Opowiadanie - po prostu :-)

Wiatr targał poszarpanym płaszczem. Piach dostawał się wszędzie. Oczy, uszy, wszystko było w tym pieprzonym piachu. Cholera, gdzie ten Mutant uciekł? Nic to, osada, do której uciekał jest od trzech lat wyludniona. Łatwo dorwę ptaszynę. Mężczyzna patrzył ze szczerym zadowoleniem, pewny siebie w stronę zapuszczonych zabudowań w dolinie. Pies, szczerząc gigantyczne kły, bezbłędnie wskazywał kierunek. Mężczyzna wyjął potężną strzelbę z kabury trójkołowego motocykla. Obejrzał broń, czule głaszcząc lufę i kolbę z licznymi nacięciami, dwa z nich były świeże, jeszcze lśniące...

Co robić? - myśli kotłowały się w dużej, nieludzko dużej głowie. Kiedy wreszcie udało nam się uciec z obozu, postanowiliśmy razem udać się do Utopii... Nikt z nas nie zdawał sobie sprawy, że będą do nas strzelać, strzelać może tak, ale nie tak żeby zabić...
Pierwszy padł Jay, dostał w plecy, widzieliśmy jak pies Łowcy masakruje ciało ofiary. Drugi był Henry, nie zdążył wbiec na wzgórza okalające zbawienną dolinę. Ranny w nogę pociskiem rozszarpującym próbował wdrapać się rękami na szczyt. Druga kula trafiła go w bark wyrywając rękę, ciszę, która wtedy zapadła zmącił odgłos podobny tego, który wydaje upuszczony na podłogę soczysty arbuz. Kątem oka zauważyłem fontannę krwi w miejscu, w którym powinna znajdować się głowa. Trzy pozostałe ramiona Henry'ego spazmatycznie darły ziemię. To było straszne. Dobiegając do zabudowań czułem, że udało mi się uciec. Kiedy jednak znalazłem się pośrodku tego miasteczka, wszechobecna, zakłócana tylko przez wycie coraz to silniejszego wiatru cisza, martwa cisza, odebrała mi wszelką nadzieję na dotarcie do upragnionego celu. Nie poddam się jednak, nie poddam! Będę walczył do końca! Siedzący dotąd w kącie Mutant wyprostował się, zagrały mięśnie wyćwiczone przez tyle lat niewolniczej pracy w kopalni. Za braci i siostry- pomyślał, a jego oliwkowo- żółte ciało było pełne dumy. Wyglądał groźnie, muskularne nogi z trójpalczastymi stopami zakończonymi pazurami. Świeże ślady po kajdanach były bardzo widoczne. Potężnie zbudowana klatka piersiowa, dwie pary silnych ramion mogących rozszarpać buka, nie mówiąc już o człowieku. Duża głowa z inteligentnym wyrazem twarzy, zaciśnięte usta i oczy, kocie oczy błyszczące w promieniach zachodzącego słońca przebijających się przez dziurawy dach. Był gotów, nie odda się na rzeź. Będzie walczył...

Łowca czule pogłaskał swojego psa. No, Raptor, bierz go! - psu nie trzeba było dwa razy powtarzać, już zbiegał ze wzgórza. Łowca zgasił papierosa obcasem swojego wysokiego buta i podszedł do trójkołowca. Chwycił radio. Włączył, zgłosił się centrali. Chwilę czekał, kiedy spośród szumów odpowiedział głos jakiegoś faceta świadczący o jego głębokim przepiciu.
- To ty Sam ? Dobrze, że się zgłosiłeś.
K... a, kto znowu posadził w centrali tego zasiniaczonego Blackwooda? - pomyślał i po chwili odpowiedział:
- Cześć Willy, kopę lat! Co u żony i dzieci?
- Dobrze, gdzie jesteś ? Mamy tu k... a niezłe urwanie głowy. Następna grupa tych zielonych sk..... li uciekła. Podaj swoje współrzędne to cię tam przydzielę- głos Willy'ego wydawał się znużony.
- Jestem przy miasteczku #37,sektor 312GAMMA, jest jeszcze jedna przesyłka do zaliczenia. Duża jest ta nowa grupa? - Łowca poprawił kapelusz i odpalił następnego papierosa, wiatr coraz bardziej dawał się we znaki.
- Nie, ale radziłbym ci, żebyś stamtąd sp..... lał, włączył się alarm burzowy na twój sektor. Daj sobie spokój zaraz tam będzie piekło! Jak nie ty,to rozwali go pogoda!
- To, to ja wiem od godziny. Bez odbioru.
Szlag by trafił zielonych, w taką pogodę im się zachciało uciekać... Cos Raptor nie wraca, pójdę zobaczyć co się z nim stało. Tak myśląc Sam założył pas z amunicją, przeładował swoje ulubione Magnum 9'', sprawdził czy z kabury na plecach luźno wychodzi 17- centymetrowy tytanowy nóż, a chwyciwszy Winchestera w prawą i wyjęte z sakwy piwo w lewą rękę ruszył do osady.

AHC1157- Luis, bo taką miał nazwę w kopalni,szukał jakiejś broni,noża, pałki, wszystkiego, o broni palnej nawet nie marzył. Każde pomieszczenie, w którym był, zostało totalnie ograbione. Wiedząc, że nie ma czasu coraz bardziej gorączkowo przetrząsał różne kupy śmieci, które kiedyś służyły wygodzie mieszkańców. W pewnym momencie poczuł, że nie jest sam...
Powoli odwrócił wzrok w stronę dziury w ścianie, która kiedyś zapewne była drzwiami. Jego oczom ukazał się kontur ogromnego psa. Szybko przystosował wzrok do nowych warunków. Przyjrzał się przeciwnikowi, ten ogromny bojowy pies miał wyraźne ślady ingerencji genetycznych. Co za drwina losy,mutant przeciwko mutantowi. Raptor zjeżył sierść, delikatnie ugiął łapy, blizny na stalowych mięśniach świadczyły o wielu stoczonych pojedynkach. Śmiertelny uśmiech bestii ujawnił jego potężną broń. Ociekające śliną kły mogące z łatwością pogruchotać kości człowieka. Głuchy warkot zmącił ciszę, pies zaczął powoli zbliżać się do osaczonego Luisa. W jego głowie wzmagał się szał. Eksperymenty genetyczne, które przyczyniły się do stworzenia jego rasy, nieświadomie naruszył równowagę hormonalną organizmu. W kopalni każdy Mutant otrzymywał anadrenalinę, tu jej brakowało, dzika rządza mordu wzięła górę. Zaatakował, lecz o ułamek sekundy za późno, ogromna bestia z niewyobrażalnym impetem spadła na Luisa. Nie wytrzymały nogi. Upadł pod ścianę walcząc o życie. Czuł gorące wyrwy zionące z jego ciała. Pies wyrywał mięśnie, gruchotał kości, stawy, zrywał żyły. Lewa dolna ręka zwisała bezwładnie upstrzona purpurą. Mutant resztkami świadomości mimo bezgranicznego bólu chwycił masywną szczękę przeciwnika w chwili, w której ta miała się zamknąć na gardle ściganego. Nastąpiła chwila sprawdzenia siły, fizycznej jak i psychicznej. Nie dać się pokonać, przeżyć, zabić. To jedyne myśli walczących potworów. W pewnej chwili szala zwycięstwa zaczęła przechylać się na stronę Luisa. Ostatkami sił zaczął on odchylać łeb psa do tyłu. Głośne oddechy walczących były słyszalne mimo szalejącego wiatru. Walkę przerwał trzask łamanego karku. Rozbryzg krwi chlupnął na Mutanta. Spokój, ciepłe truchło leżało na miarowo unoszącej się klatce piersiowej zwycięzcy. W chwili kiedy pękał kark psa, ten zdążył wydobyć z siebie ostatni skowyt cierpienia. Teraz leżał z martwym wyrażającym zdziwienie wzrokiem utkwionym w przeciwnika.

Łowca był w połowie wzniesienia,kiedy usłyszał mrożący krew w żyłach skowyt. Wypadła mu butelka rozlewając na piasek całą swoją zawartość. Jeszcze do niego nie docierało, że to jego pies. Nagle mocniej chwycił karabin, przeładował. Powoli badając otoczenie począł zbliżać się do budynku, do którego biegły ślady jego towarzysza. Zlustrował wejście. Nic szczególnego, rozpadający się budynek bez okien. Otwór w ścianie częściowo zasypany drewnem, które zapewne było kiedyś drzwiami. Wchodząc do środka, czuł, że coś się stanie,że stanie się coś złego. Pod stopami chrupało potłuczone szkło. Pod ścianą zauważył leżącego Raptora. Podszedł pies miał prawie urwany łeb. Duża kałuża krwi wskazywała, że nie była to tylko jego krew. "Dobry pies nie dałeś się aż do końca" - pomyślał, poczym zauważył krwawe ślady biegnące do sąsiedniego pomieszczenia. Poprawił snajperskie okulary i ruszył. Czuł się panem, egzekutorem praw, które jego zdaniem było jedyną wartością. Zbieg boleśnie godził w jego świat, gdzie każdy miał swoją szufladkę, które gdy opuści to zginie. Ponadto zginął jego jedyny przyjaciel - Raptor. "Musi być pomszczony"- pomyślał - "Jestem mu to winien. Rozniosę tą zieloną kreaturę". Wszedł do następnego pomieszczenia. Był to długi hall, rząd powybijanych okien wpuszczał słabe światło. Środkiem ciągnął się krwawy trop uciekiniera. Wzrok Łowcy zatrzymał się na znajdującej się przy końcu hallu postaci. Niewątpliwie buł to ścigany Mutant, jedno ramię zwisało bezwładnie. Łowca podniósł strzelbę na wysokość wzroku, przymierzył. Huk, bark Sama odskoczył, Mutant zatoczył się, pocisk z ogromną siłą trafił w bok zrywając grubą skórę z żeber. Zielony ostatkiem sił skoczył w stronę okna. Drugi grzmot rozległ się w sektorze 312GAMMA. Uskakujący Mutant został trafiony w udo, pocisk przechodząc przez kość i wyrywając potężny kawał mięsa z nogi sprawiał, że stała się ona praktycznie bezużyteczna. "To za pieska sk..... lu" powiedział Sam. Sięgnął do kieszeni wyciągnął papierosa odpalił i ruszył w kierunku śmiertelnie rannej ofiary. Normalnie zawróciłby i odjechał, zielony nie miał szans na przeżycie, lecz w tym przypadku kierowało nim źle pojęte poczucie honoru. Rządza zemsty zawładnęła nim całkowicie...

AHC1157 wiedział, że umiera. Ostatnie dwie rany bez opieki medycznej gwarantowały śmierć. Nie mógł już uciekać, nie mógł już walczyć. Każdy oddech sprawiał mu ogromny ból. Z rany z boku uciekało morze krwi. Chciał walczyć, ale wiedział,że nie ma żadnych szans. Postanowił więc, że ukryje się na pewien czas, tylko dopóki Łowca nie zrezygnuje... Zdołał doczołgać się do piwnicznego okienka znajdującego się po drugiej stronie ulicy. Przecisnąwszy się znalazł się w czystym pomieszczeniu. Zauważył spiralne schody w rogu. Schował się w kącie za nimi. Zaczął opanowywać go paniczny lęk przed śmiercią. Myślał o towarzyszach, którzy pozostali w kopalni. Zaczęło mu się kręcić w głowie, mroczki tańczyły mu przed oczyma. Zemdlał. Nie poczuł jak czyjeś silne ręce podnoszą go do góry...

Łowca z wyrazem twarzy dziecka, które właśnie wyrywa skrzydełka małej muszce, wszedł do budynku. Spiralne schody prowadziły na dół. Zaczął schodzić. Jego podbite blachą buty zaczęły stukać metalicznie na stopniach. Uwagę Łowcy przykuł taki- sobie porządek panujący w niższym pomieszczeniu. Rozejrzał się. Okienko piwniczne, w którym zniknął Mutant było całe zakrwawione. "Ha, ha dobrze sk..... l oberwał"- powiedział sobie w duchu z nieukrywanym zadowoleniem. Wreszcie go zauważył. Leżał w kącie za schodami przykryty jakąś szmatą. Podszedł bliżej. Nie mógł widzieć twarzy ofiary - była zakryta materiałem. Odłożył strzelbę. Sadystyczna chęć wykazania wyższości gatunku nakazała mu sięgnąć po nóż. Długie ostrze zalśniło w ostatnich promieniach dnia przedostających się przez okienko. Białka oczu łowcy wyglądały demonicznie, kiedy ten delektował się chłodem tytanu i myślał o tym jak dobije bezbronną, ranną ofiarę. Nachylał się, żeby odkryć płótno skrywające zbiega, kiedy nagle materiał upadł, a jego oczom ukazał się ponad dwumetrowy Mutant. Jego oczy lśniły nienawiścią, a długie nieobcinane pazury podobne do szabel sprawiały wrażenie nie mogących się doczekać czerwonego, ciepłego płynu. Soku życia. Krwi...
Łowcy wypadł z otwartych z przerażenia ust papieros. Opadły ręce. Nie wydał z siebie dźwięku, kiedy dwie pary uzbrojonych w pazury łap wbiło się w jego korpus. Pobladł z jego ust zaczęła płynąć krew. Czuł jak rozlewa się po nim ciepło. Spojrzał w dół, na ziemi u jego stóp leżały jego wnętrzności wyrwane drugą serią ciosów. Upadł. Charcząc w agonii czuł jak zdejmują mu pas z bronią. Jego ciałem targnęły konwulsje, chciał je powstrzymać, lecz przyszło wreszcie błogie wytchnienie dla ciała i ciemność, ostateczna ciemność... Nad ciałem leżącym w powiększającej się kałuży krwi stał olbrzymi Mutant, wycierał pazury w jakiś kawałek szmaty. U dwóch dłoni pazury były mniejsze i tymi dłońmi wyjął coś błyszczącego z kieszeni na piersi. "Następny do kolekcji"- powiedział i nabił srebrny ćwiek na pas, pas, który nie mógł już ich pomieścić - taka była ich liczba...

Kiedy Luis się ocknął znajdował się w jakimś oświetlonym kryptonowymi lampami pomieszczeniu. Spojrzał na rany, były opatrzone. Teraz dopiero zauważył dwoje Mutantów przy jego łóżku. Pierwszy emanował godnością i wiedzą nieprzeciętną dla gatunku. Był stary, może nawet pochodził z pierwszej generacji. Druga Osoba to Mutantka o pięknej skórze. Samicę widział tylko raz, kiedy to właściciele kopalni postanowili zwiększyć liczbę niewolników. Była piękna. Gdy tylko spojrzeli sobie w oczy, dziewczyna spuściła wzrok oblewając się rumieńcem. Starzec przerwał krępującą ciszę mówiąc:
- Jestem Galarind, a to Vaaria, witaj w Utopii synu...

KONIEC (c. d. n. ?)

Sirin