Dzień drogi stąd
Gdy wracała ze szkoły, jak zwykle zamyślona, zobaczyła jego.
Nie wiedziała oczywiście wtedy, że to właśnie on. Stał
oparty o murek i palił papierosa. Poszła dalej. Prawie o nim
nie myślała. Drugi raz zobaczyła go na przerwie. Siedział na
ławce pod jej szkołą. Patrzył w niebo. Wyglądał przeciętnie.
Nie tak wyobrażała sobie jego. Ale nic nie mogła na to poradzić.
Trzeci raz dostrzegła go w kinie. Siedział dwa rzędy za nią,
kilka miejsc po lewej. Patrzył w ekran. Miał ciemne włosy i
bladą, szczupłą twarz. Ciemną bluzę i zwykłą zielonkawą
kurtkę. I plecak. Ale tego już dokładnie nie widziała. I
znowu się spotkali. To było wczoraj.
Leżała na podłodze w swoim pokoju i zastanawiała się nad nim...
Wczoraj... Wczoraj był sylwester. Poszła tam. I nagle stanęli
twarzą w twarz. Miał niebiesko szare oczy. W sumie przeciętną
twarz... dość szczupłą sylwetkę. Zwykłe czarne włosy.
Sprane spodnie i czarny sweter. I patrzył na nią. Na odgrywanie
tej sceny w myśli spędziła setki minut. Na odgrywanie
spotkania z nim. Wtedy nie wiedziała, że będzie miał sprane
spodnie... i inne pozornie nic nie znaczące szczegóły. Była
ciekawa? Co właściwie czuła? Nic. I to też się nie zgadzało.
Powinna coś czuć... Jakieś przyspieszone tętno, natłok myśli,
radość, cokolwiek... Ale nie czuła. Rejestrowała tylko
zaskakująco nic nie znaczące szczegóły. W tle grała muzyka,
chyba jakaś smutna piosenka. Na podłodze leżały śmieci, jego
buty były zaśnieżone, nogawki też. Na przegubach rąk miał
rzemienie, paznokcie równo obcięte. Oderwany guzik na prawym
mankiecie. I te oczy, które patrzyły na nią...
Nie wiedziała wcześniej, że to będzie on. Ale nie mogło być
inaczej. A jeśli...
Nie uśmiechnął się. Czy wiedział? Czy on już wtedy wiedział?
Na jej twarzy błąkał się uśmiech. Zastanawiała się, jak
brzmi jego głos. On wyjął paczkę fajek i zapalił jednego
papierosa. Ona nie paliła. Rozum nad instynkt? Wyszli z
mieszkania wspólnej znajomej. Ten sylwester miał być inny... i
taki był. Poszli, nie spiesząc się, w ich ulubione miejsce.
Usiedli tam. Wtedy poczuła, że jest zimno. On zapalił następnego.
Nie czuła się źle, nie czuła się dobrze.
On nie był taki, jaki miał być. Ale był. Wiedziała, że będzie.
Nigdy nie miała wątpliwości. Nie chciała zostawać w tamtym
świecie... Nie poznała go jeszcze. Jednocześnie czuła, że to
nie ma dla niej znaczenia. To było coś lepszego... Lepszego,
nieuchwytnego, to, co czuła.
Otworzyła oczy. Leżała na podłodze. W swoim pokoju. To było
wczoraj. Sylwester... Nowy rok, jeszcze lepszy... Zupełnie nowy,
zupełnie dobry. Wesoły?
Kiedy północ? Zostały jeszcze dwie godziny. Siedzieli razem.
Wyjął z plecaka szampana. Pili na przemian. Była spragniona.
Siedzieli. Podziwiali panoramę miasta. Choć... to nie do końca
prawda. Było... To było...
Wczoraj. Sufit był bardzo ciekawy. Leżała na podłodze. Na
suficie widniały wymalowane symbole i postacie. Piękne i takie
niezwykłe. On. Ale jak on...?
Widząc, a raczej czując, że jest jej zimno, oddał jej swoje rękawiczki.
Podarte. O dwunastej wstali i patrzyli. Całą panoramę miasta
rozświetliły fajerwerki. Tyle pieniędzy... W niebo. Tylko po
to, by sprawić przelotną przyjemność.
Co było potem?
Muzyka. Resztę nocy spędziła u niego. Przy muzyce. Jak na
filmach? Nie zupełnie. Nie... Bo to była ona, wreszcie ona. I
on. On, nikt inny. Tak długo na niego czekała. Wiedziała, że
to będzie koniec, a nie początek. Ale była z nim.
A teraz leżała u siebie w pokoju. To uczucie. Żeby to chodziło
tylko o pustkę. Postanowiła wstać i wyruszyć. Już teraz.
Natychmiast. Cicho wyszła z domu. Ruszyła przed siebie. Jaki
sylwester taki cały rok? Cóż za ironia.
Idealny. Nie ma czegoś takiego. Tak uczy doświadczenie. Ale
wyobraźnia wciąż odkrywa nowe, nieznane nikomu przestrzenie.
Rozwiązuje nierozwiązywalne zagadki ówczesnej rzeczywistości.
Ulica. Dlaczego ulica? Bo ktoś tak wymyślił? Pozorność. Doszła
w końcu na dworzec kolejowy. Zwykły, brudny, ponury, przywodzący
na myśl scenerie z marnych horrorów. Czego się właściwie bała?
Własnych myśli, lęków, czyli samej siebie. Zdając się wyłącznie
na jakieś ukryte w niej siły, wsiadła do pociągu. To uczucie,
gdy pociąg rusza. Ma się wrażenie, że to nie ty się
przemieszczasz. To cały świat odjechał gdzieś... Z dala od
ciebie. Ty zawsze stoisz w miejscu. To sprawy przybierają taki
obrót. Ziemia się obraca, inni się przemieszczają. Ty stoisz.
Samotnie. Czasem z boku, czasem w samym środku. Nieważne, co
robisz. Nikt nie reaguje, nie chce ci przyjść z pomocą.
Nie chcąc lub nie mogąc tego zrobić odrzucamy to. Ale tego nie
da się odrzucić. To tkwi w nas dalej. By kiedyś wybuchnąć.
To śmieszne uczucie, że teraz już nic nie ma znaczenia.
Minimum doznań zewnętrznych. Pogrążanie się, zagłębianie w
sobie.
Zdolna zabijać.
Zdolna kochać?
Niezdolna do rozsądku.
Niezdolna do życia?
W pociągu wybrała pierwszy lepszy przedział. Sama to sobie wmówiła.
Był pusty. Siadła i zapadła się w sobie. To uczucie, gdy możesz
wszystko...
Niech wszystko oprócz mnie zatrzyma się! Koniec śmierci!
Koniec złu! Stop!!!!!!!
Czemu coś, w co nie wierzyła tak ją prześladowało? Przeszłość
czy przyszłość?
Przepełniało ją falami. Była tego pełna, to chciało się z
mniej wydostać. Dawało jej straszną siłę, moc, która mogłaby
ją (czuła to) popchnąć do bardzo niestandardowego zachowania.
Siedząc w przedziale postanowiła coś zmienić. Położyła się
na podłodze. Śmieszy to was? Widząc, słysząc, czując świat
z zupełnie innej perspektywy zrozumiała wszystko, co chciała
kiedykolwiek wiedzieć. Wszystko. A kiedy ktoś z was coś
takiego czuł?
Czy można tak się zamyślić, by wszystko straciło znaczenie?
Czy rozmyślając o rzeczach "wielkich" nie jest łatwo
dostrzec śmiesznie oczywiste szczegóły? Jak to się miało do
niej?
Leżąc na podłodze pustego przedziału, w pociągu, który
jechał gdzieś daleko, nie myślała o niczym. Coś jakby wcisnęła
w głowie jakiś przełącznik i wszystko ucichło. A może to
przeładowanie? I nagle pojawiło się poczucie winy. Straszne.
Wyrzuty sumienia, że mogła kogoś tak rozczarować, nie próbując
nawet nic zrobić. Czy mogła wybrać między jedną przykrością
a drugą? To było ponad jej siły. Nie chciała tego, ale ta świadomość
absolutnie nic nie dawała. A potem nadeszło przebaczenie. Ale
to nie miało już znaczenia.
Obudziły ją promienie światła. Pociąg właśnie dojeżdżał
na miejsce. Gdzie? Tam gdzie zawsze chciała się dostać.
Zawsze, czyli od kiedy go zobaczyła. On...
Pociąg stanął. Otworzyła drzwi i stanęła na metalowych
schodkach. Rozejrzała się.
- Witam. Weź głęboki oddech wolności - odezwał się do niej
właśnie on. Stał naprzeciw niej i uśmiechał się.
- Tu właśnie trafiają wszyscy tacy jak ty, spragnieni wolności
marzyciele. Nie ma stąd ucieczki. Szkoda tylko, że ja nie
istnieję... - uśmiechnął się na pożegnanie.
KataszA
asztaka@gazeta.pl
<<< poprzednie::::
^^ do góry ^^ ::::
następne >>>
|