W ten sposób trafiłem do piekła. Tak naprawdę nie byłem pewien, czy to jest Abaddon, Tartar, czy cokolwiek innego, gdzie ludzkie dusze cierpią. Czy byłem dość zły, by się tu znależć? Ale czym jest zło? Widocznie mimo niewiedzy byłem wystarczająco nie dobry. Szczerze mówiąc nie uważałem się za nikogo gorszego od przeciętnego człowieka. Może byłem trochę bardziej zimny i twardy. Może nie dbałem o swoje dzieci, jak ojciec powienien opiekować się potomstwem. Może moja postawa zagnała mnie tutaj? Nie wiem. Nie interesowałem się Złem. Nigdy nie odprawiałem czarnych mszy, nie czytałem szatańskich wersetów, ba! nawet nie słuchałem żadnej muzyki pełnej wrzasków i wzywania pana ciemności. Specjalnie z małej, bo jestem wściekły. Dlaczego ten cholerny diabeł wziął moją psyche? Dlaczego nie wziął jej mój Bóg? Już raczej nigdy stąd nie wyjdę. Z tego psychodelicznego świata. Piekło wcale nie jest bowiem takie, jakim je sobie wyobrażałem. Wcale nie jest czerwone, ogniste i nie ma kotłów ze smołą. Nie puszczają tu też "Gangu Olsena", choć tak miało być. Ostatecznie miało być tak, jak w reklamie: szybkie dziewczyny i piękne samochody.
Szedłem przez las. Wszędzie były tylko sosny o porowatych pniach pokrytych mchem. Wszystko było ciężkie i wilgotne. Tutaj, pod baldachimem igieł, nie czuć było zimnych uderzeń mgły i grubego deszczu. Miałem nawet suche włosy. Szedłem tak i szedłem, a las nie zamierzał się kończyć. W końcy jednak zacząłem słyszeć szum morza. Zimnego, szarego zbiornika wód, który nie znał granic właściwych rzekom i jeziorom. Wyszedłem na otwartą przestrzeń pełną piasku, w którym zostawiałem głębokie, umęczone ślady. W końcu doszedłem do miejsca, w którym plaża stawała się bardziej kamienista. Płaskie, szerokie głazy wiodły mnie, jak po schodach, na wzniesienie. Ciemnozielona trawa przebłyskiwała między brudnymi strzępami mgieł. Przez chwilę wspominałem bezkresne przestrzenie takich traw na szkockich równinach. Nagle stanąłem jak wryty. Przed moimi zmęczonymi, może też i lekko zrozpaczonymi oczami, ukazało się światełko. Małe, pełgające na lekkim wietrze, który bezczelnie, och, jakże wielbiłem teraz jego tupet, poruszył duchotę powietrza. Mimo morza było gorąco. Szarozielony golf lepił się do granatowej koszulki, a ta z kolei do mojego ciała. Ciemnozielone spodnie był ciężkie jak moje adidasy, które w założeniu powinny dawać uczucie jak największej lekkości. Włosy właziły mi do uszu i oczu pozostawiając na karku, czole i skroniach mokre smugi. Smugi bardziej mokre od mokrych smug, które wciąż darował mi deszcz. Im wyżej wspinałem się na ciemnozielone wzgórze tym było mi ciężej. Nogi powoli odmawiały posłuszeństwa. Byłem coraz bliżej tego cholernego światełka. Przystanąłem na śliskim kamieniu i oparłem ręce na biodrach. Rozejrzałem się ciężko oddychając, ale wszystko zasnute było mgłą. Przypomniało mi się, jak jeżdziłem na rowerze po mieście. Szybko, ale ostrożnie. Często wyskakiwałem ze schodów i wzniesień psując maszynę, ale miałem to gdzieś. Najważniejszy był pęd. Chociaż tak na dobrą sprawę nigdy do niego nie dążyłem. Chciałem tylko i wyłącznie spokoju. A nigdy go nie dostałem. Nie znaczy to wcale, że nie pragnąłem przygód. Ależ pragnąłem! Ale wtedy, kiedy ja sam bym ich chciał, a nie ktoś u góry. Doświadczenia przychodziły w momentach nieodpowiednich, może za szybko. Pamiętałem jeszcze czasy szkoły, kiedy to myślałem bardzo wiele o sobie i świecie, a niczego nie wymyśliłem. Wypracowałem sobie maskę cynicznego twardziela, którego towarzystwo lubił niemal każdy. W końcu ta maska wrosła we mnie ukrywając gdzieś człowieka. Trafne uwagi, często złośliwe i odbierające nadzieję, choć z drugiej strony dające ją innym, były moim żywiołem. Ruszyłem dalej. Światło było jakby bliżej i w końcu dotarłem do niego powłócząc nogami i złorzecząc. W deszczu, wilgoci sztormu paliła się czerwona świeczka. Płomyk był mały i słaby, ale trzymał się rozpaczliwie knota. Chciał walczyć. Wiedziałem, że jestem w piekle. W zaświatach powinniśmy dostać jakieś nauki, które wyprostowałyby skrzywiony kręgosłup moralny, jaki zyskaliśmy podczas życia. Powinni uczyć nas czegoś, co dałoby dobry start w przyszłym żywocie. Zawsze uwielbiałem metafory i teraz właśnie jedna działa się przede mną. Płomyk, okruch potężnego żywiołu, walczył z przeważającymi siłami świata. Przypomniało mi się prawo Murphy'ego. W swojej walce ze światem weż stronę świata. Pieprzona metafora losu. Z krzywym uśmieszkiem, wypracowywanym przez wiele lat, zanurzyłem dłoń w mokrych włosach. Zgniotłem knot palcami wywołując smużki dymu, które szybko został rozdarte ciosami deszczu. Stanąłem po stronie świata.
Musiałem tego pożałować. Odwróciłem wzrok od świeczki i spojrzałem na drzwi. Były dwuskrzydłowe, pięknie rzeżbione, jak wrota św. Wojciecha. Dziwne sceny. Wszystkie z tych płaskorzeżb przedstawiały świecę w różny sposób traktowaną przez ludzi. Widziałem więc facetów, którzy tak jak ja, gasili ją między palcami, widziałem dziewczynę, która zdmuchała ją wydymając policzki. Palcami prześlizgnąłem po kolejnych obrazach. Do piekła trafiały także dzieci. Dziewczynka świeciła sobie świeczką w mrokach znajdujących się za tym wejściem. Dopiero teraz zorientowałem się co to za budowla. Stałem przed latarnią morską pomalowaną w białe i czerwone pasy, które teraz były raczej zielone i szare. Z perspektywy czasów powienienem był postąpić jak ta mała. Ale perspektywa czasu zazwyczaj pojawiała się w czasie przypuszczającym. Gdyby, powinienem. Wszystko to było niezbyt aktualnym punktem widzenia. Latarnia morska nawet działała. Mimowolnie uśmiechnąłem się, gdy nieustępliwa smuga białego światła omiotła morze i drogę, którą już przebyłem. Chciałem zapukać do drzwi, ale coś w trawie przykuło moją uwagę. Ruszyłem tam i schyliłem się po połyskującą, mokrą okładkę małego zeszyciku. Był zamknięty na delikatną, drucianą kłódeczkę, którą zerwałem za pomocą samych paznokci. Kolorowe kartki papeterii wyleciały z książeczki i niesione lekkim wiaterkiem osiadały na murach latarni i płaskich głazach, po których się wspinałem. Jedna z nich zwisała z wystającego węgła budowli. Podskoczyłem i zdjąłem ją. Z kartką w ręku poślizgnąłem się przy lądowaniu i poturlałem się trochę w dół ciemnozielonego wzgórza. Z wrzaskiem spadałem coraz niżej aż w końcu zatrzymałem się na narzutowej skale. W tej prędkości i oświetleniu nie miałem szans na wyhamowanie lub zmianę kierunku, więc wyrżnałem z całej siły w przeszkodę. Prawa ręka promieniowała bólem, którego nie powieninem czuć, do jasnej cholery! Jestem w końcu martwy! Jednak po chwili leżenia i moknięcia przypomniałem sobie, że to w końcu piekło...
Wszystkie kartki zniknęły. Pieprzony zeszycik sprawił, że ręka zwisała mi wzdłuż boku. Wszystki członki ciągnąłem za sobą, jak martwe kłody. Tylko mój umysł parł do przodu. W końcu stanąłem znów przed drzwiami. Zapukałem słabo lewą ręką, choć gdybym tylko mógł wywarzyłbym je z samej wściekłości na to całe piekło. Ręka bolała jakbym co najmniej jej nie miał, a wyglądałem pewnie jak kupa nieszczęść z mokrymi strąkami włosów na oczach. Byłem ostrzyżony dość krótko, jednak nie wystarczająco, by kłaki nie wdzierały się do uszu i nie drażniły skroni. Otworzyli. Wytężałem wzrok w półmroku rozświetlanym blaskiem latarni. W końcu mogłem rozpoznać strażnika mórz. Brązowe włosy sięgające do połowy ramion, przydługi, żółty płaszcz, który wyglądał na latarniku, jak szmata na wieszaku i piękne oczy, w których widziałem coś niesamowitego. Coś, co podziałało na mnie z siłą wprost niewiarygodną. Zielone tęczówki przetykane złotymi kropelkami. Wszystko to przypominało ruchliwe, niesione wiatrem istotki zatopione na zawsze w bursztynie. Klejnot twardy, jeżeli jest się w nim uwięzionym, ale miękki i zachwycający dla zbieracza. Latarnik miał mały, ostry nos i rzeżbę kości policzkowej, która coś oznaczała. Czytałem w gazecie, której pełno było w domu mojej dziewczyny, że taka twarz charakteryzuje jeden jedyny typ człowieka. Niestety nie pamiętałem jaki, a może nie chciałem? Nagle dotarło do mnie, że strażnik światła coś do mnie mówi. W moim rozgorączkowanym, przemęczonym umyśle telepały się, próbując połamać pręty klatki, słowa. "Co tutaj robisz?", "Co się stało?", "Wyglądasz okropnie, wejdż i napij się herbaty". Wszystko to prosiło się o odpowiedż, ale ja nie miałem słów. Latarnik chwycił mnie za ramię i wciągnął do środka. Wręcz wtaszczył moje bezwładne ciało po schodach. Dreszcze prawie rozrywały moje kości, a włosy na przedramionach próbowały przebić skórę i uciec. Miałem największą gęsią skórkę w historii gęsich skórek. Zaśmiałem się w sobie i spróbowałem zedrzeć z siebie szmaty. Trzymały się mocno. Zapomniałem o bólu w prawej ręce i podniosłem ją do golfu. Natychmiast przypomniałem sobie o skale i upadku ze zbocza. Mózg został porażony zimną falą bólu. Zaskomlałem cicho nie śmiąc krzyknąć w piekle. To dziwne, ale ciepłe światło, drewniane sprzęty i piękne obrazy wiszące rzadko na ścianach uspokajały mnie. Wszystko było pachnące i przytulne. Piekło nie miało być takie. Nagle pojawił się latarnik. Był niższy ode mnie i widocznie słabszy. A może silniejszy? Uwolnił mnie z golfu i koszulki i wytarł ręcznikiem. Stając na palcach zajął się włosami. Dokładnie je osuszył, choć i tak pozostały wilgotne. Trząsłem się z zimna, ale nieustępliwy strażnik mórz zdjął mi spodnie i buty. Chciałem go powstrzymać, ale spojrzał swoimi bursztynami i powstrzymałem się. Wytarł mi stopy i pchnął na fotel. W smukłej, artystycznej dłoni drzemała siła, która rzuciła połamaną, półprzytomną lalką w ostępy żółtawych, ciepłych poduch. Nigdzie nie dostrzegałem żyrandoli albo żarówek. W wielu miejscach paliły się za to świece. We wszystkich kolorach, ale najwięcej było białych. Koc sam wsunął mi się na plecy, drugi agresywnie spadł mi na brzuch i piersi. Pod stopami poczułem ciepło. Chciałem coś powiedzieć, ale szczękające zęby zaoponowały. Piekielnie skutecznie. Latarnik z troską, ale też stanowczością zajrzał mi w oczy i pogładził dłonią po policzku. Dotknął czoła i syknął. Lewą ręką dotknąłem jego biodra i uniosłem oczy chcąc spojrzeć w krzepiące bursztyny. Latarnik był piękny i miał wspaniałe wcięcie w talii. Chrzanione piekło...
Obudziłem się na kanapie przykryty tylko
prześcieradłem. Jednak było mi ciepło. Po sztormie, który był chyba wczoraj,
słońce postanowiło wyjrzeć zza chmur. Zalewało cały pokój i mnie. Przeciągnąłem
się z pewną dozą rozkoszy. Ręka zupełnie nie bolała, choć mógłbym przysiąc, że
była złamana, albo chociaż poważnie zwichnięta. Wstałem i spostrzegłem, że
jestem nagi. Na oparciu krzesła leżały moje rzeczy. Nałożyłem gacie i spodnie, w
końcu także koszulkę. Boso, zostawiając golf, ruszyłem do drzwi. Nie chciałem
wołać latarnika, bo możliwe że bym go obudził. Nie chciałem przerywać snu komuś,
kto wyciągnął mnie z piekła. Miałem dziwne wrażenie, że nie powinienem myśleć:
"latarnik", a raczej "latarka" albo coś w tym stylu. Zwidy. Ktoś taki musiał być
wilkiem morskim, brodatym i sękatym, pomarszczonym, ogorzałym i takie tam. Czas
otrzeżwieć. Wyjrzałem na korytarz i zobaczyłem schody prowadzące tak w górę jak
w dół. Wybrałem te do nieba. Cicho wspiąłem się na nie i wyjrzałem ponad poziom
podłogi. Dostrzegłem ogromną, płaską żarówkę. Za nią rozciągało się wspaniałe
niebo i morze. Feeria barw i błysków, mew i chmureczek. Stanąłem na drewnianej
podłodze. Wszystko było zresztą drewniane. Najwyższe piętro latarni, jej serce
było jednym wielkim, zadaszonym i oszklonym tarasem. Przed słońcem stał wielki
fotel odwrócony do mnie tyłem. Zza oparcia wylatywała smużka pary. Podeszłem,
lekko szurając nogawkami spodni, które leciutko stykały się teraz z podłogą.
Jednak mogę wierzyć swoim oczom. Wczoraj widziałem "latarkę". Kobieta latarnik
siedziała w fotelu. Zmierzyłem ją w milczeniu wzrokiem. Była piękna. Ciemno
kasztanowe włosy sięgające łopatek, bursztyny, zgrabny nosek i twarz
charakterystycznego typu osobowościowego. Pozwalała się tak oglądać, co trochę
mnie zdziwiło. Ale korzystałem z chwili otępienia, po której być może nastanie
pobudka. Miała na sobie białą koszulkę na cieniutkich ramiączkach. Doskonale
widziałem jej małe piersi ładnie podkreślające ciuch i smukły brzuch. Myślę
jednak, że smukły brzuch nie był aż tak smukły. Albo była śmiała albo tylko taką
zgrywała. Wciąż pozwalała się oceniać, oglądać. Wróciłem do twarzy, żeby
dostrzec jej reakcję, ale niemal natychmiast zapragnąłem iść dalej. Dalej były
majteczki. Białe, bez żadnych ozdób, koroneczek. Nogi były też nienaganne.
Pomyślałem sobie wtedy, że jest naprawdę piękna. Ale też wyjątkowa. Może dzięki
oczom, włosom, może dzięki temu, że pozwoliła się ocenić. Nagle zyskałem dziwną
pewność, że ona osądzanie mojej zewnętrznej powłoki ma już za sobą. Wtedy to
spojrzała mi w twarz. Uśmiechnęła się jakby odczytując moją ostatnią myśl i
wstała. Objęła dłońmi szeroką filiżankę i podała mi. Wziąłem i spojrzałem na
płyn. Jasna herbata zapraszała. Heh. Piekło jest jednak chorym miejscem. Może
nawet bardziej niż świat.
- Jestem... - zaczałęm, ale mi przerwała.
-
Wiem kim jesteś. Tutaj imiona nie są ważne. Słuchaj, ja... Mam trochę roboty.
Bez urazy, ale muszę cię zostawić na trochę.
- Nie ma sprawy. Wszystko w
porządku? - zapytałem, bo w jej oczach i na policzkach dostrzegłem ślady
rumieńca, zakłopotania. Może i jestem okrutny, ale chciałem znać odpowiedż, czy
to dlatego, że jej się podobałem.
- Tak. Po prostu. Dawno nie było tu kogoś
jak ty.
- To znaczy?
- No wiesz... Kogoś, kto zgasiłby świeczkę... -
stwierdziła trochę nieśmiało, próbując unikać mojego wzroku. Pomyślałem, że jest
trochę dziwna. Paraduje przede mną w bieliżnie, a nie patrzy w oczy.
-
Zgaszenie jej coś znaczy, prawda?
- Tak. Świeczka jest pierwszym pytaniem
ankiety. Może nie powinnam tego mówić, ale teraz wypełniasz ankietę. Nie
powinnam, bo często ludzie zaczynają być nieszczerzy...
- Jesteś więc
ankieterką?
- Tak - uśmiechnęła się, jakby wdzięczna, że sam weszłem w jej
pułapkę - Czuj się, jak u siebie. Zobaczymy się póżnym popołudniem.
-
Wieczorem - stwierdziłem do siebie.
- Tak - zabrała mi filiżankę i szybkim
krokiem zeszła na dół. Zostałem na tym tarasie i wpatrzyłem się w wodę. Była
błękitna i przeżroczysta. Może póżniej pójdę się wykąpać? Ale najpierw jeszcze
się trochę prześpię. Zdjąłem koszulkę wystawiając ciało na słońce i usiadłem w
nagrzanym przez ankieterkę fotelu. Zamknąłem oczy i zasnąłem. Piekło jest
cholernie przewidywalne.
--->