Witam serdecznie. To pierwszy mój taki art od jakiegoś czasu. Znaczy się "normalny", bez poetyckich rozważań itp. Zostałem skomentowany (i mój art, swoją drogą - beznadziejny :>) przez pewnego osobnika, który zasadniczo BEZPODSTAWNIE udziela jakichkolwiek kazań i rad, która ładnie wyglądaja, ciekawie, a nic nie znaczą, ewentualnie mało. Nie mogłem się oprzeć pokusie napisania tegoż artu i mam nadzieję, że ta chwilowa zmiana nie wpłynie jakoś mocno na zmianę zdania Eddiego na mój temat. Zostałem wezwany do tablicy, więc od niej nie odejdę, gdyż tchórzyć nie tchórzę, ale mam zupełnie inne zdanie na pewne tematy. Cóż, przejdźmy do samej treści. Będę niepoczytalny. ;>
Ten krótki txt ma być niejako odpowiedzią na art Sly'a "Co wymyśliła moja parafia".
Na co chcesz mi dać odpowiedź?! Jak i ile razy mam chodzić do Kościoła?!
Ja jeszcze nie miałem bierzmowania (będe je miał dopiero w przyszłym roku szkolnym, a więc od teraz za jakieś 2 lata bez kilku miesięcy). Jednak mam siostrę, która bierzmowanie miała rok temu i w naszej parafii podobnie jak w parafii Sly'a "wymyślono" przepis, że trzeba mieć X podpisów, aby przystąpić do bierzmowania. Z tą jednak różnicą, że ten X równa się ilości niedziel w ciągu mniej-więcej jednego roku (coś koło 40-45). Nie było to nic specjalnego - zawsze przecież chodzimy całą rodziną do kościoła w każdą niedzielę. Jedyny wysiłek polegał na tym, że trzeba było postać kilka minutek po mszy w kolejce po podpis księdza. Tutaj pierwsze moje spostrzeżenie: tak trudno zostać po mszy te piętnaście minut???
Eddie, zlituj się nad tym człowiekiem, tudzież każ mu uważniej czytać. Przecież ja nigdzie, w żadnym fragmencie nie wspomniałem, że problemem jest dla mnie poczekanie kilka minut na podpis od księdza! Skąd ty te wiadomości masz? Drogą dedukcji? Jeśli tak, popraw sobie deduktor, coś ci nawala...
No, ale pójdźmy dalej. Nie jest to łatwe dla Sly'a, ponieważ... w ogóle nie chodzi do kościoła.
Ba, wcale, że nie. Znowu nieuważnie czytał. Chodzę, aczkolwiek nie na wszystkie msze! Dla jednych oczywiście może oznaczać to, że to nędzna imitacja, dla drugich jednak - normalna sprawa. Ty się zaliczasz do pierwszej kategorii, a Twoje rozumowanie można streścić według mnie w następujący sposób: mało = wcale...
No tak, wszystko jasne.
Chyba w swojej (Twojej) niejasności... potocznemu i infantylnemu uargumentowaniu. Od "No" się nie zaczyna zdania, to tak tylko w gwoli przypomnienia. Nie wiedziałeś?! Kto łożył na Twą edukację? Kościół?!
Pomyślał bym, że jest on jakimś ateistą, czy coś, ale nie...
Nie myśl, to nie jest Twój mocny punkt, przynajmniej jeśli chodzi o pewne kwestie, związane bezspośrednio ze mną.
Mówi, że nie ma czasu na kościół.
Łożesz! Tajne rządowe informacje szybko się rozprzestrzeniają.
Że bardzo chce, ale "niestety" ma... UWAGA: mecze piłki nożnej w każdą niedzielę i niestety nie może uczęszczać na mszę...
Nabijaj się, nabijaj... kiedyś jeszcze będziesz przepraszał. Sądzę, iż to Cię śmieszy, lekko dekonspiruje. I ja chcę chodzić, niemniej nie mogę. Nie jesteś na moim położeniu, więc praktycznie jesteś tak obeznany w tym temacie, jak wiedza Chińczyka o języku polskim.
No dobra - myślę - zwykły szary człowieczek, dla którego wiara nic nie znaczy.
Skąd to wywnioskowałeś? A ja mogę kłamać. Może wszystkie moje arty to jedna wielka sterta bzdur i kłamliwych insynuacji? Nie możesz wiedzieć. Każdy ma w sercu zapisany poziom swojej wiary. Ty klucza do mego na pewno nie masz. Plotki!
Ale znowu idziemy dalej: mówi, że nie może, ale bardzo chce! "Naprawdę, nie mogę odrzucić sportu, bo to moja przepustka na życie".
I dalej stoję murem przy tym twierdzeniu.
Rozum człowieka jest tak skonstruowany, że liczą się dla niego sprawy doczesne.
Tuś mnie załamałeś, szczerze mówiąc. Sprawy doczesne, powiadasz? W takim razie wytłumacz mi rozumowanie biznesmenów w przyszłoczasowe inwestycje? Co, oni nie są na czasie?! Och, rzeczywiście... Nie mów przy okazji o schemacie ludzkiego mózgu, ponieważ Twoja wiedza na ten temat jest - sądząc z argumentacji - wyraźnie ograniczona. Nie wiem, w jaki sposób do tego udało ci się dojść, niemniej na pewno toku rozumowania Twej osoby nie chcę znać, tym bardziej po przeczytaniu czegoś takiego...
"...przepustka na życie...". Phi!
Idąc przez życie, układasz sobie je wedle własnych upodobań. Absolutnie tego nie rozumiesz. Jak się w czymś doskonalisz i widzisz, że idzie ci naprawdę nieźle, pochłaniasz się temu w całości, by zapewnić sobie godne życie w przyszłości, a nie zbieranie po śmietnikach jakiś odpadów. Chcesz być szmatławcem poniżanym przez całe życie?! Ja nie...
A myślisz, że jak będziesz chodził do kościoła to, co? Że niby umrzesz? Że nic Ci się nie uda? Zauważ, że to Bóg dał Ci życie.
Masz temu dowody?! JA tylko wiem, że życie dała mi moja matka, nic poza tym. Ogólnie po przeczytaniu Twojej polemiki śmiem twierdzić, iż jesteś maniakiem i fanatykiem religii! Jak drugi Pasibrzuch, choć ten - z całą odpowiedzialnością mówiąc - wyrażał się dużo lepiej, mądrzej i czytelniej...
Dzięki niemu możesz kopać sobie piłkę!
Przy okazji chwilowo zwątpiłem w Twoją wiarę po stylu pisania słowa "niemu". Pouczasz mnie, a sam nie masz szacunku do Boga - osoby, która jest Twoim wzorem i na nim opierasz swe życie. Ja bynajmniej nie...
Przecież kościół to właśnie droga do życia!
O mój Boże! Nie czuj urazy do mojej osoby, aczkolwiek muszę powiedzieć, że pieprzysz niesamowite farmazony. Istnieje kilka wartości dla ludzi. Jedną jest Bóg (dla Ciebie), inną zaś przejście przez życie wedle własnych - zgoła innych - celów i przekonań. Pieniądze... Jestem materialistą!!! Szmal jest dla mnie najważniejszy, żyje tylko dla niego!!! Żartuję. Ale przyjąłem teraz identyczną formę wypowiedzi jak Ty i również stwierdziłem, że dzięki forsie idę przez życie. Po części tak jest, nieprawdaż? Moją drogą do życia jest miłość i samorealizacja własnych wartości, a Kościół jest tylko małą częścią mej życiowej eskapady, bynajmniej nie najważniejszą rolę w niej pełni...
Wiem, że chodziło Ci, Sly, o być może jakąś karierę zawodową, ale jak już mówiłem - człowiek myśli tylko o teraźniejszośći.
Proszę Cię Eddie, napisz coś tutaj, ja chwilowo nie mogę, muszę wrócić do normalnego stanu. Moje sumienie tylko czeka na jutrzejszy dzień i czy włożę coś do gara, czy aby mnie nie zabije samochód itp. Można powiedzieć, że martwię się na zapas, niemniej myślenie wprzód uważam za całkiem normalną rzecz. Przygotowywuje się do egzaminów gimnazjalnych odbywających się w maju. W takim razie wydarzenia aktualne (teraźniejsze) są dla mnie czymś ważniejszym? Nie. Aby przeżyć pewne sytuacje, nie możesz myśleć o aktualności bytu, a dążyć do przysżłych wydarzeń i skrzętnie realizować plan w stosunku ku temu...
[Eddie:
A pewnie, że napiszę. Odnoszę wrażenie, że kolega, na którego zarzuty odpowiada
Sly stara się uszczęśliwić go na siłę poprzez nawracanie. Błąd! Jeśli ktos
będzie chciał, to sam się nawróci i zmieni. Swoją drogą, mnie też
interesuje tylko teraźniejszość rozumiana jako życie doczesne. Nie wiem
co będzie po śmierci, więc nie widzę powodów, dla których miałbym się tym
interesować. Dla mnie najważniejsze jest to, że w tej chwili żyję i muszę
to życie ułożyć jak najlepiej sobie oraz swoim bliskim. ]
Pokopiesz sobie te 10, 15, może 20 lat piłkę i co dalej?
Będę żył opływając w luksus i patrzył na niemożność uszczęśliwienia innych ludzi, którzy obrali "myślenie o teraźniejszości..."
Powiesz sobie na łożu śmierci: "Po co mi to było??".
Na łożu śmierci nie będę myślał, gdyż to wyklucza prawa nauki i potoczne rozumowanie. Umieram = nie ma mnie = nie myślę. Czyż nie tak? Jeśli jednak nie... Odpowiem sobie z całą pewnością i odpowiedzialnością zgodnia z własnymi przekonaniami: aby przejść przez życie godnie i kąpać się w urokach, jakie daje. A te wybieram sobie sam.
To tak jak kiedyś się nasz proboszcz przytoczył na pewnym kazaniu: "Jestem wierzący, ale nie praktykujący - nie chodzę do spowiedzi, do kościoła, bo po co? Przecież ja wierzę w Boga!". Taaaak. Jasne. Prawdziwie wierzący człowiek nawet gdyby mu oferowali 1,000,000$ za opuszczenie kilku mszy odmówił by.
Mieszasz kilka spraw... Poważnie byś się na tym zastanowił. A tak na marginesie: to jest gdybanie, czyli zero faktów!!!
Wiem, że w dzisiejszych czasach króluje komercja, każdy by wziął tą kasę. Dlaczego? Żeby mu teraz było dobrze (a i tak jak wszyscy wiemy (albo chociaż powinniśmy wiedzieć) bogaci ludzie wcale nie są szczęśliwi).
[Eddie: Masz na to dowody? Byłeś kiedykolwiek tak bogaty? Ja zanim coś takiego powiem, chciałbym być obrzydliwie bogaty, żeby móc osobiście przekonać się, że pieniądze szczęścia nie dają. ]
Gdzieżby znowu. Przecież jak się nie prześpi z najpiękniejszą kobietą świata, od razu odechciewa mu się żyć... Ech, stary - naprawdę gadasz głupoty. Już wiem, że Eddie mnie również zjedzie za ten art, ale cóż, wygłaszam tylko swe zdanie. Pieniądze potocznie nie dają szczęścia... przynajmniej tak myśli dużo ludzi. Aczkolwiek jak byś dostał odpowiednią kwotę, to nie wiem, czy Twoje mniemanie o forsie byłoby takie same, jak dotychczas. I wcale nie mówię o kwotach gigantycznych. Jakoś - czytając poszczególne gazety - multimilionerom dobrze się wiedzie, choć naturalnie nie wiem, czy są z życia zadowoleni. Przy okazji to kolejne rzucone na wiatr hasło bez faktów i potwierdzeń. Wartości życiowe!!!
[Eddie: Pieniądze szczęścia może nie dają (nigdy nie byłem tak bogaty, więc nie wiem), ale przynajmniej uprzyjemniają bycie nieszczęśliwym :))) ]
Teraz będzie mu dobrze (jeśli go nie okradną itp.), pożyje, wszystko fajnie świetnie, ale co potem? CO POTEM pytam się? Pomyślcie ludzie: nawet wasze największe problemy to jest NIC. Co z tego, że jutro masz klasówkę/maturę/egzamin??? To wszystko jest DOCZESNE. Umrzesz i tego nie będzie.
Ale chcesz się utwierdzić w przekonaniu, że realizujesz siebie... Zresztą nikt nie wie, co jest po śmierci, więc nie szerz jakichś propagandowych stwierdzeń. OK?! Ludzie wiedzą, że życie jest jedno - niepowtarzalne, czasem piękne - zależące od tego, jak je sobie uformujesz. Ja staram się przejść przez nie z podniesionym czołem, aby za kilka lat być zadowolonym z siebie, aby powiedzieć prosto w twarz przed śmiercią: żyłem godnie, tak jak chciałem.
Po co Ci te wszystkie mecze?
Żeby po śmierci mieć co wspominać?
Rozumiem, każdy ma przecież jakieś swoje zainteresowania, ja też. Ale gdy np. gram w supier gierę, poprostu się oderwać nie mogę, ale z drugiej strony jest kościół to nie mógł bym zostać w chałpupie i grać.
Bo jesteś zbyt religijny, przynajmniej w moim odczuciu. Ja nie widzę potrzeby chodzenia do Kościoła kilka razy w tygodniu. Żal mi się natomiast robi na widok kilkudziesięcoletniej babci, która z różańcem w rękach siedzi i się modli, wyglądając ogólnie blado, nieczytelnie, bez jakiejkolwiek radości życiowej próćz wierzenia w Boga. Ja nie mógłbym grać w grę, jeśli mam trening. Czyli to na to samo wychodzi, nie?
Sumienie nie dało by mi spokoju. No chyba, że ktoś ma bardzo niewrażliwe sumienie... Nie rozumiem natomiast ludzi, którzy mówią, że bardzo chcą chodzić do kościoła, ale nie mogą. Jak by chcieli to by chodzili. Co im przeszkadza? Telewizja, komputer, sport?
Wszystko po trochu? Nie rozumiem ludzi, którzy chcą iść na koncert, a nie poszli. Dlaczego nie poszli? To zależy od ich sumienia. Mi widocznie coś przeszkadza.
Sly podobnie pisze "To dobry pomysl - naprawde, tylko niektorym koliduje to sie z innym zajeciami i na takie cos rowniez powinni zwrocic uwage." Po pierwsze: Nikt nie będzie zmieniał godzin mszy TYLKO dla Ciebie!
A przecież ja wcale się o to nie proszę! Więc nie stawiaj wykrzyknika po tym słowie. Odebrałem to jako rozkaz... Ty, ty... naprawdę chyba jesteś już zdenerwowany. Zalecam pójście do lekarza. Najlepiej psychiatrów. Oni są od takich przypadków. Myśleliśmy, że w Polsce nie ma już kogo leczyć, aczkolwiek dostarczyłeś klinikom bardzo soczysty okaz...
Po drugie: piszesz w tytule "...największy debilizm roku 2002...", a w powyższym cytacie piszesz z kolei, że "to dobry pomysl". Zdecyduj się zanim coś napiszesz!
Zdecyduje się Ty, zanim napiszesz coś bez prawidłowego uargumentowania. Praktycznie wszystko, co do tej pory przeczytałem, mija się z celem. A zresztą ja nie wiem, co piszę. Spytaj się Eddiego - On ci potwierdzi. ;>
[Eddie: Potwierdzam. Sly pisze takie teksty, że jak go pytam o co w nich chodzi, to mówi mi tylko która aktualnie jest godzina. ;) ]
I jeszcze mam jeden cytat: "Im sie nie chce chodzic na msze, maja to gdzies". Człowieku! Czy Ty naprawdę myślisz, że wszyscy ludzie z Twojej parafii uwazają bierzmowanie za jedynie jakiś świstek, który jest potrzebny do ślubu itp?? Gratulacje.
Wyraźnie nei znasz panujących realii w mojej parafii. Po prostu mnie za przeproszeniem kurwica bierze, jak widzę chłopaka, który poszedł sobie zapalić szlugę i przychodzi pięć minut przed końcem mszy po podpis i jest happy. Gdzie jest tu sprawiedliwość?! Niemniej z tego, co zauważyłem, grono chętnych (szczerze, z całego serca), którzy chcą pójść do bierzmowania, jest znikoma.
Opamiętajcie się ludziska! Przemyślcie to. O to was proszę. Przemyślcie. Amen.
Nie mam tu nad czym myśleć. Amen.
PS Przypomniało mi się coś jeszcze. Sly pisze: "Nie pojade na mecz i trener nastepnego dnia powie: Tobie juz dziekujemy za wspolprace, mozesz sobie robic to i tamto". Hmmm... Ciekawe. Nie chodzisz do kościoła, wkońcu umierasz. Stajesz przed Bogiem i słyszysz: "Tobie już dziękujemy. Nie możesz sobie iść robić tego, ani tamtego..."
Oki. Jak mi udowodnisz, że Bóg istnieje i podasz sensowne w miarę argumenty, wtedy na to pytanie Ci odpowiem. Na razie nie widzę potrzeby. Dzieli nas jedna różnica: Ty opierasz się na powątpiewaniach i niesprawdzonych rzeczach, ja na faktach. Co jest prawdziwsze? Przecież wmówić osobie coś jest ciężko, ale jeśli to pokażesz, wtedy zupełnie inna sprawa. I to jest właśnie to...
1) Dostałem się na zajęcia do bierzmowania i na mszę od października chodzę co tyddzień. Ale dlatego, że jest przerwa między rundami w lkubie. ;> Ułożyłem sobie z księdzem życie i jest OK. Dlatego nie piszcie Was proszę mi już na maila i nie pieprzcie głupot, których nie chce przytoczyć, żeby młodzieży nie deprawować, tylko dajcie sobie spokój i odpuście. A maili na ten temat dostałem koło 60...
2) Mam nadzieję, Eddie, że po tym arcie (zapewne infantylnym) zdania o mnie nie zmienisz...
[Eddie: Na jeszcze gorsze? ;) ]