Arhorn rozdział 2
"A jak wygląda prawda nikt nawet się nie domyśla!"
- pomyślał mile połechtany Arhorn. A sprawa wyglądała następująco:
przez wiele lat Arhorn i Ulfen byli znani jako wrogowie. Jeden
drugiego strasznie nienawidził. A mieli, za co żywić do siebie
takie, dość negatywne uczucia. Jeden szkodził drugiemu w
interesach i odwrotnie. I tak pewnie szkodziliby sobie wzajemnie
gdyby nie pewien pomysł... A pomysł ten był wręcz genialny!
Ale po kolei...
***
Ulfen po raz kolejny zdenerwował Whiteguya. Szczegóły tej
sytuacji nie są ważne, ważny jest sam fakt, że Arhorn wściekł
się na swego wroga. Tak to zresztą często bywa z wrogami.
Jednak tym razem zamiast uknuć jakąś przebiegłą zemstę wpadł
na inny pomysł.
W mieście było wiele innych osób, które nie lubiły Arhorna.
Jednak to Ulfen nienawidził go najbardziej. I to on był
najbardziej wpływowy.
"Mam już dość! Dosyć mam tej nieustającej wojny, czas z
tym skończyć!" - pomyślał rozgorączkowany. Jak zawsze
jednak odezwał się w nim zdrowy rozsądek. Oczywiście ten
zdrowy rozsądek zawsze był rozsądny, gdy chodziło o coś, co
mogłoby pomóc w interesach. "Ale czy nie łatwiej byłoby
gdyby wszyscy myśleli, że jesteśmy wrogami, natomiast my działalibyśmy
w tajnej koalicji? Tak, to na pewno byłoby korzystne. Ha, i to
jeszcze jak!" - przed Arhornem roztoczyły się wizje tego,
czego mógłby potem osiągnąć dzięki takiemu układowi.
"Tylko jak to teraz zrealizować?"
***
Arhorn spotkał się ze swym jak dotąd największym i
najbardziej zawziętym wrogiem. I jeden, i drugi przybyli z
nieliczną, ale świetnie wyszkoloną eskortą. W jakiś sposób
udało im się dogadać. Dwoje wrogów, którzy do tej chwili nie
zamienili ze sobą nawet jednego słowa, znaleźli wspólny język.
Pieniędzy. I dla jednego, i dla drugiego to one były najważniejsze.
Tak więc w jakiś dziwny sposób zawiązał się pomiędzy nimi
sojusz, o którego nikt oprócz nich nie wiedział. Z wyjątkiem
zaufanej eskorty, jednak ci ludzie byli pewni. Nie było możliwości,
że mogliby zdradzić.
Tak w skrócie wygląda ta historia...
***
Po chwili odpoczynku Arhorn doszedł do wniosku, że powinien
zacząć działać. To znaczy chodzi o to, że on po prostu nie
lubił bezczynności. Tym bardziej gdy było coś do zrobienia,
jak w tym wypadku. Należało się ubrać, bo to trochę, można
powiedzieć, krępujące, siedzieć w mieszkaniu innego mężczyzny
w samej tylko bieliźnie. Arhorn wstał z fotela, na którym
przed chwilą wspominał jak doszło do jego umowy z Ulfenem i
rozpoczął poszukiwania jakieś odpowiedniej dla niego odzieży.
Nie było z tym problemu, jego wspólnik był przygotowany na różne
sytuacje. Jak widać zadbał również o to by w jego domu znalazły
się ubrania skrojone na miarę Arhorna.
Po ubraniu się nadszedł czas by coś zjeść. Uważając by żaden
ze strażników go nie zauważył poszedł do spiżarni. "Zamknięta!"
zdenerwował się, "Jak mógł nie pomyśleć o tym, że ja
będę głodny?! Mogłem coś zjeść na weselu. Ale z drugiej
strony miałem tam ciekawsze rzeczy do roboty..." Raz
jeszcze spróbował otworzyć drzwi spiżarni. Nic to nie dało.
Arhorn poszedł do salonu, tam za szafką z książkami znajdowała
się wejście do jego tajnego pokoju. Rozglądając się czy nie
ma w pobliżu nikogo, kto mógłby go zobaczyć podszedł do
szafki. Już-już chciał otworzyć wejście do swego pokoju, gdy
usłyszał za sobą jakiś szelest. Znieruchomiał. Wyczuł, że
ktoś za nim stoi. Zacisnął rękę na będącej w pobliżu książce.
Po czym momentalnie odwrócił się rzucając książką w
skradającego się za nim człowieka. Napastnik dostał okładką
prosto w oko. Zapewne zabolało go, co dało się poznać po
krzyku jaki towarzyszył zetknięciu się twarzy z opasłym
tomiskiem "Istota bólu". Tu jednak nie skończyły się
kłopoty. Napastnik nie był jeden. Za tym, którego skrzywdziła
literatura, stało dwóch innych. Oni już na nic nie czekali,
rzucili się ku Arhornowi. Ten szybko rzucił jeszcze jedną książką
i rozpoczął uciekać. Jednak w drzwiach stanął kolejny człowiek,
o zamiarach podobnych do dwóch pozostałych. Nie widząc innego
wyjścia Whiteguy postanowił skorzystać z okna. W ogrodzie
jednak także znajdowali się osobnicy chcący go złapać. Tym
razem trzech. Nie widząc innego wyjścia, zaczął biec w ich
kierunku. Jednego odepchnął. Ten przewracając się upadł
wprost na drugiego. Trzeciego kopnął w brzuch. Dalsza ucieczka
przebiegała bez jakiś większych incydentów. "Dobrze, że
w mieście mam jeszcze inne kryjówki."
***
"W melinie przesiedziałem parę dni, tak długo by sprawa
pościgu trochę ucichła." Przypomniał sobie Arhorn
wychodząc południową bramą z miasta. "Jak na razie nie
mam tutaj czego szukać - ktoś mnie zdradził!" Przy bramie
nie było gwardzistów. Siedzieli w koszarach. Teraz czasy były
tak spokojne, że nie było potrzeby kontrolowania kto przybywa
do miasta. Wychodząc poza mury dwu tysięcznego zbiorowiska
ludzi Whiteguy odetchnął z ulgą. Udał się drogą na południe,
by znaleźć sobie jakiś nocleg.
Droga była prawie pusta. Co jakiś czas mijał podróżującego
tylko jakiś wóz, czy piesi wędrowcy. Okolica była piękna.
Poeta powiedziałby, że wokół rozlewają się łąki i
pastwiska, na horyzoncie maluje się niewyraźny zarys gór. W
oddali było widać pięknie zieleniejące się lasy. Rześkie
powietrze wspaniale orzeźwiało... Jednak taki materialista jak
Arhorn patrząc na okolicę nie widział tego wszystkiego. Dla
niego były to tylko zwyczajne rośliny, góry. To wszystko
stanowiło tylko tło, na które nawet się nie spogląda. Nawet
nie przechodziła mu przez myśl o rześkość powietrza. On nie
miał czasu na takie bzdury. W tym świecie nie ma czasu by się
zatrzymać o popatrzeć na zachód słońca. Tu trzeba działać.
Bo bez działania nie ma przetrwania.
W końcu Arhorn dotarł do jakieś wsi. Spokojnym krokiem wszedł
do niej. Spokojna osada, kilka zagród, zwykłych chat i gospoda.
To właśnie ona jest jego celem. Po pierwsze: aby tam się
przespać. Po drugie: aby zaciągnąć języka. Kto go ścigał i
dlaczego.
Gdy tylko wszedł do karczmy wszystkie spojrzenia skierowały się
na niego. Przez chwilę nikt się nie ruszał, zapanowała dziwna
cisza. I potem jak na jakiś umówiony znak wszyscy ruszyli na
niego z ogłuszającym krzykiem. Arhorn długo nie zastanawiał
się co robić. Znów pozostawała ucieczka. Wybiegając zauważył
na drzwiach plakat - list gończy. Widniała na nim jego
podobizna, a pod nią bardzo wysoka kwota. Wybiegając z karczmy
Arhorn zarejestrował jeszcze jeden szczegół widniejący na liści.
Podpis. Ulfen. Teraz już wiedział kto zdradził. Nie oglądając
się pobiegł przed siebie. Do lasu.
Faramir
faramir_13@poczta.onet.pl
<<< poprzednie::::
^^ do góry ^^ ::::
następne >>>
|