=-=-= ARMY OF DEATH =-=-=


    Spotężniała noc. Okryta tajemnicą. Chłodna, bezlitosna, niewyrozumiała. Zadymiona ulica. Ot, prosta, dosyć krótka, staj kilkaset ledwie... ciemna, czuć zło, wiejący strach... Schowana pomiędzy większymi, Ojcami-Pramatkami, gnieździ się sama w swej nieobliczalności, braku jakiejkolwiek wartości. Opuszczona, zdaje się płakać, dawno nie odwiedzana, popadająca w samotność... Zaczęła nienawidzić - Ciebie, Mnie, Jego. Czuje odrazę wobec Nas, wskazuje złą drogę, nie darzy sympatią, tym bardziej nie kocha... Jest jak człowiek opuszczony w chwilach kryzysu, bez nadziei, perspektyw, tchnienia czynników gwarantujących żywot w barwach kolorowych, sobie tylko obranych. To nie jest zwykła ulica, ona żyje... dyszy chłodem, piekielnym powiewem.

    Zza zakrętu pośpiesznie wybiega jakaś postać, ledwo dostrzegalna, niezdefiniowana, obrała widocznie zły kierunek. Kieruje się ku ulicy, o której zapomniano... Powietrze robi się gęstsze, ciało drętwieje na widok niewidoczności, serce staje się ciężkie, oblegane, jakby napadane... zagrożone właściwie. Unoszący się smog przeszkadza w oddychaniu, ciemność oplata każdy skrawek otoczenia, zaślepia oczy czarnym błyskiem, nie pozwala, zataja przyszłe wydarzenia - coś, co się zaraz stanie... Tupot nóg potężnieje wraz z czasem, oszukującym, zabijającym w odpowiednim czasie, wedle chronologii... Szybkim krokiem osoba przemyka przez... nie wiem, nie widzę. Staje, bodajże ogląda na wszystkie strony jakby uważając, czy nikt nie czycha w pobliżu, nie przeszkadza, nie koliduje... Myśli wariują w tym całym wirze, nie słyszę własnego sumienia, nie mogę podjąć prawidłowej decyzji, coś mnie opanowało...

    Wielki huk przywrócił mnie do porządku. Zza tego samego zakrętu wybiega... chwilkę... niewyraźnie... nie widzę... 5 osób? Dostrzec stąd nie sposób. Powietrze znów zgęstniało, noc jeszcze blask ciemniejszy wydała... coś chce zatuszować, ukryć przede mną, przed Wami... Wrzaski, głośne przekleństwa, dźwięk ostrych metalowych narzędzi... Och... strzał z pistoletu! Straszne istoty, żądne, nieposkromione, uzbrojone. Zauważają postać na ulicy, czym prędzej się tam udając. Świat w jednej chwili został zatrzymany, a właściwie, spowolniony. Bullet Time? Wyraźniej moim oczom ukazuje się pięć osób, o twarzach gorących od nienawiści niczym Słońce palących, z wymalowanym na nich napisem "Śmierć", a serce czarne jak smoła, zmuszone do czynów niegodnych... Umarła rzeczywistość?! JA więc umarłem... Ale nie, po chwili wszystko wraca do normy. Dziwne słownictwo tajemniczych osób kilkadziesiąt metrów dalej jeszcze bardziej tworzy u mnie efekt napięcia i zdenerwowania, troski o własne życie - tak mi cenne i kochane, nie oddane za skarby wszelakie...! Chwila ta staje się wiecznością. Nie mogę odejść, zostanę zauważony, pochłonie mnie zapomniana ulica chcąca wyładować swoją depresje i żale...

    Poziom niewidzialności otoczenia osiągnął szczyt możliwości, już nie zobaczę dalszych wypadków. Słuch... wyostrzył się, słyszę wszystko wyraźniej... niczym Frodo ze swym Pierścieniem... niepodzielnie brzmią i trzeszczą metalowe przedmioty, tasak jakiś, wcale niemały, odgłos donośny, zagubiony jednak i schowany przez ciemność. W jednej chwili ryk cierpienia, bólu, złamanego serca... ogarnął moje uszy docierając do serca. Te zabolało mnie... "Giń", "Twój czas się kończy", "Słabi umierają"... straszne wyolbrzymione epitety kierując się ku memu sercu dostarczają mi tylko niemożności w danej chwili, jakbym ginął, oddech coraz cięższy osłabia... Kilka sekund później wiedziałem... Zginął człowiek - ten sam, na ciemnej ulicy, zapomnianej...

    Parszywy śmiech ładował w dalszym ciągu ból, wiwatujące okrzyki zwycięstwa tłumnie rozprzestrzeniały się w moim umyśle. Nie mogłem nic poradzić... zabili ludzie niegodni, niewartościowi, bezuczuciowi, o sercu z kamienia... skrzywdzili drugiego człowieka... nie mogłem pomóc, boję się sam o siebie. Żaden ze mnie bohater, chcę żyć, tyle pięknych chwil przede mną! Zrozumiałem zasadę panującą wokół mnie, na podwórku przed blokiem, za ulicą w ciemnych zakamarkach, w umysłach Krwiożerców... dla nich życie to nie prezent, a zabawka... można się nim bawić, niszczyć, rujnować, podporządkować sobie... zero wartości, znaczenia, poszanowania... byle zabić, żądać krwi, pieniędzy... zakłamanie wpadło szturmem odpychając myśli pozytywne... człowiek tamten, umarłszy, przekazał całe swe zło mi, ja muszę je nosić... dlaczego ja? Ja nie chcę... Zostałem więc przeznaczony... i na mnie kolej przyjdzie... But not yet, not yet...

    ... ucichły śmiechy, noc jaśniejsza się stała, utulona, kochana, złagodniała, znów piękna, oświecona gwiazdami... To była kara. Kara Ulicy, zapomnianej i poniżonej, nie odwiedzanej przez nikogo... postanowiła się zemścić... Zabiła, sprowadziła na nas wszelakie negatywne uczucia - uczucia uformowane w pięć postaci, odtąd niepodzielnie krążących po świecie, siejących bezprawie, zabierających, dokonujących zbrodni w pełnym rynsztunku przy radości ich czarnego serca... Nie mogę dłużej tutaj zostać, chcę iść dalej, do domu, ukryć... żyć bez cierpienia, bez myśli ludzi zabitych... Ulica wiedziała, jeszcze wie... O mnie? Przyjdzie i na mnie czas... na Ciebie też...

    Noc zataiła, powietrze zdmuchnęło, czas zapomniał, ulica zabiła... Nikt się nie dowie...

    Poznałem prawdę... życie niewiele jest warte, nieszanowane przez innych... Zbrodnia trafia w cel - w serce...

sly
slyther@o2.pl
amsport@o2.pl


"Śmierć jest wieczna, życie trwa krótko..."
"I do not want to die..."