój art w AM, pt. "Piekło oraz czy nie ma Boga". Podesłałem ten art do Pacala, on go oczywiście przeczytał i zaraz na wstępie oznajmił, że nie zgadza się tam z ani jednym słowem, że jest ateistą. Nie będę pisał jak się to wszystko zaczęło, mimo że mi to napisał to nie będę tego mówił, a poza tym to jego prywatna sprawa. Powiedział mi, że kiedyś był wierzący. To tak jak ja teraz. Potem odrzucił kościół, a potem Boga. Ja go rozumiem, ja go rozumiem ale ja chcę wierzyć, bo wiara daje mi... Pacal podsunął mi takie słówka: siła i pewność. Według mnie to banalne, choć prawdą jest, że poniekąd to właśnie daje, ale dla mnie wiara to przede wszystkim brak pustki. Jeśli nie było by wiary to byłoby po prostu pusto. Takie jest moje zdanie. Cholera, gadałem już z nim przedtem na podobne tematy, tylko że wtedy nie mówiliśmy do końca jasno, wszędzie były podteksty... A teraz to było po prostu... prawdziwe? Chyba właśnie takie - prawdziwe. Kolejne pytanie do mnie. Po tym jak wspomniałem, że ja tak naprawdę nie chce wierzyć, w to, że Bóg nie istnieje, nie chce by targały mną wątpliwości. Zacytuje go tutaj: nie uważasz tego za zakrywanie sobie oczu ze strachu? ze starchu przed prawdą?. Odpowiem tutaj tak samo, jak odpowiedziałem na to Pacala: możliwe, że tak właśnie jest, możliwe, że jestem tchórzem. Ale gdyby nawet po śmierci nic nie istniało, to po co miałbym w to wierzyć? To by mi tylko, że tak powiem, zepsuło życie - moje nastawienia do niego. Do życia. Do życia, jako przyjemności w nim itp. bo jeżeli wierzyłbym, że nic po śmierci nie ma to... to nie potrafiłbym się cieszyć życiem.

Kolejną ciekawą sprawą były słowa, które zacytował mi Pacal. Brzmią one tak:
"Piekło jest przeciwieństwem radości, niespełnieniem. To znajomość prawdziwej własnej istoty i niemożność jej doświadczenia. To bycie nie w pełni. [...] Ale piekło nie istnieje w postaci miejsca, o którym snuje się przeróżne fantazje, gdzie płoniesz w wiecznym ogniu, ani też stan nigdy nie kończacej sie udręki. Jaki miałbym w tym cel? Nawet gdybym powziął tę jawnie nie-Boską myśl, że ty 'nie zasługujesz' na niebo, czy szukalbym tego rodzaju wymyślnej zemsty czy kary za to, że nie stanaleś na wysokości zadania? Czy nie byloby dla Mnie prościej pozbyć sie ciebie? Skąd to mściwe dążenie do poddania cić cierpieniu przekraczającemu wszelkie wyobrażenie? [...] Czy konieczny jest strach, abyś trzymał się tego, co jest z gruntu dobre? Czy trzeba ci grozić abyś był dobry? Na czym wlaściwie polega 'bycie dobrym'? Kto to ustala? Kto ustanawia reguły i wytycza zasady postępowania? Powiadam ci: to ty ustanawiasz własne reguły, ty ustanawiasz sam dla siebie zasady postępowania. I osądzasz, jak dobrze sie spisałeś; jak dobrze sie sprawujesz. [...] Nikt inny cie nie osądzi, nigdy, po cóż bowiem Bóg miałby osądzać własne dzieło i potępiać je? Gdyby było moim zamierzeniem, abyś był idealny pod każdym względem, pozostawiłbym ciebie w stanie skończonej doskonałości, z której przybyłeś. Cała rzecz polega na tym, abyś siebie odkrył, stworzył swa Jaźń, jaką jesteś w rzeczywistości i jaką szczerze chcesz być. Ale to nigdy nie mogłoby się stać, gdyby nie dano ci tez wyboru bycia czym innym. Zatem, czy mam cię karać za to, że dokonałeś wyboru, jaki Ja sam przed tobą postawiłem? Gdybym nie życzył sobie, abyś wybrał tę drugą możliwość, to czy stwarzałbym cokolwiek innego niż ta pierwsza? Należy się nad tym zastanowić, zanim wyznaczy Mi się rolę potępiającego Boga."
Nie skomentowałem tego. Ale nie dlatego, ponieważ nie mogłem znaleźć odpowiedzi, choć może to też, ale dlatego, ponieważ nie chciałem wydawać pochopnych opinii. Nad czymś takim trzeba się zastanowić. Teraz to zrobię, zastanowię się i odpowiem na to. A potem wyślę ten tekst do Pacala i może on też da swoją odpowiedź. [Dopisek po napisaniu całego tekstu: Pacal nie odpowie, za to powiedział, ze może napisze jakiś tekst o tym...] Zobaczymy. Oto moja odpowiedź: Żeby to w pełni zrozumieć przeczytałem cały tekst cztery razy, a nie wątpię, że poczytam jeszcze więcej. Na początku powiem jak to rozumiem. Chodzi o to, że Bóg mówi(?) tutaj o tym, że stworzył nas takich, jacy teraz jesteśmy, że sam stworzył w nas możliwość popełniania zła. A zrobił to po to, byśmy mogli samemu siebie kształtować, byśmy nie byli ślepo mu posłuszni, ale abyśmy mogli "być sobą". Samemu wyznaczać sobie drogę. Poza tym mówi o tym, że Bóg nie potępia nas gdy czynimy zło(?), że on nie potępia tego, co sam stworzył. Mówi to o tym, że tak naprawdę to piekło nie istnieje, ponieważ Bóg nie osądza nas i nie każe nikomu iść do piekła. Że my sami siebie osądzamy, i że sami ustalamy sobie zasady. Nie wiem, może to dobrze zrozumiałem, ale nie potrafiłem tego przelać na ekrany monitorów? A co mogę na to odpowiedzieć? Cholera, jeżeli wiem! Naprawdę, w tej chwili nic mi do głowy nie przychodzi! Mam taki mętlik, nawet wysłowić się nie potrafię! Więc pozostawię to bez odpowiedzi, albo może powiem później, jak coś wymyślę?

Padło jeszcze jedno, ciekawe pytanie do mnie. Wiesz dlaczego wierzysz w Boga? Wiem. I wyjawię to, gdyż nie jest to tajemnicą. Wierzę ponieważ tak zostałem wychowany. Teraz przypomniało mi się jeszcze jedno pytanie, jakie zadał mi Pacal, dawno przed tą rozmową. Jakbyś się wychował w buddyjskiej rodzinie, to byłbyś buddystą? Nie jest tutaj ważny rodzaj religii, tylko to, czy to w co wierzymy ma wpływ to gdzie się urodziliśmy i gdzie się wychowaliśmy? A raczej inaczej: gdzie nas wychowano? Boję się, że tak. Teraz też doszedłem to tego samego wniosku, wierzę w Boga, ponieważ urodziłem się właśnie tutaj, i wychowano mnie właśnie tutaj. Ale mimo tego wierzę! wierzę bo... chcę. Ja chce wierzyć, bo wiara jest częścią mnie. Jak już wspomniałem: gdybym nie wierzył byłoby pusto. Straszliwie pusto w moim życiu.
Nadeszła lawina pytań.
Jakbyś się wychował w buddyjskiej rodzinie, to byłbyś buddystą?
Byłbym
Tak samo, jakbyś wychował się w rodzinie ateistów, czyż nie?
Tak.
Czy uważasz, że to dobrze, że twoja wiara uzależniona jest od wychowania?
Nie, to nie jest dobrze - dlatego... dlatego trudno jest o tym myśleć
Czy jakbym ja napisał książkę, i powiedział, że jest objawiona, i bóg przemawia przez nią, uwierzyłbyś w to?
...tak... gdyby na tym opierała się moja religia...
Więc dlaczego wierzysz w to, co mói Biblia?
Nie wiem - ja dlatego wierzę ponieważ... chcę wierzyć i... dlatego, bo zostałem tak wychowany...
...

Cholera, teraz zadaję sobie jedno pytanie:

czy ja jeszcze wierzę?

Faramir