Prawdziwy bohater
-Masz coś gruba świnio?- wymamrotał jakiś podrzędny zbir, ledwo trzymający się na nogach. Jego głos sprawił, że muzyka ucichła, a ludzie odsunęli się od niego tworząc okrąg. Został tylko on i jego ofiara. Sprawiło mu to ogromną, dziką satysfakcję. Naprzeciwko stał zapity w trupa szef gangu motocyklowego. Zbir wyciągnął nóż sprężynowy i powoli zaczął okrążać ofiarę. Nick Bromton siedział spokojnie sącząc piwo. Dobiegł go gwar walki. Nic go to nie obchodziło. Był już po dyżurze. Poza tym miał ciężki dzień i nie miał zamiaru dostać kolejny raz z noża. Mimo tego wstał, chwycił za broń i pokazując wszystkim dookoła odznakę wszedł w krąg walki. Gliną nie jest się tylko na dyżurze, pomyślał przez chwilę.
-Policja. Na ziemie.- powiedział lekko uniesionym głosem. Taniec walki jaki odprawiały dwie jednostki agresywne zamarł. Czekali niczym dwaj myśliwi wypatrujący zwierzynę. Nie zdawali sobie nawet sprawy z tego, że jest na odwrót. Dotarło to do nich dopiero kiedy Nick wyciągnął broń. Byli ofiarami.- Jeszcze raz. Leżeć. Liczę do trzech.- Grubas wypuścił rozbitą butelkę z dłoni po czym powoli zaczął kłaść swoje ogromne cielsko na podłogę. Policjant spojrzał znacząco na drugiego zbira. Wymierzył w kolano.- Trzy! - Kula wydostała się z komory, przeleciała przez lufę, po czym przebiła ubranie i trafiła w kolano kładąc przeciwnika na ziemię uwalniając przy tym niewyobrażalny krzyk. Tak krzyczy tylko człowiek, który nigdy nie dostał, pomyślał Nick. Należało mu się. Podszedł i założył obu kajdanki. Wyjął radio i poczekał, aż ktoś się zjawi. W międzyczasie zapalił papierosa. Najtańszy chłam jaki zdołał zdobyć. I tak wszyscy kiedyś umrzemy, przemknęło mu przez myśl kiedy zapalał drugiego. Mi wiele nie zostało. Wreszcie zjawili się jego koledzy. Wraz z karetką oczywiście. Zobaczył dwa ogromne, ciemnoniebieskie wozy przed barem. Teraz się zaczną kazania, zrozumiał Bromton. Komisarz jak zwykle nie doceni jego wysiłku i odeśle go do drogówki. Z pojazdu wysiadł przysadzisty mężczyzna o z reguły czarnych włosach, bowiem gdzieniegdzie były siwe. Ubrany był w policyjny płaszcz i czapkę. Podszedł nerwowym krokiem do Nicka.
-Czyś ty zwariował Bromton?!- Wrzasnął na początek. Nie miał już na niego siły. Wczoraj centrum handlowe. Absolutnie rozwalone. W zeszłym tygodniu ratusz. Też w kawałkach. No, a dzisiaj to. Dzisiaj przegiął. Teraz mam podstawy, żeby go posadzić w drogówce, pomyślał komisarz Niktern.- Jesteś przeniesiony!- Zauważył spokój na twarzy detektywa.- Doskonale wiesz gdzie! Będziesz kontrolował czas parkowania do emerytury, jeżeli jakaś ci zostanie po opłaceniu ratusza i centrum handlowego!- Nastała krótka chwila ciszy, w której obaj zapalili kolejnego papierosa.
-To nie moja wina, sir.- Odpowiedział wreszcie.- Ten człowiek mógł narobić szkody. Niech pan posłucha.- Podszedł bliżej. Mógł prawie dokładnie zobaczyć jego sfatygowaną czasem twarz i przekrwione oczy. Był naprawdę zmęczony. Nie dzisiejszym wieczorem, ani nawet ciężkim tygodniem, ale zdawać się mogło, że jest zmęczony całym swoim życiem. Fakt, że nie układa mu się najlepiej ostatnio, pomyślał Nick.- Nie chcę odchodzić z wydziału. Pracuję w nim od siedmiu lat. Pamięta pan jak mnie pan przyjął? Byłem wtedy jeszcze cholernym żółtodziobem.- Obaj lekko się uśmiechnęli i zamyślili jakby chcieli przywrócić tamte czasy.- Od tamtej pory dochodzeniówka została moim domem. Jeżeli mam odejść, zrobię to teraz. Złożę odznakę i więcej mnie pan nie sobaczy, ale przed tym chciałbym podziękować za służbę pod pana dowództwem.- Sięgnął po odznakę i broń.
-Czekaj Nick.- powiedział cichym, lekko ochrypniętym głosem Niktern.- Nie mogę pozbawić cię pracy. Jesteś najlepszy. Byłem zły. Wydział ma teraz poważne kłopoty. Wewnętrzni się o nas pytają. Coś węszą.- Wziął długi głęboki oddech.- Zajmij się tym. Jesteś przywrócony do służby.
-Tak jest, sir!- Wrzasnął nie kryjąc emocji Nick stając na baczność. Zrobiło się naprawdę późno. Musiał wracać do domu. Jutro czekał go ciężki dzień.
Szedł długo. Mroźne nocne powietrze wnikało w jego ciało, budząc umysł. Gdzieś daleko przemknął czarny kot. Niedościgniony łowca nocy. Rozpływający się w jej zapachu i smaku. Jakby znał ją od dawna i osobiście. Minęła go dziewczynka. Jej biała jak mleko cera przypomniała mu o jego dzieciach. Małej Jackie. Żywej i skocznej jak konik polny. Zawsze roześmianej. Jakby podpisała kontrakt z uśmiechem. W zamian za czas uśmiech nigdy nie znika z jej twarzy. Dzielnemu Tomowi, który zawsze bronił siostry, nawet kiedy nie miała racji. Kiedyś chciał być policjantem, tak jak on, ale teraz Bóg jeden wie, co mu wbito do głowy. Tak dawno ich nie widział, że czasem zdarzało mu się o nich zapomnieć. Zapominał często. Dlatego Sarah odeszła. Zostawiła go dla jakiegoś tam intelektualisty z dużej korporacji, który pewnie zapewni jej lepszą przyszłość. Nic się nie trzymało gliny. Taką miał już pracę. Doszedł do drzwi swojego domu. Zdawały się być małe. Zbyt małe żeby w nie wejść, a jednak udało mu się to bez trudu. Ostatni raz zaciągnął się kokainą nocy, jaką jest chłodne, mokre powietrze. Zamknął za sobą drzwi i zapalił światło. Oślepiło go swoją bezpośredniością. Miał wyjątkowo małe mieszkanie, nawet jak na samotną osobę. Miało tylko jeden pokój, a do tego wyjątkowo mały. Włączył telewizję i zasiadł przed komputerem. Po chwili rozjaśniony ekran dał mu znać o gotowości systemu. Zaczął wypełniać tysiące tabelek, aż adrenalina wytworzona przez aresztowanie w barze przestała działać. Poczuł przeszywający kark ból, co dało mu znać, że musi się położyć i to jak najszybciej. Zdjął płaszcz, rozebrał kamizelkę kuloodporną po czym rzucił się na łóżko i zapadł w kamienny sen. Miał o czym śnić.
Dźwięk jego spokojnego kroku rozniósł się po polanie. Szedł bez celu. Nie prawie biegł jak zwykł to robić, ale szedł zupełnie powoli i spokojnie. Wokół roztaczała się łąka. Pędziła w nieskończoność, ciągle się powiększając. Ktoś nadbiegał. Jackie, trafiło do niego w śnie. To ona nadbiegała. Usłyszał jakby grom uderzył w ziemię. Pierwszy wstrząs zbił go z nóg, a kolejny sprawił, że musiał pozostać na ziemi. Łąka wokół niego zaczęła zmieniać barwę. Po chwili był zanurzony w żałobie i rozpaczy. Pogrążony w mroku. Pomylił się. To nie była Jackie.
-No śpiochy! Pora wstawać! Jest ósma pięćdziesiąt w radiu...- Mocne uderzenie w budzik wyłączyło radio. Nick sturlał się z łóżka i uświadomił sobie, że jest spóźniony. Natychmiast wstał na równe nogi i zaczął wykonywać poranne czynności. Rzecz jasna o tak niepotrzebnej rzeczy jak golenie zapomniał. Słońce było tego dnia wyjątkowo łaskawe. Dawało ciepło, ale nie gwałciło oczu swoją obecnością, więc Nick mógł spokojnie się obrócić, kiedy już zamknął drzwi. Ulicą przechadzał się listonosz. Obaj skinęli głowami na znak, że się dostrzegli. Dzisiaj czeka mnie ciężki dzień, pomyślał Nick kiedy szedł przyspieszonym krokiem w kierunku komisariatu. Ulice były pełne. Wszędzie gnieździły się ludzkie poczwary. To kupowały, to gwarzyły o rzeczach tak okropnie przyziemnych, że czasami trudno było je pojąć. Jeszcze indziej zdawały się oglądać telewizję przez duże oszklone wystawy sklepów ze sprzętem, albo na wystawach w supermarketach. Zaczynał się kolejny żmudny dzień pracy.
Kiedy wszedł do komisariatu uderzył go inny, wzmocniony gwar. Wśród tysiąca odbieranych, lub nieodbieranych telefonów słychać było wiązanki przekleństw i kłótnie policjantów. Dopiero to go uspokoiło. Był w pracy. Przeszedł odważnym krokiem przez dużą halę, gdzie postawiono parę rządków biurek, po czym zatrzymał się przy swoim. Naprzeciwko siedział już jego partner - Bill Delex. Podobno najlepszy glina w tym mieście.
-Cześć Bill...- Wymamrotał cicho Nick.
-Cześć. Nawet się nie rozbieraj. Mamy wezwanie. Resztę w wozie.- wypluł szybko Delex w biegu do samochodu. Usiadł za kierownicą i poczekał, aż Nick też wsiądzie. Następnie ruszył bardzo gwałtownie do przodu i po chwili był już na autostradzie.- Jest ich dziesięciu. Wszyscy jak mniemam w supermarkecie. Terroryzują klientów. O dokładnym rozstawieniu nic nam niewiadomo, więc zadanie jest utrudnione.- Można już było dostrzec budynek, o którym była mowa. Był całkowicie okrążony. Wszędzie stały radiowozy i policjanci. Rutyna, pomyślał Nick.- Jeszcze jedno Nick. W budynku jest Jackie.- Przez chwilę stracił kontakt z rzeczywistością. To niemożliwe, powtarzał sobie w myślach. On chyba żartuje. Wreszcie do niego dotarło, że się myli. Że musi walczyć za wszelką cenę. Czuł jak wibruje w nim gniew. Dotyka każdej tętnicy i żyły. Przepływa przez całe jego ciało, aż znajduje ujście w umyśle, z którego już nie potrafi powrócić. Głośne przeładowanie strzelby wyrwało go z transu. Wysiadł i dołączył do Billa, który już konsultował sprawę z dowództwem.
-Chcę być w grupie uderzeniowej.- Wypluł Nick przerywając im debatę. Bill nie wypowiedział ani jednego słowa. Może nawet lepiej dla niego.
-Dobrze panie Bromton. Widziałem pana akta i muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem i miałem nadzieję, że się pan zjawi.- Odpowiedział wreszcie dowódca jednostki specjalnej policji.- Niech się pan przygotuje. Wchodzimy za piętnaście minut.- Wystarczyła tylko jedna sekunda, żeby Nick skoczył do ubierania kamizelki i ładowania broni. Bill dołączył do niego po chwili.
-Doskonale wiesz, że to sprawa osobista. Regulamin zabrania tego typu operacji.- Spojrzeli sobie w oczy. Nigdy nie przypuszczał, że jego najlepszy kumpel. Partner, któremu ufał czasami bardziej niż sobie mógł go zdradzić.- Ale kto zważa na regulamin. Idę z tobą. Nie chcę, żeby odstrzelili ci dupsko.- Wszystko było jasne. Teraz musiał się skoncentrować. Tu nie chodziło tylko o jego życie.
Pierwszy strzał przebił kamizelkę. Drugi trafił w serce. Rozpruł je bezlitośnie i szybko. Jego umysł odpłynął. Zostawił ciało i cały świat. Już go nie było. Komandos, który prowadził oddział upadł martwy. Nick zdołał tylko usłyszeć niemrawe wołanie o pomoc, a potem żeby wszyscy się kryli. Z całej siły uderzył w prawo. Wyturlał się i zaczął strzelać. Wszystko działo się tak wolno, choć bardzo szybko. Jego kule przedarły się przez powietrze po czym trafiły do upragnionego celu. Przebiły płuca terrorysty i wyszły drugą stroną. Wtedy dostrzegł śmierć. Krew sączyła się po podłodze. Jego oddział nie żył. Był sam w całym cholernym morzu terrorystów. Wciąż ogłuszony hukiem wystrzałów przeturlał się za regały z suchą żywnością. Dopiero kiedy tam dotarł zrozumiał, że przestał oddychać. Sekunda zdawała się być godziną. Musiał się skupić. Nie mógł pozwolić sobie, żeby właśnie teraz zwariować. Wytrzymał już tyle lat stresów i wyrzeczeń. "Nie teraz Nick" - Zaczął powtarzać w myślach setki razy, aż powiedział całkiem na głos. Przeładował MP5 i poszedł po swoją córkę.
Dostrzegł go z daleka. Podczołgał się do jego ciała korzystając z nieuwagi wrogów. Szybka jego hełmu była zaparowana. Może nawet lepiej. Nie widział jego sfatygowanej twarzy. Skurwiele, pomyślał Nick. Zabiję ich. Tego im nie daruję. Zabili mi przyjaciela. Po policzku potoczyła mu się łza. Przyjaciele to nie zwykli ludzie, których przecież mija się setki na ulicach, ale cząstki nas samych. Umierał razem z nim. Patrzył na kule lecące w jego brzuch, które zaraz po tym jak przebijały kamizelkę rozwalały mu bebechy. Widział to, a przecież nie on leżał teraz martwy na podłodze. Tak nie powinno być. Popełniono błąd. Ktoś w dowództwie pomylił się, albo chciał się pomylić. On musiał ten błąd naprawić. Zobaczył jednego z nich. Stał tam. Gapił się na leżącą na podłogę zakładniczkę. Pewnie układał sobie plan gwałtu. Policjant starannie wycelował. Nie... To byłoby zbyt humanitarne odebranie życia. Człowiek to takie zwierze, które nigdy nie dorosło do tego określenia, więc zabijanie owego jak zwierzę to zbytnie wywyższenie jego osoby. Niech patrzy jak zdycha. Niech widzi kulę, które mknie ku jego kolanom, a potem bebechom.
-Hej!- To wystarczyło. Bandyta odwrócił się i dostrzegł lecącą ku niemu ołowianą śmierć. Naboje najpierw przebiły jego kolana, a potem ogień przeniósł się ku klatce, rozpruwając ją i posyłając jej zawartość na stojącą za nim ścianę. Bezwładne ciało opadło na podłogę sklepu i zabrudziło ją skutecznie. Jeszcze tylko dziewięciu bydlaków.- Zawsze noś kamizelkę.- Policjant zdmuchnął dym wydostający się z lufy karabinu.- Zawsze...- Musiał szybciej się ruszać. Zaraz zaczną rozwalać zakładników, jeżeli już tego nie zrobili. W końcu rozgromili grupę uderzeniową. Jest ich jednak za mało, żeby obstawić cały budynek. Informacja mogła jeszcze nie dotrzeć. W końcu strzały dla idiotów, jakimi byli niektórzy opryszkowie to nie jednoznaczna informacja o złamaniu reguł przez nich wyznaczonych. Mimo, że skradał się za regałami i zapanowała absolutna cisza w jego głowie łomotało. Jeżeli teraz go wywalą z roboty to znaczy, że nigdy go nie lubili. Przypomniał mu się Wietnam. Jak całymi dniami skradali się w dżungli. Żółtki były jednak szybsze i sprawniejsze. Teraz on musi być żółty. Być sprawniejszy i szybszy od tych gnojków. Nie wiedzieli z kim zaczynają. W końcu to był Nick Bromton.
Musiał zebrać ich w jedno miejsce. Sprawić, żeby zapomnieli o bezpieczeństwie i zgrupowali się. Wtedy będzie mógł ich zneutralizować. Aresztowanie ostateczne, przemknęło mu przez myśl. To dobre określenie na zwykłe morderstwo jakiego z ogromną przyjemnością się dopuści. Powoli zaczął rysować się plan. Wreszcie im pokażę, przemknęło mu przez myśl. Dorwę ich wszystkich i wystrzelam jak bydło. Myśląc intensywnie Nick biegał od regału do regału i zbierał potrzebne komponenty. Uczyli go tego w oddziałach specjalnych. Gdyby tylko udało się zmieszać normalny proszek do pieczenia z tamtą flaszką wybuch byłby bardzo silny, co pozwoliłoby mu... Nagle dotarła do niego bardzo nieprzyjemna myśl. Dotąd nie widział zakładników. Oprócz kobiety, która z resztą dawno pewnie wybiegła. Źle. Bardzo źle. Przebiegł przez połowę supermarketu i przeskoczył parę regałów, po czym padł na ziemię i zaczął po ciuchu pełzać penetrując teren. Dostrzegł grupkę zmarzniętych i wyczerpanych ludzi. Naliczył czterdzieści głów. Reszta pewnie uciekła. Trzeba przyznać, że był świadkiem wyjątkowo nieudolnych terrorystów, albo bardzo dobrze wyszkolonych złodziejaszków. Obok grupki stało ośmiu uzbrojonych mężczyzn. Kałachy, granaty. To nie byli zwykli bandyci. Mieli cel i zapewne mieli nadzieję na jego nieuchronną realizację. Jak wszyscy. To wystarczyło. Policjant wrócił na wcześniejszą pozycję i założył wyprodukowany ładunek. Oddalił się na bezpieczną odległość i odpalił go. Wybuch rozsadził pobliskie regały i wyniósł policjanta w kupkę porozrzucanych towarów. Cel jednak został uzyskany. Wybuchł pożar. Już słyszał ich krzyki. Przyciągnął do piersi karabin. Biegli tu. W jednych chwili wychylił się zza regału i skosił serią pierwszych czterech. Krew znalazła swe ujście w ranach i wydostała się z wielkim impetem z ich ciał brudząc przy tym ich towarzyszy. Następne kule dosięgły także ich. Wlatywały prosto w ich czaszki i niszczyły mózg tym samym odbierając duszy ciało. Włączyły się spryskiwacze. Zimna woda orzeźwiła ledwo żywego z wycieńczenia policjanta. Było już po robocie. Zabił swoich wrogów i uratował zakładników. Kątem oka kogoś dostrzegł. Zaraz po tym poczuł kłucie w boku. Ktoś strzelił mu w plecy. Stał tam. Ubrany w garnitur wysoki, nie rzucający się w oczy mężczyzna trzymał jego córkę i broń oczywiście.
-Miałem nadzieję, że cię spotkam.- Mówił powoli i głośno. Tak, żeby jego głos przedostawał się przez szum wydawany przez spadającą wodę.- Wielki glina. Teraz mój.- Wydał z siebie niepohamowany głośny śmiech.
-Ja też miałem taką nadzieję.- Odpowiedział funkcjonariusz policji bardzo cicho.- Widzisz...- Splunął krwią przepełniającą jego usta.- Każdy dobry pokerzysta ma w rękawie jeszcze ostatniego asa.- Pochwycił czarne pudełeczko.- Kiedy nacisnę na czerwony guzik wylecisz w powietrze. Jak ci z tym?
-Blefujesz. Mam zakładnika do ciężkiej cholery.- Słychać było zdenerwowanie i niepewność w jego głosie.- Nie zrobisz tego.- W momencie kiedy to wypowiadał dziewczynka wymknęła mu się z dłoni i pobiegła przed siebie. Uniósł broń. Wtedy policjant nacisnął na czerwony guzik. Ładunek zamontowany pod terrorystą wypalił i rozniósł jego ciało na kawałki. Osiem plus jeden to dziewięć, a nie dziesięć. Każdy głupi to wie. Teraz wykonał pracę. Usłyszał wchodzącą do budynku policję. Siły go opuściły. Ostatnie co widział to oblicze jego córki, nad którym stali już lekarze.
-Ja nigdy nie blefuję.- Powiedział bardzo cicho. Potem zabrali go do szpitala.
Jan Kowalski popatrzył chwilę na napisy końcowe. Spędził przez telewizorem ostatnie dwie godziny. To i tak za dużo. Poza tym film nie był najlepszy. Kto to widział wysadzać ostatniego bossa, pomyślał przez chwilę. A motyw z córką. Tandeta. Miał fart. Był świadomy kiczu, który mu próbowano wcisnąć. Emocji, które chciano mu wepchnąć. Nacisnął czerwony guzik na swoim pilocie i sięgnął po leżącą obok jego łóżka książkę. Nie mógł już oglądać tych głupot...
TrOOl