Obojętność w społeczeństwie.

     Nie tak dawno (dla mnie) były święta Bożego Narodzenia. Wszyscy posiadający dom katolicy zebrali się, aby zasiąść przy wigilijnym stole i zjeść mniej lub bardziej smaczne potrawy. W telewizji można było obejrzeć reklamy, mówiące o potrzebujących dzieciach, bezdomnych itp. Z pewnością w niejednym domu słychać było wtedy głosy w stylu: „pomógłbym...”, a zaraz po tym następujące słowo: „...ale...”. Ale ja też nie mam zbyt wiele pieniędzy, ponadto nowy mercedes potrzebuje dobrego i drogiego paliwa. Ironiczne prawda? Niestety w tym nieco wyolbrzymionym przykładzie jest sporo prawdy. Specjalnie napisałem „wszyscy POSIADAJĄCY DOM katolicy.” Ci, którzy go nie mają nie mogą liczyć na niczyją pomoc poza organizacjami charytatywnymi. Teoretycznie każdy chrześcijanin powinien im pomóc, zwłaszcza w okresie świąt. Teoretycznie. Praktycznie puste krzesło przy Wigilijnym stole jest niczym innym jak symbolem. Wątpię w to, aby każdy przyjął bezdomnego gdyby takowy odważył się zapukać. A do tego trzeba odwagi, bo przecież nawet w Wigilię można trafić na reakcję w stylu: „czego tu, menelu jeden?!” W tym arcie chciałbym zwrócić szczególną uwagę na to, jak wszyscy są obojętni na to, co wokół nich się dzieje, oraz na dość często spotykaną postawę typu: „nie widać problemu – nie ma problemu.”

     To, co napisałem powyżej odnosi się przede wszystkim do okresu świąt, jednak w czasie całego roku ludzie spotykają się z problemami będącymi wokół nich, których nie chcą zauważyć. Nie chodzi mi tu tylko o kwestie pomocy bezdomnym itp., ale również o coś, co czasami nazywane jest „pomocą sąsiedzką.” Czyli jeśli sąsiad ma kłopoty, to należy się tym zainteresować. Niedawno na kanale TVN w pewnym programie widziałem reportaż o kobiecie, która ożeniła się z siedemnastolatkiem. Tatuś bił córeczkę, która chyba nie miała nawet roku i przypalał jej twarz papierosem. Pomijając kochającą mamusię, która podobno kochała swoje dziecko, ale nie próbowała zapobiec temu, co się działo, należy zwrócić uwagę na wypowiedź sąsiada, który twierdzi, że nic o tym wszystkim nie wiedział. Oczywiście, że nie, bo gdyby powiedział inaczej, to inni, którzy również nic nie wiedzieli potępiliby go. I tak jest zawsze. Nikt o niczym nic nie wie. To była przecież „taka porządna rodzina.” Jasne, że czasem faktycznie takie coś jest trudne do zauważenia, ale myślę, iż w tym przypadku było inaczej. Jak można nie usłyszeć zza ściany krzyku dziecka i nie zauważyć poparzeń od papierosa na twarzy? A to nie pierwszy tego typu przypadek. Już nieraz widziałem w telewizji takie nieszczęścia i słyszałem wypowiedzi „nieświadomych sąsiadów”. Ludzie po prostu nie interesują się tym, co się dzieje, dopiero kiedy dojdzie do jakichś spektakularnych wydarzeń, typu morderstwo lub samobójstwo znajdują się osoby, które coś tam wiedziały, słyszały, ale nigdy niczego nie zaobserwowały same i dlatego nie interweniowały, bo to przecież mogą być tylko plotki, więc po co robić innym kłopoty?

     Wszystkim polecam zapoznać się z artem „Na zewnątrz: IDIOTA” (AM nr 33). Mówi on o niedoszłym samobójcy, a dokładnie o momencie, gdy stoi on za barierką balkonu. Wszyscy patrzą na niego, ktoś z sąsiedniego balkonu próbuje go pocieszyć. Jednak ten ktoś zainteresował się nim dopiero teraz, kiedy chłopak zdecydował się na najbardziej drastyczny krok. Ludzie na dole zapewne wymieniają uwagi: „trzeba mu pomóc,” „niech ktoś go zdejmie,” „Boże, przecież biedak się zabije.” Jednak gdy jest już po wszystkim nikt się nim nie interesuje. Bo przecież (tu cytat z arta): „co jest ciekawego w płaczącym cicho człowieku na balkonie. Kompletnie nic.” No właśnie. Byłoby ciekawie, gdyby skoczył w dół. Nareszcie byłby temat do rozmów. A tak? Uratowali go, więc co w tym nadzwyczajnego? Oczywiście nikt tego głośno nie powie, ale zapewne niejeden tak sobie pomyśli.

     Dalej o samobójcach. Widziałem faceta, który podciął sobie żyły. To było w centrum miasta. Jaka reakcja ze strony ludzi? Stoją i patrzą. Nie mówię, że zaraz mają się rzucić mu na pomoc, bo raz mogą jeszcze bardziej zaszkodzić, a dwa facet nie wyglądał zbyt porządnie i mógł przecież być jakimś narkomanem. Ale na miejscu byli bohaterscy policjanci. Co zrobili? Jeden ubrał gumowe rękawiczki, sprawdził dokumenty. W tym czasie ten drugi niespiesznie zagadał do krótkofalówki, aby wezwać pogotowie. I co dalej? Nawet nie spróbowali spytać gościa, kim jest, czy ma jakąś rodzinę, czy na coś choruje, bierze jakieś lekarstwa. Po prostu nic. Stanęli i patrzyli. Jak pozostali. A niedawno w TV4 widziałem faceta śpiącego na przystanku autobusowym, który miał rozwaloną głowę. Na miejscu również była policja. Ooo, tu już jest kamera, więc trzeba pokazać profesjonalizm. Od razu troska, o to żeby nie zasnął, pytania o choroby itd. A co by było, gdyby kamery nie było? Trochę odbiegnę od tematu, ale pieniądze dla protestujących strażaków powinny zostać zdobyte z obcięcia pensji policjantom właśnie. Co z tego, że łapią przestępców (zresztą i tak nieudolnie), skoro do niczego innego się nie nadają? A teoretycznie pomoc ofiarom wypadków i samobójcom również należy do ich obowiązków.

     Teraz pora na wypadki samochodowe. Ja byłem świadkiem jednego. Chłopaka, na oko 13 lat potrącił samochód. Oczywiście zleciał się tłum gapiów. I tym razem nie oczekuję od nikogo pomocy, bo może jeszcze zaszkodzić. Ale może tak wypadałoby zadzwonić po karetkę? Ktoś wpadł na tak genialny pomysł. Co prawda ja wpadłem wcześniej i już miałem biec do budki, ale słysząc krzyk „niech ktoś zadzwoni po pogotowie” na chwilę zatrzymałem się, w nadziei, że ktoś ma komórkę. Tymczasem ludzie popatrzyli jeden na drugiego, po czym powrócili do obserwowania leżącego. Więc pobiegłem. Ale nie do budki, tylko do apteki, bo ta była bliżej. Szybko powiedziałem, co się stało i aptekarka zadzwoniła na pogotowie. Okazało się jednak, że zgłoszenie zostało już przyjęte. Kiedy wróciłem na miejsce, dowiedziałem się, że w pobliżu przechodził lekarz i to on zadzwonił na pogotowie, oraz zajął się pierwszą pomocą. Gdyby nie on jednak to moje zgłoszenie zapewne byłoby pierwsze. A jak się potem okazało parę osób miało przy sobie telefony Zarówno w tym jak i poprzednim przypadku ludzie mieli gdzieś to, co niejednokrotnie powtarza się w telewizji, czyli aby się rozstąpić i dać dostęp do świeżego powietrza. Nikt nie zareagował nawet na przyjazd karetki. Sanitariusze musieli dosłownie przepychać się przez tłum, bo każdego interesowało to, aby zobaczyć jak najwięcej, a nie żeby chociaż przez usunięcie się z drogi pomóc lekarzom.

     A teraz powrót do początku tekstu, czyli do pomocy bezdomnym. Ile razy, gdy ktoś wyglądający na NAPRAWDĘ biednego, prosił was o pomoc, a wy mu odmówiliście? Wiele razy? A czy czytając ten tekst nie powtarzałeś sobie w myślach: „ja postąpiłbym inaczej”? Jeśli właśnie tak było, to niestety wypadałoby zastanowić się nad sobą. Czy ty również nie należysz do osób, które twierdzą, że są dobre i wrażliwe, a gdy przychodzi czas na sprawdzian tej dobroci, to oblewają egzamin?

     Zbliżam się do końca, a jeszcze nie wytłumaczyłem, o co chodzi mi w podejściu typu: „nie widać problemu – nie ma problemu.” Wprawdzie jest to dość wymowne i nie potrzeba tu żadnego dodatkowego tłumaczenia, po prostu idzie o to, co dzieje się przede wszystkim w krajach komunistycznych, czyli o ukazywanie ludzi szczęśliwymi, podczas gdy wcale nimi nie są. Czemu jednak o tym wspomniałem? Przecież Polska do krajów komunistycznych już się nie zalicza. Tak, ale niejednokrotnie powtarzamy sobie: „Chętnie pomogę, ale na razie nie mam ku temu okazji. Wszystko wokół mnie jest w jak najlepszym porządku i nie widzę nikogo, komu potrzebna jest pomoc.” Teraz rozumiecie? My sami próbujemy wmawiać sobie szczęście innych i nie jest do tego potrzebna żadna manipulacja. A tymczasem warto zwrócić uwagę choćby na osoby starsze mieszkające samotnie. Być może potrzebna jest im pomoc w zrobieniu zakupów itp. I nie mówcie mi, że takich osób nie ma w waszym otoczeniu, albo że one są szczęśliwe.

     Jeśli chodzi o izolowanie się od ludzkich nieszczęść, to pozwolę sobie przytoczyć historyjkę, którą usłyszałem w czasie jednej z lekcji religii:

     W kraju Ameryki południowej istnieje podział na dwie grupy: bogata i biedna. Nie jest to nic nadzwyczajnego, wszędzie tak jest. Podział ten dotyczy również kościołów. Pewnych dwóch biednych chłopców weszło do „bogatego” kościoła. Wszyscy obecni na nich się oglądali. Kościelny widząc, ze chłopcy zmierzają do ołtarza próbował ich zatrzymać. Oni jednak wyminęli go, i przed krzyżem Jezusa złożyli jedyne, co ze sobą mieli: stary chleb. Starszy z chłopców zaczął wtedy krzyczeć: „Panie Boże bogatych, pomóż nam, bo w naszym kościele nasze modlitwy nie odniosły skutku.” Krzyczał jeszcze przez chwile, aż w końcu złapał ich kościelny. Wyniósł krzyczących i płaczących chłopców na zewnątrz. Nie spotkał się z żadną reakcją ani ze strony wiernych, ani ze strony prowadzącego mszę księdza.

     Należy się zastanowić: czym tak naprawdę jest wiara? No, może nie tyle wiara, ale chęć pomocy drugiej osobie i współczucie dla niej? Niejeden człowiek zapytany o to, co by zrobił w takiej sytuacji zapewne stwierdziłby: zaprotestowałbym. Co jednak zrobiłby naprawdę? I dlaczego wszyscy są tacy obojętni na to, co wokół nich się dzieje? Liczę na komentarze z waszej strony.

Luke

P.S. Pozdrawiam Novinhę. To dzięki jej artom zrozumiałem, co naprawdę chcę w tym tekscie zawrzeć.