Czy
to ma sens?
Może zacznę od kwestii wspomnianych już definicji. Czy mieliście kiedykolwiek sytuację, że musieliście nauczyć się definicji, której nie potrafiliście zrozumieć? Bo ja tak. Owszem, są i takie, które są jasne i klarowne, jednak przy niektórych krew mnie zalewa. I wtedy wychodzą takie kwiatki, że rozumiem zagadnienie, a nie rozumiem definicji. Ja to pojmuję „po swojemu”, a z definicji nie mam nic. Jednak jej znajomość jest niejednokrotnie konieczna. Ale co mi po jej znajomości? Grunt, że wiem o co chodzi, nie? Niestety, nauczyciele nie potrafią, albo nie chcą zrozumieć, że taki sposób uczenia się nie poprawia, a pogarsza sytuację. Dlaczego? Dlatego, że dość już napatrzyłem się w szkole na bezmózgie zombie, które uczy się definicji, a nijak nie potrafi odnieść jej do rzeczywistości. Innymi słowy: rozwijają pamięć, a nie zdolność kojarzenia, czyli inteligencję. A inteligencja jest ważniejsza, czego sam jestem dobrym przykładem. Owszem, pamięć też mam dobrą, ale na próbny test gimnazjalny nie uczyłem się, a zająłem drugie miejsce na szkołę. Pytania na teście przede wszystkim odnoszą się do inteligencji, a nie do pamięci. A z inteligencja niestety jest kiepsko. Wiele osób ma problem z odpowiadaniem na pytania na podstawie tekstu źródłowego. A to przecież najprostsze, co może być. Weźmy taki przykład: Luke zaczął pisać w roku 2002, mając 15 lat. To tekst źródłowy. Oczywiście na tekstach jest tego dużo więcej, ale załóżmy, że to fragment mojej biografii. A teraz pytanie do tekstu: w którym roku Luke się urodził? Proste: 2002-15 =1987. A z takimi pytaniami ludzie mają problemy. Podobne, tylko dotyczące Kolumba pytanie było na teście i SPORO OSÓB NA NIE ODPOWIEDZIAŁO! Takie osoby, to zwykle ci, co ciągle uczą się definicji, dat itp. I gdy widzą takie pytanie, to zamiast spojrzeć do tekstu szukają w pamięci informacji kiedy dana osoba się urodziła. A jeśli nawet tam zaglądają, to szukają fragmentu w stylu: „Luke urodził się...” i nawet nie próbują przeanalizować znajdujących się tam faktów. Jest to właśnie spowodowane naciskiem na przyswajanie suchych danych. Żeby nie było nieporozumień: nie mówię, że osoba ucząca się definicji to dureń, bo sam mam nauczycieli, którzy do takich pierdoł przywiązują znaczną wagę i muszę się tego uczyć. Jednak gdy ktoś uczy się WYŁĄCZNIE tego, olewając resztę i rozwój swojej inteligencji, to za mądrze nie postępują.
Trochę się o tych regułkach rozpisałem, a jest jeszcze jedna ważna sprawa. Chodzi mi o naukę tego, co nijak nie przyda mi się w życiu, na przykład stolice państw Afryki i Europy. Na co mi to? A takich rzeczy też niestety trzeba się nauczyć. Takie coś, jeśli już musi być, to powinno być wprowadzane stopniowo. Na przykład układ okresowy pierwiastków. Nigdy się go nie uczyłem, a po 3 latach gimnazjum prawie cały znam na pamięć. To z czasem samo przyszło. Owszem, 3 lata to sporo, ale nie włożyłem w to żadnej nauki (tzn. uczyłem się przedmiotu, a nie układu). Jeśli ktoś chce być geografem to jego wola, jednak ja nie chcę, więc po co mi wspomniane państwa i ich stolice? A przecież można by uczyć się tego co w życiu jest przydatne: dokładna nauka mapy i siatki kartograficznej (to akurat jest), sposób postępowania w danym terenie itp.
Niestety, póki co musimy się tego uczyć. Ministerstwo wymyśla program, a nauczyciele, którym nie chce się wymyślić ciekawej lekcji zasłaniają się programem. A przecież nie musi tak być. Dość powiedzieć, iż w mojej szkole chemia potrafi być ciekawa.