=-=-= STWORZONY PO TO, ABY KSZTAŁTOWAĆ WŁASNĄ DROGĘ... =-=-=


    Koniec stresów, bezsensownych niepotrzebnych emocji, zdenerwowania, wszelkich drażniących myśli? Te ostatnie... kłębią się w umyśle, sprzeczają, kolidują. Chcę o nich zapomnieć, jednakże nie potrafię, absolutnie mnie zdominowały. W chwilach, kiedy są najbardziej potrzebne, odmawiają posłuszeństwa. To nie niewolnicy służący panu, oj nie... Czuję, że śmiało chcą żyć bez nas, beze mnie, bez Ciebie, bez otaczającego świata. Pływać, kąpać się w swej wartości. Odreagować, uciec przed wszystkim, przed bajzlem... Ale ja im nie pozwolę! Nie dość, że tracę poprzez ich działanie, to jeszcze świadomie nie pozwalają mi działać. Zacznę je terroryzować, nie dam o sobie zapomnieć. Są dotkliwie ze mną zespolone. Nikczemnie, pogardliwie, ironicznie dokuczają. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie - wyznaję tę zasadę. Zapamiętają mnie na długi czas, nie pozwolę samowolnie na odłączenie ode mnie, nawet jeśli miało by mi to przeszkodzić. Wytrwam w tym postanowieniu, pokaże pazury - to, że też potrafię być egoistą i największym chamem, żadnym altruistą... Reakcja=kontrreakcja, nieprawdaż?

    Żyję, a właściwie nie wiem dlaczego. Dla przyszłej rodziny, pieniędzy, dzieci? Nie... to tylko ogłupiałe wytłumaczenia, żadna oryginalność poglądów. Każdy następny dzień nie przynosi niczego nowego, dziwna melancholia i nonszalancja nie pozwala na powierzchowną edukację. Kilkanaście lat udręki, szarych dni, podczas których radość bledła i nikła, gdzie słoneczny urok zapadł w niepamięć. Nie mam dla kogo żyć... prócz siebie. Na pewno nie dla Ciebie, dla Ciebie też nie... Chęci gdzieś odleciały, rozwiały moje wszystkie nadzieje, która zamarła widząc "uroki" funkcjonowania, otaczającego świata, ludzi... Cel? Po co? To zbyteczne. Możesz żyć nie mając go, a nie tracisz nic. Sprawia, iż dotykają cię stresy, niepewność, strach o przyszłość, o następny dzień - identyczny jak poprzedni i kolejny w zapasie.

    Życie jest okrutne. Nie jawi się promienistymi kolorami, nie pociesza, nie doda otuchy, a niszczy i kłamie... Żyję, bo muszę. Chciałbym w świetle dnia odnaleźć kiedyś sens mojego istnienia, mojego powołania, przeznaczenia, co sobie wybiera i nakazuje... Chciałbym za rękę z Słońcem po łące chodzić, niech mi świeci za dnia, nocą zaś ochrania i wytycza dalszą ścieżkę... Cieszyć chwilą wolną, pełznącą z czasem, tylko do przodu, ku mecie. Gdzie jest moja meta? Gdzie właściwie zacząłem cały ten wyścig, moją życiową eskapadę? Gdy jest ciemno, nie wiem gdzie idę, nie widzę swoich następnych posunięć, a każdy krok jest przypadkowy i zdany na los. Idę, ponieważ muszę, byle by naprzód, ku mecie... Życie jest jak ciemność, nie wiesz gdzie cię zawieje, dokąd zmierzasz, czy aby Twój następny krok odbije się pozytywnie... Nie wiesz, co przyniesie chwila następna, nie znasz przyszłości. Właściwie musisz powiedzieć sobie to prosto w twarz: nie wiem, w którym kierunku mnie niesie...

    Ścieżka jest trudna do przebycia. Na prostej czy też zakręcie czai się zjawisko czegoś negatywnego, nieprzewidywalnego - coś, czego nie chciałbyś uświadczyć, a w jakiś sposób niestety spadnie to na Ciebie. Sam start jest trudny, spotkałem "Strach" a on żywi mnie po dziś dzień... Dalej Zło w uściskach tonie, na samym środku leży, nie przepuszcza, jest wieczną barierą, nieprzełamywalną... Ścieżką idę długi czas, powoli staję się zmęczony, co chwilę zaczepia mnie Nieszczerość, innym zaś razem Kłamstwo, za rogiem już czeka "Przekleństwo" - uparte, po wsze czasy żywotne, z niesamowitą chęcią nakłonienia do czynów niegodnych... Wiodąc przez drogę, Śmiech mi towarzyszył, Radość kompanem mym była, Miłość nawet pokrzepiała, energii dodawała i za uszy zbierała jak wrak z samej ziemi, z samego dna... Ale czym one sa wobec czasowych trosk? Milimetrem przy centymentrze, początkiem linijki przy jej końcu, zalążkiem internetu u kresu jego potęgi... Tyle lat mnie zwodzą, a ja już mam ich dość! Nie chcą się ode mnie odczepić, powodują smutek i rozgoryczenie, widzenie świata w barwach szarych i nieestetycznych. Odpłyńcie, proszę was, odpłyńcie już, nie mogę tego znieść... Ścieżka ta równolegle biegnie ku mnie, jest wyrafinowana, cwana, dumna... wie, kiedy nastąpi koniec, kres, game over... Jestem całkowicie jej poddany, z drugiej jednak strony ja decyduje o jej kształcie, długości i przeszkodach. Już mnóstwo tychże napotkałem przez moją głupotę, wiele niewyjaśnionych sytuacji, problemów... W każdej chwili mogę powiedzieć: Dość! Wtedy wystąpiwszy kilka kroków do przodu ujrzę wielkie urwisko, dlugie na staj kilkaset, szerokie na łokci tysiące. Mam świadomość, że skoczę, ktoś mi w tym pomoże, pchnie ku końcowi mojej życiowej drogi, mojemu pośmiertnemu przeznaczeniu...

    Kto czeka na mnie u końcu mych dni, jaka siła, człowiek, roślina, może rzeczywistość...? Gdzie pójdę i do kogo, w jakim celu, czy tam będzie lepiej? Cierpię, nie ukrywam tego. Myśl ta jest wybijająca i potężnieje z dniem następnym. A jak trafię w przepaść, gdzie ciało rozpływa się niczym powietrze na niebie, co zrobię? Tam jest jeszcze gorzej, pragnienie powrotu przenika każdą komórkę ciała, ciemność niepodzielnie panuje, a mrok z drogi nie schodzi, tworząc kolejną dla mnie barierę. Umrę kiedyś - to pewne, zostanę zabrany i zapomniany, nawet Matka Ziemia sobie o mnie nie przypomni... Nie może byc nic bardziej poniżającego i urażającego w serce. Teraz koczując jak ludy afrykańskie myślę nad dalszym istnieniem, choć to trudne. Tyle spraw na głowie, emocjonalny burdel... Udało mi się jednak coś postanowić - coś, co chcę realizować, mimo mojego niepohamowanego braku chęci, celu, działania... Nastał koniec niefrasobliwego początku, zaczynam nowe życie, na nowo się odradzam, w nowej postaci...

    Chcę zostać zapamiętany, zrobić coś dla siebie i Ciebie... Utwierdzałem się w chaotycznym przekonaniu, że nic nie mogę prawidłwo wykonać, że jestem małym, pobłażliwie wyglądającym człowiekiem nie potrafiącym najprostszych czynności, a który to jeszcze narzeka na całą istniejącą otoczkę, pobudliwą i natarczywą w stosunku do samego mnie. I ja się zmieniam, trzeba... Chyba nie chcesz pójść w niepamięć? Obranie prawidłowego kierunku zycia graniczy z cudem. Niewielu pławi się w szczęściu, są spełnieni zawodowo, uczuciowo, finansowo... Życie jest trudne, a ja nie umiem sobie poradzić z jego przygotowywanymi dla mnie sytuacjami, problemami, wreszcie ludźmi, jacy mnie otaczają... Czerpię małą satysfakcję przeżywając na swój sposób nowy etap, level życiowy, a i poprawy nie widzę znaczącej, która to tchnęła by we mnie podstawowe czynniki gwarantujące wytoczoną kwiatami drogę do własnego zadowolenia i możności powiedzenia w przyszłości, że się zrealizowałem w każdym elemencie życiowego kunsztu przetrwania. Czynnikami tymi są wiara, nadzieja, miłość... Nie poddam się złym wpływom. Walczę jak prawdziwy gladiator - do samego końca, do utracenia ostatniego oddechu, aż mnie ktoś pokona... Jestem rzucony na pastwę...

sly
slyther@o2.pl


"Prawdziwą tragedią dla człowieka najczęściej nie jest niemożność dopięcia celu, ale rozczarowanie, którego doznaje po osiągnięciu tego, czego pragnął. Dlatego być mądrym życiowo to znaczy taki wybór celów, aby nie utraciły one swojej wartości, z chwilą gdy zostały osiągnięte"