Moje drogie Dzieci!
 

Zapewne zaskoczyło Was moje, jakże nagłe, odejście. Jednak zostałem do tego zmuszony i nie miałem większego wyboru. Skłamałbym jednak, gdybym powiedział, że jest mi przykro. Miejsce, w którym obecnie mieszkam posiada wspaniały, łagodny klimat. Nie ma tu zimnych wiatrów i wilgoci, mgieł, a nawet mrozów, przez które nabawiłem się reumatyzmu. Nareszcie mogę w pełni nasycić uszy naturalnymi dźwiękami przyrody. To ciągłe granie na harfie i chóry zaczynały mnie nudzić. Jakoś nigdy nie lubiłem tej smętnej muzyki, jaką ciągle mi grano. Wolę coś szybszego i bardziej radosnego. Co prawda nie posiadam tutaj tak dobrej służby. Chwilami bardzo brakuje mi tych ubranych na biało, cichych i spokojnych istot, gotowych na moje skinienie poświęcić siebie, byle tylko sprawić mi przyjemność. Sądzę jednak, że jakoś sobie poradzę. Mam wreszcie czas dla siebie. Mogę spacerować godzinami, układać pasjansa przez wieczność, nudzić się, leżeć i bezmyślnie patrzeć w niebo... nawet nie wiecie, jak bardzo mi tego wszystkiego brakowało.
Jednak złe warunki mieszkaniowe, jakie mi zapewniliście, miały niewielki tylko wpływ na podjętą przeze mnie decyzję. Główną przyczyną staliście się Wy, moje Dzieci. No cóż, taka jest prawda i nie zamierzam jej ukrywać. Im dłużej o tym myślę, tym wyraźniej widzę, iż nigdy mnie nie słuchaliście. Zawsze musieliście wtrącić swoje zdanie, zwątpić w słuszność i cel mojej decyzji. Nie żądałem od Was nigdy ślepego posłuszeństwa, jednak Wy zawsze wątpiliście we mnie. Było to nie tyle przykre i smutne, co bardzo irytujące. Bo przez Was sam zaczynałem wątpić w siebie. A przecież prawie za każdym razem to Wy sami przychodziliście do mnie po radę i słowa pocieszenia. Błagaliście o pomoc, żądaliście cudów... łatwiej było obarczyć mnie wszystkimi klęskami i niepowodzeniami. To, co dobre przypisywaliście swojej pracy i zdolnościom, a tym, co złe i przykre obarczaliście mnie. A jakże często bywało odwrotnie... Jednak łatwiej jest zwalać winę na kogoś, kto i tak Wam to wybaczy, kto nie zaprotestuje, nie będzie się bronił...
Nieposłuszeństwo bardzo mnie zasmucało. Wszystko, co robiłem miało na celu zapewnienie wam szczęścia i pięknego życia. Potrzebowałem jednak chociażby odrobiny dobrej woli z Waszej strony. Niestety, nie udało się. Sądziłem, że wychowałem was na porządnych i dobrych ludzi, od początku wiedzieliście, co wam wolno robić a czego nie. I od początku łamaliście ustalone zasady. Zero szacunku, najgorsze jest jednak to, że nie mieliście tego szacunku również dla siebie nawzajem. Zazdrośni, rządni władzy, pełni złości i nienawiści. Skąd wzięły się te uczucia? Mieliście wszystko, sądziłem, że jesteście szczęśliwi... myliłem się. Może błąd leżał po mojej stronie, może powinienem być znacznie bardziej surowy. Teraz jest już za późno, aby cokolwiek zmienić.
Chcę tylko, żebyście wiedzieli, że starałem się. Wysłałem nawet do was mojego zaufanego człowieka, lecz Wy po prostu nie zaakceptowaliście go. Wtedy on odszedł, stwierdził, że nie ma siły do takich niewrażliwych istot. A przecież to nie do końca była prawda. Potrafiliście zachowywać się bohatersko i szlachetnie... O ile tylko chcieliście. Chwile, w których odkrywaliście swoje prawdziwe twarze, odrzucaliście pozory i znowu byliście sobą zachowam na zawsze w pamięci.
Nigdy nie sądziłem, że do tego dojdzie. Wydawało mi się, że tworzymy Rodzinę. Oczywiście, mieliśmy wiele złych i trudnych dni, ale zdarzały się tez chwile piękne. Okazało się, że to za mało. Zabrakło mi sił, a Wy odwróciliście się ode mnie. Porzuciliście jak niepotrzebną zabawkę... W imię czego? Władzy? Pieniędzy? Gdyby chodziło o wybór między mną, zgrzybiałym starcem, a Waszym szczęściem, to po prostu kazałbym Wam wybrać szczęście. Jednak nie było czegoś takiego... Wybraliście drogę przez ból, cierpienie, smutek, wojnę i żal. I ruszyliście w tą drogę beze mnie, bez przewodnika. No cóż, macie wolną wolę i sami możecie decydować o swoim losie. Jednak nie zamierzam na to patrzeć. Nie chcę oglądać, jak zabijacie się nawzajem, nienawidzicie... Nie tego Was uczyłem... Zbyt wielki ból sprawiają mi wasze oskarzenia, jakże często bezpodstawne. Czy kiedykolwiek skrzywdziłem Was celowo? Jeżeli tak, to proszę Was o wybaczenie, ale podejmując jakąkolwiek decyzję miałem na celu tylko i wyłącznie Wasze dobro i szczęście. A wszystkie te nieszczęścia, które Was spotykały nie działy się z mojej winy... Gdybyście tylko mnie słuchali... Gdybyście wiedzieli...
Postanowiłem więc wyjechać i zacząć wszystko od nowa. Założę nową Rodzinę. Zacznę wszystko od początku. Klęska, którą okazało się Wasze wychowanie, wiele mnie nauczyła, teraz wszystko potoczy się inaczej. Postanowiłem jednak, że pozwolę Wam żyć tak, jak chcecie. Nie będę nic zmieniał, sami musicie sobie teraz radzić. Może to nauczy Was odpowiedzialności za siebie i swój świat. Szanujcie to, co macie, gdyż w trudnych chwilach nie przybędę już na Wasze wołanie o pomoc. Zostaliście sami, lecz tak wybraliście.
Jednak nadal w Was wierzę... Byliście moimi ukochanymi Dziećmi i na zawsze nimi pozostaniecie. Bez względu na wszystko, kocham Was i mam szczerą nadzieję, że uda Wam się zrozumieć Prawdę... Tą Prawdę, której uczyłem Was przez wiele lat. Przypomnę Wam ją po raz ostatni... Może tym razem zrozumiecie..? "Kochaj bliźniego swego..."
Żegnajcie, moje Dzieci...

Wasz zawsze kochający Ojciec
 
 

Mavra
mavraas@poczta.onet.pl