Ludzie
Jakiś czas temu napisałem do Kącika Muzycznego tekst "Perfection or Vanity", przy czym pojęcie "jakiś czas" należy rozumieć w kategorii dni. Nie wiem więc, kiedy i czy w ogóle ten art się pojawi. Wiem zaś, że ostatnio mimowolnie zastanawiałem się nad kwestią kontaktów międzyludzkich. Nie doszedłem wcale do wniosku, iż bardzo trudno tak naprawdę znaleźć człowieka o wnętrzu "pasującym" do naszego (chyba że się jest tępym i głupim, bo wtedy się nie ma wnętrza i pasuje się do wszystkiego - lub niczego, zależy jak na to spojrzeć), gdyż to było mi wiadome od dawna. Zastanawiałem się, z czego to wynika. Jak rozległa i nieprzewidywalna może być ludzka psychika. Jak wiele rzeczy wpływa na ludzi i jak przez to tworzą się istoty, które można by podzielić na kilka różnych osobowości.

W "Perfection or Vanity" bardzo twardo potraktowałem głównie skejtów. Był to tekst na tyle mocny iż nie wiem nawet, czy z tego powodu się ukaże. Nauczyłem się patrzeć na świat z punktu widzenia siły. Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że jestem właściwie niedostosowany do innych ludzi, że trudno mi znaleźć z nimi wspólny język. Ale nie przeszkadza mi to. Tak samo jak potrafię czuć, potrafię nie czuć. Jestem człowiekiem samotnym i opuszczonym (nie, to mimo wszystko nie "desolacja"), ale z własnego wyboru. Przecież po tym wszystkim co przeżyłem, mogłem wrócić do świata "żywych", nie było to dla mnie problemem - a nie do końca się na to zdecydowałem.

A jest to już ustosunkowanie się do tekstu Eryka "Bóle samotności... czyli idź się powieś". Z początku miałem co do tego arta mieszane uczucia, ale z biegiem czasu (i kolejnych linijek tekstu) zauważyłem, że Eryk nie krytykuje tego, że ktoś czuje, a to, że ktoś nie potrafi się dostosować do świata. Z pewnością uderzył w czuły punkt wielu ludzi, mówiąc o siedzeniu przed komputerem i graniu po nocach. Ale co z resztą?

Z tymi, którzy nie siedzą przed komputerem? Jak mnie pamięć nie myli, nikt nigdy w historii AM nie zauważył, iż nie tyle chodzi tu o siedzenie przed jakąkolwiek maszyną stworzoną przez człowieka, co po prostu o uciekanie w świat inny od rzeczywistego. To znaczy być może ktoś to jednak zauważył, ale nie tak, jak powiniem - tzn. położył nacisk na siedzenie przed komputerem, a nie na ucieczkę. A powinno być właściwie zupełnie odwrotnie. Tak samo jak komputer, samotność pogłębiają np. książki (a nawet bardziej, bo nikt takiego człowieka za ich czytanie nie krytykuje). Książki wręcz należy czytać (wymogi kulturowe, rozwijanie wyobraźni, kształtowanie światopoglądu etc.), ale nie w ten sposób, jak robią to niektórzy - uciekając.

Spójrzmy na ucieczkę z militarnego punktu widzenia. Jest ona nieodłącznie powiązana z paniką, strachem, porażką. Czyżby to był klucz do tego problemu?

Strach przed życiem, poczucie bezsilności. Co to za klucz, przecież każdy wie, że to jest przyczyną zamknięcia się w sobie człowieka. Ale jak to się stało, że akurat ci ludzie to przeżyli i teraz uciekają? W gruncie rzeczy oni są o wiele bardziej wartościowi od większości tej grupy, która nigdy nigdzie nie uciekała.

Bitwa toczona z uczuciami jest bardzo specyficzna. Wrogie legiony omijają tych, którzy czuć nie za bardzo tak naprawdę potrafią. Rzucają się na tych "czujących", silniejsi wygrywają, słabsi - nie. Ci słabsi więc uciekają.

Niestety choć człowiek potrafi myśleć w bardzo złożony i abstrakcyjny sposób, reguły rządzące jego światem są takie same jak za czasów australopiteka. Również w aspekcie uczuć - liczy się silniejszy, silniejszy wygrywa.

Jeśli czytasz to teraz, a jednocześnie zastanawiasz się, czy zatopić się w cierpnieniu czy zapomnieć - zapomnij. Ja wybrałem to pierwsze, cóż mam powiedzieć? Nie żałuję. Ale dopiero po zmianie całego systemu wartości i zasad kierujących moim życiem wróciłem (od biedy) do normalnego funkcjonowania. Nie żałuję, ale to nie są przyjemne wspomnienia. Chcę nadal czuć ze względu na przyszłość, nie przeszłość. Jeśli potrafisz - oszczędź sobie. Łatwiej jest na początku, niż potem z tego wyjść.

Przejdźmy powoli do następnej sprawy, w związku z którą napomknąłem tak od niechcenia na początku o moim tekscie do KM. Ostatnio spotkałem się (w krótkim czasie, a wcześniej nie spotykałem się w ogóle - to dopiero szok :)) ze stwierdzeniem kilku osób, że słuchają i rocka i hip hopu. Jedna z dziewczyn stwierdziła, że i rockowcy i hip hopowcy mają coś do zarzucenia światu i mówią to, "co ich boli". Do teraz jestem pod wrażeniem mądrości tej młodej, 14-letniej dziewczyny :). Mianowicie dlatego, iż porzucając zupełnie jej wytłumaczenie, poszedłem od samych faktów własną drogą rozumowania i doszedłem do, w gruncie rzeczy, bardzo podobnych wniosków. Różni się za to diametralnie morał, jeśli tak można wniosek rodzący się w mojej głowie po tym czasie intensywnej pracy szarych komórek nazwać.

Otóż zarówno hip hopowcy, jak i ludzie słuchający rocka nie do końca potrafią radzic sobie ze światem. Oczywiście nie mówię tu o wszystkich, ale przecież głównie ta niemoc pobrzmiewa z tekstów hip hopowych czy rockowych, zwłaszcza tych starszych rockowych, z lat np. 80-tych.

Hip hopowcy, mimo iż walczą tym samym orężem co świat (nieuczciwość, napady, kradzieże - ogólnie prawo silniejszego), nie potrafią mu sprostać z powodu swego lenistwa i, owszem - cennego, ale zupełnie bezpodstawnego wysokiego mniemania o sobie. Wolą ukraść (wiem, wiem, wiem, nie wszyscy kradną... nie wszyscy kradną? Lepiej zapoznajcie się z ludźmi, którzy naprawdę słuchają TYLKO hip hopu, bo jak w innym wypadku można mówić o "hip hopowcach"?), a potem napisać jakąś nową piosenkę i siąść z założonymi rękami na ławce w parku. Rockowcy to za to ludzie potrzebujący tylu różnych uczuć, że świat współczesny zapewnić im wszystkich nie jest w stanie. Gubią się i z tego powodu cierpią.

Teraz, aby być znanym, wystarczy dorobić się, uczciwie czy nie, ale trzeba być bogatym. Ale aby być POWAŻANYM i CENIONYM, nie trzeba być bogatym, nie w pieniądze. Jednocześnie aby wyżyć i realizować swoje zachcianki, trzeba mieć pieniądze. Tylko czy ktoś w ogóle zadaje sobie trud połączenia w sobie tego wszystkiego, by być nie tylko cenionym i nie tylko zadowolonym, ale i jednym i drugim jednocześnie?

Zdecydowanie bliżej osiągnięcia tej transformacji w "idealnego człowieka" są ci 'uczuciowcy'. Tylko, że za bardzo czują.

Świat pozostaje dla tych, już niezależnie od słuchanej muzyki czy wyznawanej filozofii, którzy potrafią sobie na nim poradzić. A reszta? Reszta dzieli się na przypadki nadziejne i beznadziejne.

Do tych "nadziejnych" - apel, by się obudzili. Zdobyli świat dla siebie i tych, których kochają. Żeby uzmysłowili sobie, że życie to nie tylko cierpnienie i że nie żyje się tylko dla ducha i abstrakcyjnych uczuć. Nie lekceważcie swego ciała i jego pragnień, może trochę mniej otwarcie poważanych, ale niemniej ważnych...


Wooward
wooward@poczta.onet.pl