=-=-= Hegemonia sióstr Williams =-=-=

Dwie czarnoskóre siostry przebojem wdarły się na świat tenisa ziemnego i od dłużeszego czasu wojują po całym świecie, a ludzie z pewnym znudzeniem i brakiem zaciekawienia obserwują ich ciągłe zwycięstwa i pozycję u szczytu chwały. Sielanka trwa już dobre kilka lat i nic raczej nie zanosi się na to, że nagle obie panny spadną z tronu. Ja, szczerze mówiąc, przestałem się interesować kobiecym tenisem, kiedy groźnej kontuzji doznała mistrzyni - Martina Hingis. Kiedy jeszcze ona zadziwiała publikę swoją techniką i jako jedna z niewielu mogła stawić opór dwówm wymienionym rywalkom, tenis w wersji damskiej był nawet ciekawy i interesujący. Ale niestety, kontuzje jak wiadomo są zmorą prawie każdego sportowca, że już o sobie nie wspomnę... ;) Przykro aż mi patrzeć na ten bezwartościowy, bo tak już można rzec - tenis kobiecy. Ani w nim teraz żadnej zagadki, właściwie niczego, co mogłoby jakoś wyrównać siły i dystans dzielący siostry Williams od reszty. Ja, jako kibic, jeśli miałbym wybierać się na mecz Venus czy Sereny, owszem - poszedłbym, ale co to za satysfakcja, kiedy jedna zawodniczka stanowi tło dla drugiej. Nie ma spektaklu, nie ma widowiska i co najważniejsze - brak emocji towarzyszy takiemu spotkaniu, a tego chyba oczekują najbardziej kibice. Jest wiele młodych zawodniczek, który co dopiero stawiają pierwsze kroki na międzynarodowych arenach, odnoszą już wprawdzie jakieś sukcesy, ale co z tego, jeśli światowa półka i miejsce w pierwszym rzędzie jest już zajęte. Albo jest się liderem i królem sportu, osobą wybitną w swoim zawodzie, albo nikim... Gdzieniegdzie siostrzyczki rozkapryszonej mamusi się nie pokażą, i tak wygrają turniej nie okupując temu nawet zbyt wielkim zmęczeniem. I tak człowiek, który jest wielkim pasjonatem tenisa ma już dość, kiedy oglądając wiadomości lub słuchając radia dowiaduje się o przykładowym meczu i wyniku tego:

Venus/Serena Williams : xxx xxx 6:1 6:0

I to nie jest niespodzianka, takowe rezultaty zdarzają się w wypadku obydwu zainteresowanych bardzo często. Trzeba przełamać tę hegemonię pań, gdyż nikt nie chce oglądać ciągłego wygrywania turnieji. Nawet ta złość i chęć, aby zwyciężył ktoś inny, na przekór losowi, aby nikt nie czuł się pewnie i każdy wynik jest możliwy. Czasem z pewnego zażenowania i bezsilności można powiedzieć: A niech tam, niech wreszcie ktoś pokona te tenisistki, a nie tylko one, i one, i jeszcze raz one... Tak tak, moi mili. Nie traci na tym również widz, ale tracą i sponsorzy, właściwie tracą wszyscy. Co się stało z Seles, Davenport i resztą?! Ja tego nie wiem, czyżby drążący od środka strach powoduje jakiś respekt przed przeciwniczkami, czy rzeczywiście te siostrzyczki są nie do pokonania? Raczej nie, ponieważ ostatnio jak mi wiadomo Clijsters pokonała Serene w finale jakiegoś wielkiego turnieju. Poniekąd to niespodzianka, ale jak zawsze krytycy i media doszukują przeczyn tej porażki, zagnieżdżając się w plotki, o których świat nie słyszał. Tania sensacja... Sport jest po to, żeby przysłowiowe kopciuszki sprawiały wielkie niespodzianki i stając w pojedynek z silniejszym teoretycznie rywalem wyszły z tego boju zwycięzko. Kocham nieoczekiwane rezultaty, ale mogą się one zdarzać wtedy, kiedy nie chodzę typować do zakładów buckmacherskich. :)) Ale ja wam mówię - niedług pieczęć zostanie złamana...

sly