Wieczorem rzeczywiście przyszła. Była teraz jeszcze piękniejsza niż rano. Nie była ubrana w jakiś specjalny sposób. Myślę, że traktowała to wszystko jako pracę. Miała na sobie przetarte dżinsy, zapinaną na suwak czarną polarową bluzę z kapturem, ale włosy pozostawały rozpuszczone. Nie miała żadnego obuwia, tak jak ja. Pomogłem jej odwrócić fotel, tak żeby siedziała profilem do słońca. Przyniosłem sobie z dołu rattanowe krzesło z poduszką. "Latarka" usiadła po turecku w swoim wielkim siedzisku i wyciągnęła spod siebie tablecik z przypiętą kartką. Z uśmiechem spojrzała mi w oczy i wyjęła z kieszeni długopis. Kliknęła go i popisała się po dłoni. Zadowolona z próby wkładu znów na mnie popatrzała.
- Możemy zaczynać. Drugim etapem ankiety jest pisemny test. Będę zadawała ci pytania, a ty będziesz odpowiadał, dobrze?
- Dobra. Tylko żeby nie były za trudne! - stwierdziłem i zaśmiałem się trochę nerwowo. Nieuzasadnienie czułem obawę. Odchrząknęła i otworzyła usta do pierwszej kwestii.
- Słuchaj, mam pytanie. Jak to się dzieje, że słońce zachodzi tutaj w tym samym miejscu, w którym rano wschodziło? - przerwałem patrząc w coraz bardziej czerwoną kulę. Dzień chylił się ku zachodowi barwiąc morze i plaże na różowo i fioletowo. Czułem się bardzo bezpiecznie, jednak coś mnie dręczyło. Nie wiem, czy to przeczucie pytań, które wcale nie miały być takie ankietowe i niezobowiązujące, czy może raczej to, że mimo wszystko człowiek nie bywa zbyt często w piekle.
- Nie jesteśmy na Ziemii. To miejsce jest inne niż wszystkie inne miejsca we wszechświecie. Pomyślisz pewnie, że skoro to piekło, to musiał stworzyć je sobie Szatan. Jednak skreował je Bóg. Widzisz, nie znam zbyt dobrze Boga, ale jestem pewna, że jest bardzo odważną istotą. Najodważniejszą. Jest kimś, kto dobrowolnie położył na swej piersi węża i jezcze go pielęgnuje. Uważasz tak jak ja? W ogóle wierzysz w Boga?
- Myślę, że tak, ale nie mogę powiedzieć na pewno. Czasami chcę, żeby istniał, chcę go prosić i dziękować mu, ale czasami nienawidzę go. Większość ludzi nienawidzi go za cierpienie. Widzisz, wiele lat szukałem. Nie jestem już młodzieńcem. Prawie ćwierć życia straciłem na poszukiwaniach i nie znalazłem. W końcu znalazłem własnego Boga. Moją własną wiarę.
- Jak na człowieka przeżyłeś wiele, prawda? Czy możesz mi powiedzieć, czy jesteś wdzięczny za przeżycia, jakie stały się twoim udziałem?
- Myślę, że tak. Może i było czasami ciężko, ale nie żałuję swoich wyborów.
- Pytałam o przeżycia, doświadczenia, nie o wybory.
- Jestem wdzięczny za doświadczenia. Ukształtowały mnie. Ale kiedy były wyzywałem Boga, lżyłem wszystko co święte. Cierpienie wyzwala w ludziach dziwne instynkty. Jesteśmy w stanie pokonywać odległości wprost niewyobrażalne, potrafimy niszczyć przeszkody na naszej drodze, kiedy cierpimy. Gniew jest cierpieniem, a dzięki niemu często wygrywamy. Kiedy indziej dzięki pokorze, albo zimnej inteligencji. Jednak każda walka rodzi się z cierpienia, z nieupodobania. Rozumiesz, jak trudno czasami przełknąć dumę, ludzką dumą? Rozumiesz, jak często nie mogłem być pokornym synem?
- Rozumiem - uśmiechnęła się kojąco. Nachyliła się do mnie i pogłaskała mnie po ramieniu. Obserwowałem jej dłoń wędrującą w zwolnionym tempie w górę i w dół. Nakryłem ją moją. Jej skóra była chłodna. Teraz fioletowa, osłoneczniona, rozelektryzowana. Wspaniała. Przez wiele godzin patrzałem tak, w kółko odtwarzając jej widok, jej ruch po tkaninie. Zapragnąłem ją pocałować. Dotknąć z czcią kości jej palców, chować jej linię życia w mojej. Nigdy wcześniej nie widziałem takich rzeczy. Z żadną inną. A było ich wiele. Widziałem, jak śpi, a ja siedzę koło niej i oglądam jej nagie ciało przykryte tylko cienką płachtą prześcieradła, które więcej pokazywało niż zasłaniało. Nie miałem dość śmiałości żeby wyobrażać sobie, jak ją dotykam, budzę pocałunkiem. Nie odważyłbym się naruszyć spokoju tej kobiety, jej godności. Widziałem trzecim okiem, jak całuję ją w czoło i odchodzę. Wtedy wróciłem do latarni. Znowu byłem tutaj, a ona wymawiała ostatnią literę słowa "rozumiem".
Przebrzmiało m, a ona zabrała dłoń z mojego ramienia. Zmarszczyłem brwi i otrząsnąłem się.
- Nie lubisz Kościoła, prawda? - spytała miękko, jakby z nieśmiałością.
- Nie lubię. Wielu ludzi tego nie zauważa, ale Kościół paradoksalnie odrzuca ludzi od Boga. Kapłani zapalają świeczkę, żebyśmy mogli zobaczyć słońce. Kiedy słońce samo świeci ogrzewa nas, daje życie, ale kiedy do jego płomienia dodamy ogień świecy zaczyna być za gorąco, zbyt jasno. Oczy zaczynają boleć, jeżeli rozumiesz metaforę...
- Trafna przenośnia - z uznaniem pokiwała głową - Napijesz się czegoś?
- Chętnie. Co masz?
- Niewiele mogę ci zaproponować. Herbata, odsalana morska woda, wino Barracuda... To już chyba wszystko.
- Niech będzie Barracuda - stwierdziłem.
- Się robi, drogi kolego - roześmiała się głośno i sprężyście wstała z fotela zostawiając na nim tablecik z kartą ankiety.       Podobała mi się. Naprawdę czułem do niej coś więcej niż do przypadkowo napotkanej kobiety. Heh, jednak nie często w piekle spotyka się kobiety. Pomyślałem, żeby zajrzeć do ankiety i przygotować sobie kilka odpowiedzi. Pomyślałem też, że skoro jestem w piekle to i tak nie ma różnicy, czy będę uczciwy, czy nie. W końcu jednak nie zrobiłem nic i wpatrzyłem się w zachód słońca. Było cudownie. Zebrało mi się na wspomnienia, ale zdałem sobie sprawę, że to nie miejsce ani czas. Moje dawne miłości, a nawet to uczucie, które brutalnie przerwała moja śmierć, nie wybaczyłyby mi tego, co podpowiadał mi instynkt w stosunku do ankieterki. Boże, z kim ja siedzę w jednym pomieszczeniu? Zaśmiałem się na dżwięk odpowiedzi, którą podsunęła mi wyobrażnia: "z dziewczyną z piekła, która właśnie robi z tobą wywiad". Uśmiechnąłem się do słońca i barw, do plaży i morza. Uśmiechnąłem sie szeroko odsłaniając zęby i radosny ułamek mojej duszy. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę uśmiechał się właśnie w piekle.

- Co jest najpotężniejszą siłą sprawczą?
- Miłość. Teraz to wiem. Kiedyś stawiałem na równi nienawiść, ale ona jest słabsza. Prawdziwa potęga wypływa z dobroci. Ona rośnie powoli, odmiennie od zła. Zło jest bardzo silne i atrakcyjne już na początku swej drogi, ale potem słabnie, odwrotnie jest z miłością. Im dłuższa tym silniejsza. Tak sądzę. W prawdziwym uczuciu nie ma miejsca na znudzenie na przykład. Jesteśmy w piekle, więc przypuszczam, że jesteś zła. Nie wiem, może obrażam cię, twierdząc, że zło jest słabsze od dobra, od miłości. Z drugiej strony coś tak pięknego jak ty nie może być złe.
- Nie mów tak - mimowolnie się uśmiechnęła, ale też spuściła wzrok.
- Potępieńcy nie mogą mówić nic dobrego piekielnym ankieterkom?
- ... - uśmiechnęła się w milczeniu, jakby rozważała odpowiedż, ale zrezygnowała z niej - Wiesz, czym jest miłość?
- Nie. Może wszystkim, może niczym? Nie wiem. Ale dla każdego znaczy chyba co innego. Każde z nas identyfikuje uczucie z czymś zupełnie innym. Nie wiem, przykro mi. Może ucierpi na tym ankieta, ale nie wiem. Cholera, to nawet smutne. Wiele razy wydawało mi się, że kocham, a może było to naprawdę, ale nie zdążyłem sobie ułożyć definicji. Może to jest zbyt piękne, żeby włożyć do encyklopedii. Może trzeba wierzyć w miłość, a nie o niej wiedzieć? Nie szukać dowodów, a wierzyć na słowo, wierzyć na życie? Heh. Nie mam pojęcia.
- Interesujący z ciebie człowiek. Kiedyś bardzo dawno temu był tu ktoś taki. On również zgasił świeczkę. Ale był jednak odmienny od ciebie. Ty starasz się być... starasz się maskować ze swoimi prawdziwymi odczuciami, prawda? Dlaczego to robisz?
- Nie wiem. Może boję się, że pokazując prawdę nie zostanę zaakceptowany? Może obraz twardego, cynicznego typa, jakim byłem na Ziemii bardziej mi odpowiadał, dawał większą wolność - wymieszałem w kieliszku resztkę wina i wypiłem ją. Wstała i zabrała ode mnie naczynie. Zaniosła oba gdzieś na dół, a ja znowu zostałem sam. Znowu spojrzałem na słońce.       Wydawało się być ciągle w tym samym miejscu, jakby wisiało na sznurku powoli opuszczanym w rytm mojego własnego zegara. Chronometra, który wcale nie chciał przeminięcia tej chwili. Wróciłem na chwilę na Ziemię. Tam zachody były jeszcze piękniejsze. Bo przemijały, a każdy był inny. O każdy trzeba było zabiegać, a tu nie wyczuwałem wysiłku. Kiedy coś jest na co dzień nawet nie dostrzegamy, jak bardzo jesteśmy od tego uzależnieni. Dostrzegamy to dopiero, gdy tego zabraknie. Gdy zabraknie miłości spostrzegamy istnienie samotności, gdy zabraknie ciepła rejestrujemy mróz. Świat działał chyba na zasadzie przenikającego się kontrastu. Dobro - Zło, Czerń - Biel. Jedno nie mogłoby istnieć bez drugiego, bo byłoby po prostu niepotrzebne. Ludzie narzekają na zło, wołają "do diabła!", nie widząc, że bez tego, co ich spotyka byliby dalej bezradni, jak w płynie macicznym. Unosiliby się z prądem. Każdy człowiek rodzi się, wychodzi z tego płynu i jest od razu stawiany przed wyborem. Niektórzy tchórze wybierają od razu śmierć. Jednak większość wybiera życie i przez zło w sobie kształtują życie dobra, pozwalają mu istnieć. I na odwrót. Wróciła. Bez słowa, ale z radosnym uśmiechem skinęła na mnie dłonią, a sama zeszła na dół. Zaciekawiony poszedłem za nią.

      Schodziła przede mną po tych samych płaskich głazach, po których wspinałem się cały mokry kilkanaście godzin temu, a może dni? Nie miałem czasu się nad tym zastanawiać, bo było zbyt pięknie, by myśleć o czymkolwiek. Obserwowałem jej ruchy i nie wiedzieć czemu starałem się stawiać stopy tam, gdzie przed chwilą ona stawiała swoje. Ciepłe kamienie działały kojąco i nie pragnąłem teraz wiele. Dogoniłem ją i teraz szedłem u jej boku. Spojrzała na mnie, a potem wsunęła dłoń w moją rękę i tak schodziliśmy w dół ciemnozielonego wzgórza. Snuła opowieść o tej krainie wykreowanej w pracowniach Boga. Opowiadała, że nikt nie potrafi powstrzymać Go od projektowania coraz to nowych rzeczy i udoskonalania starych. Mówiła o ludziach, którzy również musieli odpowiadać na ankietę w latarni, inni zdawali gdzie indziej. Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście, że akurat tutaj mnie zesłano. Nie potrafiła odpowiedzieć mi dlaczego, ale ja nie potrzebowałem odpowiedzi. Nie wiedziałem nawet kiedy znależliśmy się na kamienistej plaży. Znależliśmy piaszczystą polankę wśród lasu żwirowych kolców i usiedliśmy na moim golfie. Wciąż nie chciałem wypuścić jej dłoni, za każdym ruchem przenikał mnie dreszcz cudowniejszy niż cokolwiek dotychczas. Myślę, że ona wiedziała o tym, co czuję w tej chwili. Jednak była pełna zrozumienia dla ludzkiego mnie. Nagle uniosłem jej dłoń do ust i tak jak we śnie, w tym przebłysku dotknąłem ustami kostek jej palców. Nie wyczytałem z jej twarzy jakiejkolwiek reakcji. W bursztynach jej oczu widziałem jednak obawę. Nie wiem przed czym. W końcu nie byłem chyba aż tak straszny. Kiedy żyłem kobiety mówiły, że jestem przystojny. Jako trup mogłem być trochę mniej atrakcyjny, ale bez przesady. Zdenerwowało mnie to trochę. Wyczuła to i spuściła wzrok zabierając jednocześnie dłoń.

- Słuchaj, bo teraz zadam ci ostatnie pytanie. Możliwe, że najważniejsze, że najtrudniejsze i przejdziemy do ostatniego etapu. Mogę zaczynać?
- Tak. Jestem gotowy - na plaży odpowiedziałem na prawdziwe dziesiątki pytań, jedne bardziej, drugie mniej osobiste, ale wszystkie trudne. Miałem przeczucie, że teraz dopiero będę się zastanawiał długo i nie będę wiedział, co powiedzieć. Słońce prawie zupełnie zaszło i robiło się coraz chłodniej. Oddałem jej mój golf i było mi cholernie zimno, ale nie zwracałem na to uwagi. Cieszył mnie jej widok w moim ciuchu. Z pewnym namaszczeniem kliknęła długopis chowając wkład. Ostatnia odpowiedż nie miała zaistnieć na papierze? Czy miałem po prostu ją wyrzec? Rzucić słowo na wiatr?
- Po co żyłeś? Dlaczego Bóg wypełnił naczynie twojego ciała właśnie taką duszą i pozwolił ci żyć? Dlaczego jesteś jaki jesteś i dlaczego żyłeś? Oto pytania, na które poszukuję odpowiedzi od wieczności, nikt jeszcze mi nie odpowiedział, nikt. Nawet ten, tak podobny do ciebie, ale odmienny. Wierzę, że akurat ty będziesz potrafił.
- Tej odpowiedzi szukasz ty, czy Szatan? Czy chcesz jej użyć do jakiegoś złego celu?
- Mogę za to zginąć. Tak naprawdę, nie jak ty. Mogą zmiażdżyć mojego ducha, ale czuję ich nieme przyzwolenie. To pytanie jest całkowicie ode mnie. Ja je dodałam do ankiety. Do tego nic nie znaczącego kawałka papieru. Dopisałam je. Nie powinnam tego mówić, ale jesteś kimś wyjątkowym. Wyczuwam to po prostu...
- To było przepowiedziane?
- Wiedziałam, że przyjdziesz tutaj, bo tak miałam w aktach. Była tam też notka, że jesteś kimś więcej niż człowiekiem, bo przeżyłeś coś, czego inni nie doświadczyli. Odpowiedz mi więc na pytanie. Odpowiedz właściwie.
- Żyłem... Żyłem, bo taki był mój wybór. Wybrałem sobie życie. Żyłem... dla wszystkich chwil długiego mego życia. Nie wiem, czy ty masz prawo nas rozumieć, ale ludzkie życie nie jest wcale piękne, świat nie jest tak cudowny, jak mogłabyś myśleć. Nie jest tam tak spokojnie, jak tutaj. Nie jesteś tam sama. Pełno jest sukinsynów, którz zburzyliby twoją latarnię, zdeptaliby cię. Nawet jeżeli jesteś potężnym demonem albo aniołem przegrałabyś. Bo ludzie są niezwykle potężni. Dla chwil potęgi żyjemy. Różnie tryumfujemy. Ja żyłem dla chwil, które poruszały moją duszę. Żyłem dla dzielenia się nimi z osobami, które wydawały mi się tego warte. Człowiek żyje dla niepewności. Niepewności, czy osoby, które wybrał naprawdę są tego warte. Warto było żyć choćby dla chwil, które spędziłem tu z tobą. Patrzyłem na twoje piękno i poruszało ono mnie. Patrzę na zachód słońca i porusza on mną. Warto było żyć, żeby znależć się w piekle - roześmiałem się trochę smutno, bo wydało mi się to strasznie ironiczne. Nie w sposób zabawny, bo dotyczyło mnie.
      Cholera, o czym ja gadam. Przecież to wszystko jest banałem ulepionym w studiach filmowych i wklejonym w kadr z Costnerem. O czym ja pieprzę. Cholerny ze mnie dureń. Dla chwil. Heh. Spojrzałem na nią, w jej oczy, w których wciąż nieruchomo trwały robaczki iskier uwięzione w zielonej stali bursztynu. Przebiegłem żrenicami po jej tonących w półmroku ustach i podbródku. Po kościach policzkowych. Z przeczuciem, co ja gadam, ze strachem, którego nie można było porównać do moich obaw za życia. Uniosłem dłoń i nieśmiało dotknąłem swoich ust, podbródka i kości. Przeklnąłem w duchu. Ona była jak ja, tylko bardziej kobieca. To tak jakby ktoś wziął jakąś kobietę i dostosował ją do mego obrazu. Może podobała mi się tak bardzo, bo to moja bliżniaczka. Może byłem tak zapatrzony w siebie, że potrafiłem kochać tylko coś bardzo do mnie podobnego. Nie wiem i pewnie nigdy się tego nie dowiem. O mój Boże. To straszne i w pewien sposób chore. Dlaczego odpowiadam przed samym sobą? Tak łatwo mogę się przecież okłamać. Robiłem to już wiele razy. Powinienem być właśnie jak najszczerszy w stosunku do siebie. Nie wiedziałem już, czy odpowiadałem prawdę na poprzednie pytania, ale pewien byłem tego, że na ostatnie udzieliłem odowiedzi mocno nie poprawnej. Banalnej i sztucznie podniosłej.
- Nie martw się. Naprawdę jesteś kimś wielkim, bo zdałeś sobie sprawę, że odpowiadasz przed sobą. Ja... Ja widziałam wszystkie twoje myśli - zaczerwieniła się? Nie byłem pewien w tym świetle. Zresztą wszystko było teraz jakby bardziej ciepłe - Były bardzo pochlebne. Cieszę się, że podobam się komuś takiemu. Człowiekowi. Oni wszyscy są cudowni. Anioły, demony, Szatan, Bóg i jego syn. Ale nie są tak potężni, jak wy, ludzie. Widzisz, oni stwarzali światy, kształtowali je, dawali życie. Ale wy jesteście tacy sami. Też możecie tworzyć, dawać życie i je kształtować. Jesteście też czymś więcej. Bo macie wolną wolę. Bóg dał ją wam i nie wiem, czy w ten sposób nie dał wam czegoś, co nie tylko upodobniło was do Niego, ale może wywyższyło was ponad Niego.
- Ludzie są według ciebie kimś tak wielkim? - spytałem przerywając potok słów, który chciał jak najszybciej zakończyć swój bieg poza granicą jej warg. Mówiła coś, co zawsze wydawało mi się prawdopodobne. Tylko, że tłumiło to we mnie wszystko to, co udowadniało mi moją małość.
- Tak. Szatan na przykład może wpływać na was, podszeptywać, ale on nie ma wyboru. On został stworzony złym i nie ma innej drogi, jak brnięcie w mrok. Anioły są skazane na dobro i nie mają wyboru. Tylko jeden z nich, pan piekła, wyrwał się poza te ramy, ale od razu został zamknięty w innych. Ty jesteś czymś większym od nich wszystkich. Bóg stoi ponad wszystkimi wyborami, On widzi wszystkie drogi i ich zakończenia. W zasięgu jego wzroku znajdują się początki i końce. Wszystko wie, jego mądrość nie zna granic. Ale sądzę, że nawet On musi być jakoś zależny od swych dzieł. Nie wiem, czy jeżeli zostałby zapomniany przetrwałby. Zapomniany tylko przez was. Do was zawsze należy wybór. Możecie kształtować życia. Tworzyć je. Możecie wpłynąć nawet na Niego. Jesteście po prostu niezwykli.
- Dziękuję. Człowiek żyje po to, żeby wybierać. Żeby kształtować los swój i innych ludzi. Dlatego byłem na Ziemii potrzebny właśnie ja, takim jakim jestem i byłem. Żebym przez swoje postępki wpływał na życia tych, którzy zdecydowali się być ze mną i których ja wybrałem sobie na towarzyszy mojej drogi. Wolna wola, wybory sprawiają, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. Czy czasem śmierć jest lepszym wyborem niż życie, mniejszym złem?
- Tak. Czasem lepiej jest umrzeć. Ale nie warto o tym myśleć. Szczególnie teraz.
      Wstała i odpięła kartę ankiety od tableciku. Papier znajdował się między jej kciukiem, a placem wskazującym, gdy nagle go puściła. Morski zefir porwał go zabierając go sprzed naszych oczu. Przypomniałem sobie o ostatnim etapie. Spojrzałem na nią. Uśmiechała się promiennie. Czytała moje myśli. Przez cały ten czas. Niektóre może nawet zsyłała? Szczególnie ten sen, który nawiedził mnie, gdy dotknęła mojego ramienia.
- Ostatni etap ankiety polega na wyborze. Możesz teraz wrócić na Ziemię w zupełnie innym ciele i z zupełnie inną duszą albo pozostać tutaj niezmienionym. Pozostać tu ze mną - dodała ciszej.
- Czasami śmierć jest lepsza. Zostanę tutaj. Z tobą. Lubię czuć wolność, niezależność, a czuję, że tutaj ją znajdę - spojrzałem na morze, plaże, latarnię i las, przez który szedłem godziny temu - Chwila. Jak to z zupełnie inną duszą i ciałem? Nie wybierałbym więc?
- Nie. Nie w tym wypadku. Nie wybieracie przed narodzinami. Może to jedyna z waszych słabości.
      A zresztą. Będzie mi tu dobrze. Po co niby miałbym wracać tam na Ziemię? Żeby jako ktoś inny żyć nowe życie? Bezsens. Albo ja albo nikt inny. Zawsze jednak będę zastanawiał się, dlaczego Bóg pozwolił nam ludziom być tak potężnymi? Dlaczego wybrał właśnie tak? Na jaką cholerę sam stworzył dla siebie węża? Dlaczego wykreował rzeczy, które mogły mu zaszkodzić, unicestwić go nawet? Chyba, że ma taką władzę, że nie musi się niczego obawiać. Odważna istota, a może głupia? Ale teraz wiedziałem już, że my jesteśmy tacy sami, jak On. My również pozwalamy na rozwój węży wokół nas, mimo że tak naprawdę mogliśmy już dawno temu zapobiec ich narodzinom.Każdy z nas jest nieśmiertelny. Daje iskierkę siebie każdemu, kto chce ją przyjąć. Zostajemy w ten sposób w podświadomości innych ludzi, ich dzieci, wnuków, bo traktują je tak, jak my ich traktowaliśmy. Droga zła jest prosta i łatwa, ale potem staje się nie do zniesienia. Słabość dopada nas i nie pozwala odejść. Prawdziwa siła tkwi tylko w dobrze. Nawet, jeżeli ukryte jest ono pod maską zimnego cynizmu.
- Tak, myślę, że kiedyś dojdziesz do słusznych wniosków. Jesteś na dobrej drodze - powiedziała, a mi przypomniały się znowu metafory chrzanionego losu. Świeczka i prawo Murphy'ego, o którym pomyślałem zanim podjąłem decyzję. Decyzję krzywą, ale w gruncie rzeczy dobrą. Murphy byłby ze mnie dumny. Sądzę, że gdyby umierał kazałby wyryć na swoim nagrobku ostatnie ze swoich praw: "Wybory, które podejmujesz kształtują świat i wiele żyć na nim. Za swoje wybory odpowiesz przed samym sobą, nikim innym. Możesz być jednak pewien, że przynajmniej jeden wybór w całym twoim życiu nie będzie twój. Przynajmniej raz bezwolnie podejmiesz decyzję, której ślad zasiał w tobie jakiś inny człowiek albo jedno z moich praw." Nie jestem chyba zbyt madry, ale tutaj, z "latarka" wiele sie naucze.

Piccolo                                                                                                                                                           Action Mag

 

PS. Drogi czytelniku. Ten art to nie zbiorek mojej wiedzy ani kazan. Po prostu taki film. Spokojny i cieply. Bohaterem nie jestem ja, a latarka to nie moja dziewczyna. To byloby za proste. Oni sa nikim. Po prostu. Dzieki za uwage.