Wieczorem rzeczywiście przyszła. Była
teraz jeszcze piękniejsza niż rano. Nie była ubrana w jakiś specjalny sposób.
Myślę, że traktowała to wszystko jako pracę. Miała na sobie przetarte dżinsy,
zapinaną na suwak czarną polarową bluzę z kapturem, ale włosy pozostawały
rozpuszczone. Nie miała żadnego obuwia, tak jak ja. Pomogłem jej odwrócić fotel,
tak żeby siedziała profilem do słońca. Przyniosłem sobie z dołu rattanowe
krzesło z poduszką. "Latarka" usiadła po turecku w swoim wielkim siedzisku i
wyciągnęła spod siebie tablecik z przypiętą kartką. Z uśmiechem spojrzała mi w
oczy i wyjęła z kieszeni długopis. Kliknęła go i popisała się po dłoni.
Zadowolona z próby wkładu znów na mnie popatrzała.
- Możemy zaczynać. Drugim
etapem ankiety jest pisemny test. Będę zadawała ci pytania, a ty będziesz
odpowiadał, dobrze?
- Dobra. Tylko żeby nie były za trudne! - stwierdziłem i
zaśmiałem się trochę nerwowo. Nieuzasadnienie czułem obawę. Odchrząknęła i
otworzyła usta do pierwszej kwestii.
- Słuchaj, mam pytanie. Jak to się
dzieje, że słońce zachodzi tutaj w tym samym miejscu, w którym rano wschodziło?
- przerwałem patrząc w coraz bardziej czerwoną kulę. Dzień chylił się ku
zachodowi barwiąc morze i plaże na różowo i fioletowo. Czułem się bardzo
bezpiecznie, jednak coś mnie dręczyło. Nie wiem, czy to przeczucie pytań, które
wcale nie miały być takie ankietowe i niezobowiązujące, czy może raczej to, że
mimo wszystko człowiek nie bywa zbyt często w piekle.
- Nie jesteśmy na
Ziemii. To miejsce jest inne niż wszystkie inne miejsca we wszechświecie.
Pomyślisz pewnie, że skoro to piekło, to musiał stworzyć je sobie Szatan. Jednak
skreował je Bóg. Widzisz, nie znam zbyt dobrze Boga, ale jestem pewna, że jest
bardzo odważną istotą. Najodważniejszą. Jest kimś, kto dobrowolnie położył na
swej piersi węża i jezcze go pielęgnuje. Uważasz tak jak ja? W ogóle wierzysz w
Boga?
- Myślę, że tak, ale nie mogę powiedzieć na pewno. Czasami chcę, żeby
istniał, chcę go prosić i dziękować mu, ale czasami nienawidzę go. Większość
ludzi nienawidzi go za cierpienie. Widzisz, wiele lat szukałem. Nie jestem już
młodzieńcem. Prawie ćwierć życia straciłem na poszukiwaniach i nie znalazłem. W
końcu znalazłem własnego Boga. Moją własną wiarę.
- Jak na człowieka
przeżyłeś wiele, prawda? Czy możesz mi powiedzieć, czy jesteś wdzięczny za
przeżycia, jakie stały się twoim udziałem?
- Myślę, że tak. Może i było
czasami ciężko, ale nie żałuję swoich wyborów.
- Pytałam o przeżycia,
doświadczenia, nie o wybory.
- Jestem wdzięczny za doświadczenia.
Ukształtowały mnie. Ale kiedy były wyzywałem Boga, lżyłem wszystko co święte.
Cierpienie wyzwala w ludziach dziwne instynkty. Jesteśmy w stanie pokonywać
odległości wprost niewyobrażalne, potrafimy niszczyć przeszkody na naszej
drodze, kiedy cierpimy. Gniew jest cierpieniem, a dzięki niemu często wygrywamy.
Kiedy indziej dzięki pokorze, albo zimnej inteligencji. Jednak każda walka rodzi
się z cierpienia, z nieupodobania. Rozumiesz, jak trudno czasami przełknąć dumę,
ludzką dumą? Rozumiesz, jak często nie mogłem być pokornym synem?
- Rozumiem
- uśmiechnęła się kojąco. Nachyliła się do mnie i pogłaskała mnie po ramieniu.
Obserwowałem jej dłoń wędrującą w zwolnionym tempie w górę i w dół. Nakryłem ją
moją. Jej skóra była chłodna. Teraz fioletowa, osłoneczniona, rozelektryzowana.
Wspaniała. Przez wiele godzin patrzałem tak, w kółko odtwarzając jej widok, jej
ruch po tkaninie. Zapragnąłem ją pocałować. Dotknąć z czcią kości jej palców,
chować jej linię życia w mojej. Nigdy wcześniej nie widziałem takich rzeczy. Z
żadną inną. A było ich wiele. Widziałem, jak śpi, a ja siedzę koło niej i
oglądam jej nagie ciało przykryte tylko cienką płachtą prześcieradła, które
więcej pokazywało niż zasłaniało. Nie miałem dość śmiałości żeby wyobrażać
sobie, jak ją dotykam, budzę pocałunkiem. Nie odważyłbym się naruszyć spokoju
tej kobiety, jej godności. Widziałem trzecim okiem, jak całuję ją w czoło i
odchodzę. Wtedy wróciłem do latarni. Znowu byłem tutaj, a ona wymawiała ostatnią
literę słowa "rozumiem".
Przebrzmiało m, a ona zabrała dłoń z mojego
ramienia. Zmarszczyłem brwi i otrząsnąłem się.
- Nie lubisz Kościoła,
prawda? - spytała miękko, jakby z nieśmiałością.
- Nie lubię. Wielu ludzi
tego nie zauważa, ale Kościół paradoksalnie odrzuca ludzi od Boga. Kapłani
zapalają świeczkę, żebyśmy mogli zobaczyć słońce. Kiedy słońce samo świeci
ogrzewa nas, daje życie, ale kiedy do jego płomienia dodamy ogień świecy zaczyna
być za gorąco, zbyt jasno. Oczy zaczynają boleć, jeżeli rozumiesz
metaforę...
- Trafna przenośnia - z uznaniem pokiwała głową - Napijesz się
czegoś?
- Chętnie. Co masz?
- Niewiele mogę ci zaproponować. Herbata,
odsalana morska woda, wino Barracuda... To już chyba wszystko.
- Niech będzie
Barracuda - stwierdziłem.
- Się robi, drogi kolego - roześmiała się głośno i
sprężyście wstała z fotela zostawiając na nim tablecik z kartą ankiety.
Podobała mi się. Naprawdę czułem do niej coś
więcej niż do przypadkowo napotkanej kobiety. Heh, jednak nie często w piekle
spotyka się kobiety. Pomyślałem, żeby zajrzeć do ankiety i przygotować sobie
kilka odpowiedzi. Pomyślałem też, że skoro jestem w piekle to i tak nie ma
różnicy, czy będę uczciwy, czy nie. W końcu jednak nie zrobiłem nic i wpatrzyłem
się w zachód słońca. Było cudownie. Zebrało mi się na wspomnienia, ale zdałem
sobie sprawę, że to nie miejsce ani czas. Moje dawne miłości, a nawet to
uczucie, które brutalnie przerwała moja śmierć, nie wybaczyłyby mi tego, co
podpowiadał mi instynkt w stosunku do ankieterki. Boże, z kim ja siedzę w jednym
pomieszczeniu? Zaśmiałem się na dżwięk odpowiedzi, którą podsunęła mi
wyobrażnia: "z dziewczyną z piekła, która właśnie robi z tobą wywiad".
Uśmiechnąłem się do słońca i barw, do plaży i morza. Uśmiechnąłem sie szeroko
odsłaniając zęby i radosny ułamek mojej duszy. Nie sądziłem, że kiedykolwiek
będę uśmiechał się właśnie w piekle.
- Co jest najpotężniejszą siłą sprawczą?
- Miłość. Teraz to wiem. Kiedyś
stawiałem na równi nienawiść, ale ona jest słabsza. Prawdziwa potęga wypływa z
dobroci. Ona rośnie powoli, odmiennie od zła. Zło jest bardzo silne i atrakcyjne
już na początku swej drogi, ale potem słabnie, odwrotnie jest z miłością. Im
dłuższa tym silniejsza. Tak sądzę. W prawdziwym uczuciu nie ma miejsca na
znudzenie na przykład. Jesteśmy w piekle, więc przypuszczam, że jesteś zła. Nie
wiem, może obrażam cię, twierdząc, że zło jest słabsze od dobra, od miłości. Z
drugiej strony coś tak pięknego jak ty nie może być złe.
- Nie mów tak -
mimowolnie się uśmiechnęła, ale też spuściła wzrok.
- Potępieńcy nie mogą
mówić nic dobrego piekielnym ankieterkom?
- ... - uśmiechnęła się w
milczeniu, jakby rozważała odpowiedż, ale zrezygnowała z niej - Wiesz, czym jest
miłość?
- Nie. Może wszystkim, może niczym? Nie wiem. Ale dla każdego znaczy
chyba co innego. Każde z nas identyfikuje uczucie z czymś zupełnie innym. Nie
wiem, przykro mi. Może ucierpi na tym ankieta, ale nie wiem. Cholera, to nawet
smutne. Wiele razy wydawało mi się, że kocham, a może było to naprawdę, ale nie
zdążyłem sobie ułożyć definicji. Może to jest zbyt piękne, żeby włożyć do
encyklopedii. Może trzeba wierzyć w miłość, a nie o niej wiedzieć? Nie szukać
dowodów, a wierzyć na słowo, wierzyć na życie? Heh. Nie mam pojęcia.
-
Interesujący z ciebie człowiek. Kiedyś bardzo dawno temu był tu ktoś taki. On
również zgasił świeczkę. Ale był jednak odmienny od ciebie. Ty starasz się
być... starasz się maskować ze swoimi prawdziwymi odczuciami, prawda? Dlaczego
to robisz?
- Nie wiem. Może boję się, że pokazując prawdę nie zostanę
zaakceptowany? Może obraz twardego, cynicznego typa, jakim byłem na Ziemii
bardziej mi odpowiadał, dawał większą wolność - wymieszałem w kieliszku resztkę
wina i wypiłem ją. Wstała i zabrała ode mnie naczynie. Zaniosła oba gdzieś na
dół, a ja znowu zostałem sam. Znowu spojrzałem na słońce.
Wydawało się być ciągle w tym samym miejscu,
jakby wisiało na sznurku powoli opuszczanym w rytm mojego własnego zegara.
Chronometra, który wcale nie chciał przeminięcia tej chwili. Wróciłem na chwilę
na Ziemię. Tam zachody były jeszcze piękniejsze. Bo przemijały, a każdy był
inny. O każdy trzeba było zabiegać, a tu nie wyczuwałem wysiłku. Kiedy coś jest
na co dzień nawet nie dostrzegamy, jak bardzo jesteśmy od tego uzależnieni.
Dostrzegamy to dopiero, gdy tego zabraknie. Gdy zabraknie miłości spostrzegamy
istnienie samotności, gdy zabraknie ciepła rejestrujemy mróz. Świat działał
chyba na zasadzie przenikającego się kontrastu. Dobro - Zło, Czerń - Biel. Jedno
nie mogłoby istnieć bez drugiego, bo byłoby po prostu niepotrzebne. Ludzie
narzekają na zło, wołają "do diabła!", nie widząc, że bez tego, co ich spotyka
byliby dalej bezradni, jak w płynie macicznym. Unosiliby się z prądem. Każdy
człowiek rodzi się, wychodzi z tego płynu i jest od razu stawiany przed wyborem.
Niektórzy tchórze wybierają od razu śmierć. Jednak większość wybiera życie i
przez zło w sobie kształtują życie dobra, pozwalają mu istnieć. I na odwrót.
Wróciła. Bez słowa, ale z radosnym uśmiechem skinęła na mnie dłonią, a sama
zeszła na dół. Zaciekawiony poszedłem za nią.
Schodziła przede mną po tych samych płaskich głazach, po których wspinałem się cały mokry kilkanaście godzin temu, a może dni? Nie miałem czasu się nad tym zastanawiać, bo było zbyt pięknie, by myśleć o czymkolwiek. Obserwowałem jej ruchy i nie wiedzieć czemu starałem się stawiać stopy tam, gdzie przed chwilą ona stawiała swoje. Ciepłe kamienie działały kojąco i nie pragnąłem teraz wiele. Dogoniłem ją i teraz szedłem u jej boku. Spojrzała na mnie, a potem wsunęła dłoń w moją rękę i tak schodziliśmy w dół ciemnozielonego wzgórza. Snuła opowieść o tej krainie wykreowanej w pracowniach Boga. Opowiadała, że nikt nie potrafi powstrzymać Go od projektowania coraz to nowych rzeczy i udoskonalania starych. Mówiła o ludziach, którzy również musieli odpowiadać na ankietę w latarni, inni zdawali gdzie indziej. Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście, że akurat tutaj mnie zesłano. Nie potrafiła odpowiedzieć mi dlaczego, ale ja nie potrzebowałem odpowiedzi. Nie wiedziałem nawet kiedy znależliśmy się na kamienistej plaży. Znależliśmy piaszczystą polankę wśród lasu żwirowych kolców i usiedliśmy na moim golfie. Wciąż nie chciałem wypuścić jej dłoni, za każdym ruchem przenikał mnie dreszcz cudowniejszy niż cokolwiek dotychczas. Myślę, że ona wiedziała o tym, co czuję w tej chwili. Jednak była pełna zrozumienia dla ludzkiego mnie. Nagle uniosłem jej dłoń do ust i tak jak we śnie, w tym przebłysku dotknąłem ustami kostek jej palców. Nie wyczytałem z jej twarzy jakiejkolwiek reakcji. W bursztynach jej oczu widziałem jednak obawę. Nie wiem przed czym. W końcu nie byłem chyba aż tak straszny. Kiedy żyłem kobiety mówiły, że jestem przystojny. Jako trup mogłem być trochę mniej atrakcyjny, ale bez przesady. Zdenerwowało mnie to trochę. Wyczuła to i spuściła wzrok zabierając jednocześnie dłoń.
- Słuchaj, bo teraz zadam ci ostatnie pytanie. Możliwe, że najważniejsze, że
najtrudniejsze i przejdziemy do ostatniego etapu. Mogę zaczynać?
- Tak.
Jestem gotowy - na plaży odpowiedziałem na prawdziwe dziesiątki pytań, jedne
bardziej, drugie mniej osobiste, ale wszystkie trudne. Miałem przeczucie, że
teraz dopiero będę się zastanawiał długo i nie będę wiedział, co powiedzieć.
Słońce prawie zupełnie zaszło i robiło się coraz chłodniej. Oddałem jej mój golf
i było mi cholernie zimno, ale nie zwracałem na to uwagi. Cieszył mnie jej widok
w moim ciuchu. Z pewnym namaszczeniem kliknęła długopis chowając wkład. Ostatnia
odpowiedż nie miała zaistnieć na papierze? Czy miałem po prostu ją wyrzec?
Rzucić słowo na wiatr?
- Po co żyłeś? Dlaczego Bóg wypełnił naczynie twojego
ciała właśnie taką duszą i pozwolił ci żyć? Dlaczego jesteś jaki jesteś i
dlaczego żyłeś? Oto pytania, na które poszukuję odpowiedzi od wieczności, nikt
jeszcze mi nie odpowiedział, nikt. Nawet ten, tak podobny do ciebie, ale
odmienny. Wierzę, że akurat ty będziesz potrafił.
- Tej odpowiedzi szukasz
ty, czy Szatan? Czy chcesz jej użyć do jakiegoś złego celu?
- Mogę za to
zginąć. Tak naprawdę, nie jak ty. Mogą zmiażdżyć mojego ducha, ale czuję ich
nieme przyzwolenie. To pytanie jest całkowicie ode mnie. Ja je dodałam do
ankiety. Do tego nic nie znaczącego kawałka papieru. Dopisałam je. Nie powinnam
tego mówić, ale jesteś kimś wyjątkowym. Wyczuwam to po prostu...
- To było
przepowiedziane?
- Wiedziałam, że przyjdziesz tutaj, bo tak miałam w aktach.
Była tam też notka, że jesteś kimś więcej niż człowiekiem, bo przeżyłeś coś,
czego inni nie doświadczyli. Odpowiedz mi więc na pytanie. Odpowiedz
właściwie.
- Żyłem... Żyłem, bo taki był mój wybór. Wybrałem sobie życie.
Żyłem... dla wszystkich chwil długiego mego życia. Nie wiem, czy ty masz prawo
nas rozumieć, ale ludzkie życie nie jest wcale piękne, świat nie jest tak
cudowny, jak mogłabyś myśleć. Nie jest tam tak spokojnie, jak tutaj. Nie jesteś
tam sama. Pełno jest sukinsynów, którz zburzyliby twoją latarnię, zdeptaliby
cię. Nawet jeżeli jesteś potężnym demonem albo aniołem przegrałabyś. Bo ludzie
są niezwykle potężni. Dla chwil potęgi żyjemy. Różnie tryumfujemy. Ja żyłem dla
chwil, które poruszały moją duszę. Żyłem dla dzielenia się nimi z osobami, które
wydawały mi się tego warte. Człowiek żyje dla niepewności. Niepewności, czy
osoby, które wybrał naprawdę są tego warte. Warto było żyć choćby dla chwil,
które spędziłem tu z tobą. Patrzyłem na twoje piękno i poruszało ono mnie.
Patrzę na zachód słońca i porusza on mną. Warto było żyć, żeby znależć się w
piekle - roześmiałem się trochę smutno, bo wydało mi się to strasznie ironiczne.
Nie w sposób zabawny, bo dotyczyło mnie.
Cholera, o czym ja gadam. Przecież to
wszystko jest banałem ulepionym w studiach filmowych i wklejonym w kadr z
Costnerem. O czym ja pieprzę. Cholerny ze mnie dureń. Dla chwil. Heh. Spojrzałem
na nią, w jej oczy, w których wciąż nieruchomo trwały robaczki iskier uwięzione
w zielonej stali bursztynu. Przebiegłem żrenicami po jej tonących w półmroku
ustach i podbródku. Po kościach policzkowych. Z przeczuciem, co ja gadam, ze
strachem, którego nie można było porównać do moich obaw za życia. Uniosłem dłoń
i nieśmiało dotknąłem swoich ust, podbródka i kości. Przeklnąłem w duchu. Ona
była jak ja, tylko bardziej kobieca. To tak jakby ktoś wziął jakąś kobietę i
dostosował ją do mego obrazu. Może podobała mi się tak bardzo, bo to moja
bliżniaczka. Może byłem tak zapatrzony w siebie, że potrafiłem kochać tylko coś
bardzo do mnie podobnego. Nie wiem i pewnie nigdy się tego nie dowiem. O mój
Boże. To straszne i w pewien sposób chore. Dlaczego odpowiadam przed samym sobą?
Tak łatwo mogę się przecież okłamać. Robiłem to już wiele razy. Powinienem być
właśnie jak najszczerszy w stosunku do siebie. Nie wiedziałem już, czy
odpowiadałem prawdę na poprzednie pytania, ale pewien byłem tego, że na ostatnie
udzieliłem odowiedzi mocno nie poprawnej. Banalnej i sztucznie podniosłej.
-
Nie martw się. Naprawdę jesteś kimś wielkim, bo zdałeś sobie sprawę, że
odpowiadasz przed sobą. Ja... Ja widziałam wszystkie twoje myśli - zaczerwieniła
się? Nie byłem pewien w tym świetle. Zresztą wszystko było teraz jakby bardziej
ciepłe - Były bardzo pochlebne. Cieszę się, że podobam się komuś takiemu.
Człowiekowi. Oni wszyscy są cudowni. Anioły, demony, Szatan, Bóg i jego syn. Ale
nie są tak potężni, jak wy, ludzie. Widzisz, oni stwarzali światy, kształtowali
je, dawali życie. Ale wy jesteście tacy sami. Też możecie tworzyć, dawać życie i
je kształtować. Jesteście też czymś więcej. Bo macie wolną wolę. Bóg dał ją wam
i nie wiem, czy w ten sposób nie dał wam czegoś, co nie tylko upodobniło was do
Niego, ale może wywyższyło was ponad Niego.
- Ludzie są według ciebie kimś
tak wielkim? - spytałem przerywając potok słów, który chciał jak najszybciej
zakończyć swój bieg poza granicą jej warg. Mówiła coś, co zawsze wydawało mi się
prawdopodobne. Tylko, że tłumiło to we mnie wszystko to, co udowadniało mi moją
małość.
- Tak. Szatan na przykład może wpływać na was, podszeptywać, ale on
nie ma wyboru. On został stworzony złym i nie ma innej drogi, jak brnięcie w
mrok. Anioły są skazane na dobro i nie mają wyboru. Tylko jeden z nich, pan
piekła, wyrwał się poza te ramy, ale od razu został zamknięty w innych. Ty
jesteś czymś większym od nich wszystkich. Bóg stoi ponad wszystkimi wyborami, On
widzi wszystkie drogi i ich zakończenia. W zasięgu jego wzroku znajdują się
początki i końce. Wszystko wie, jego mądrość nie zna granic. Ale sądzę, że nawet
On musi być jakoś zależny od swych dzieł. Nie wiem, czy jeżeli zostałby
zapomniany przetrwałby. Zapomniany tylko przez was. Do was zawsze należy wybór.
Możecie kształtować życia. Tworzyć je. Możecie wpłynąć nawet na Niego. Jesteście
po prostu niezwykli.
- Dziękuję. Człowiek żyje po to, żeby wybierać. Żeby
kształtować los swój i innych ludzi. Dlatego byłem na Ziemii potrzebny właśnie
ja, takim jakim jestem i byłem. Żebym przez swoje postępki wpływał na życia
tych, którzy zdecydowali się być ze mną i których ja wybrałem sobie na
towarzyszy mojej drogi. Wolna wola, wybory sprawiają, że jesteśmy tacy, jacy
jesteśmy. Czy czasem śmierć jest lepszym wyborem niż życie, mniejszym złem?
-
Tak. Czasem lepiej jest umrzeć. Ale nie warto o tym myśleć. Szczególnie teraz.
Wstała i odpięła kartę ankiety od
tableciku. Papier znajdował się między jej kciukiem, a placem wskazującym, gdy
nagle go puściła. Morski zefir porwał go zabierając go sprzed naszych oczu.
Przypomniałem sobie o ostatnim etapie. Spojrzałem na nią. Uśmiechała się
promiennie. Czytała moje myśli. Przez cały ten czas. Niektóre może nawet
zsyłała? Szczególnie ten sen, który nawiedził mnie, gdy dotknęła mojego
ramienia.
- Ostatni etap ankiety polega na wyborze. Możesz teraz wrócić na
Ziemię w zupełnie innym ciele i z zupełnie inną duszą albo pozostać tutaj
niezmienionym. Pozostać tu ze mną - dodała ciszej.
- Czasami śmierć jest
lepsza. Zostanę tutaj. Z tobą. Lubię czuć wolność, niezależność, a czuję, że
tutaj ją znajdę - spojrzałem na morze, plaże, latarnię i las, przez który
szedłem godziny temu - Chwila. Jak to z zupełnie inną duszą i ciałem? Nie
wybierałbym więc?
- Nie. Nie w tym wypadku. Nie wybieracie przed
narodzinami. Może to jedyna z waszych słabości.
A zresztą. Będzie mi tu dobrze. Po co
niby miałbym wracać tam na Ziemię? Żeby jako ktoś inny żyć nowe życie? Bezsens.
Albo ja albo nikt inny. Zawsze jednak będę zastanawiał się, dlaczego Bóg
pozwolił nam ludziom być tak potężnymi? Dlaczego wybrał właśnie tak? Na jaką
cholerę sam stworzył dla siebie węża? Dlaczego wykreował rzeczy, które mogły mu
zaszkodzić, unicestwić go nawet? Chyba, że ma taką władzę, że nie musi się
niczego obawiać. Odważna istota, a może głupia? Ale teraz wiedziałem już, że my
jesteśmy tacy sami, jak On. My również pozwalamy na rozwój węży wokół nas, mimo
że tak naprawdę mogliśmy już dawno temu zapobiec ich narodzinom.Każdy z nas jest
nieśmiertelny. Daje iskierkę siebie każdemu, kto chce ją przyjąć. Zostajemy w
ten sposób w podświadomości innych ludzi, ich dzieci, wnuków, bo traktują je
tak, jak my ich traktowaliśmy. Droga zła jest prosta i łatwa, ale potem staje
się nie do zniesienia. Słabość dopada nas i nie pozwala odejść. Prawdziwa siła
tkwi tylko w dobrze. Nawet, jeżeli ukryte jest ono pod maską zimnego cynizmu.
- Tak, myślę, że kiedyś dojdziesz do słusznych wniosków. Jesteś na dobrej
drodze - powiedziała, a mi przypomniały się znowu metafory chrzanionego losu.
Świeczka i prawo Murphy'ego, o którym pomyślałem zanim podjąłem decyzję. Decyzję
krzywą, ale w gruncie rzeczy dobrą. Murphy byłby ze mnie dumny. Sądzę, że gdyby
umierał kazałby wyryć na swoim nagrobku ostatnie ze swoich praw: "Wybory, które
podejmujesz kształtują świat i wiele żyć na nim. Za swoje wybory odpowiesz przed
samym sobą, nikim innym. Możesz być jednak pewien, że przynajmniej jeden wybór w
całym twoim życiu nie będzie twój. Przynajmniej raz bezwolnie podejmiesz
decyzję, której ślad zasiał w tobie jakiś inny człowiek albo jedno z moich
praw." Nie jestem chyba zbyt madry, ale tutaj, z "latarka" wiele sie
naucze.
Piccolo Action Mag
PS. Drogi czytelniku. Ten art to nie zbiorek mojej wiedzy ani kazan. Po prostu taki film. Spokojny i cieply. Bohaterem nie jestem ja, a latarka to nie moja dziewczyna. To byloby za proste. Oni sa nikim. Po prostu. Dzieki za uwage.