Opowiadania
Czytelników


Cykle / Powieści

Listy / Inne

POWRÓT DO
AM



 
  <<<poprzednie :::: następne >>>
 

:::: Ixchel ::::

Jedynie jej sprostać


Mateusz siedział, jak co wieczór, sam w pokoju. Ta niewielka, lecz wypełniona magią przestrzeń zaklęta w czterech ścianach stanowiła dlań oazę ostatecznego spokoju. Równowaga była mu bardzo potrzebna, po całym dniu gonitwy kubek gorącego cappucino i kojące światło jarzeniówki nad biurkiem dawały wytchnienie i poczucie bezpieczeństwa. Na co dzień nie odczuwał tego tak silnie, jak w dni, podczas których doznawał czegoś w rodzaju malarskiego natchnienia. Inspiracje takie trafiały się dość rzadko, wywoływały je mniej lub bardziej przyjemne, lecz zawsze wyjątkowe zdarzenia. Mógł to być jakiś egzamin lub ważne spotkanie wymagające większych nakładów energii czy koncentracji. Wtedy Mateusz często doświadczał swoistego olśnienia. Jawiły mu się wizje czasem apokaliptyczne, czasem komiczne, nadające się właśnie do przełożenia na płótno. Gdyby nie brak pewności siebie, ograniczone zdolności manualne oraz nieumiejętność doprowadzania rzeczy do końca, już dawno wziąłby się do pracy twórczej. Z pewnością dałoby to upust jego nieokiełznanej wyobraźni oraz zatruwającym duszę widzeniom.

- Jestem od niego mądrzejszy - pomyślał pewnego niedzielnego wieczoru, na który przypadała wizyta brata z żoną- W jego wieku będę miał więcej niż on: małe mieszkanko w nieciekawej okolicy, odziedziczony po rodzicach polonez. I ta jego żona. Jedyną jej zaletą było ścisłe harmonizowanie z konformizmem i asekuranctwem mężusia. Gdybym miał porównać ją do jakiegoś zwierzęcia, była by to lekko wyliniała, młoda łania, przyczajona gdzieś pod krzakiem ze spuszczonym wzrokiem. Będzie mu wierna. I można by rzec, że na swój mało wyrafinowany sposób nawet go kocha. A on z nią jest z poczucia obowiązku. Zero namiętności, zero uczuć wyższych. Boże!! Czy to życie naprawdę musi tak wyglądać?!

Nazajutrz bladożółte promienie porannego słońca po przebyciu milionów kilometrów dotarły wreszcie do Rudnicy i zalały jej brudne chodniki.
Mateuszowi, jak zwykle nie chciało się wstać. Miał ochotę zostać w łóżku i w nim umrzeć. Najlepiej jeszcze dziś. Byłoby to idealne rozwiązanie, ponieważ w sposób zadowalający wytłumaczyłoby jego nieobecność na klasówce z matmy.
Nie lubił matematyki. Czuł pogardę dla jej klarownych norm i zasad. Nie znaczy to wcale, że miał z nią kłopoty- wręcz przeciwnie: brał udział w wielu olimpiadach, lecz do szału doprowadzała go świadomość, że efekt jego pracy jest jednakowy z wynikiem co najmniej połowy uczestników. Natomiast Mateusz oryginalności pragnął ponad wszystko. Chciał tworzyć. I nie do końca chodziło o twórczość rozumianą jako pisanie wierszy, czy rzeźbienie w drewnie. On chciałby jego życie- jakkolwiek było mu przeznaczone je spędzić- stanowiło nieustający proces twórczy, inspirowany pięknymi kobietami i niesamowitością dzieł matki natury.

Do szkoły, w której się uczył miał 16 km, dojeżdżał autobusem. Drogę na przystanek przebył wtulając głowę w kołnierz, aby jak najmniejszą częścią ciała obcować z wilgotną mgłą. Zauważona z oddali czerwień kurtki przyjaciela wydała mu się milszą niż zazwyczaj.
- Cześć.
- Cześć - odpowiedział Grzesiek.
- Paskudna pogoda, a do tego niedługo bliskie spotkanie z "Królową nauk" - zagadnął Mateusz.
- Nie uczyłem się- odparł kolega z chytrym uśmieszkiem na twarzy - Byłem wczoraj ze starymi w Korbielowie. Wujek pożyczył mi motor, jeździliśmy z kuzynem dobre trzy godziny. Mówię ci bracie, wiatr we włosach, muchy między zębami i kłęby kurzu zostające w tyle niczym warkocz komety.
- Dobra, dobra. Nie obchodzą mnie twoje motoryzacyjne wyczyny - Mruknął Mateusz nie bez zazdrości.- Lepiej powiedz, co z tą Malwiną, z którą miałeś się spotkać w sobotę?
Pod przystanek właśnie podjechała kupa złomu udająca autobus, zagłuszając rykiem półwiecznego silnika ogół innych dźwięków. Grzesiek tylko uśmiechnął się porozumiewawczo. Jakimś cudem znaleźli dwa wolne siedzenia z przodu pojazdu. Usiedli.
- Malwinka...- zaczął Grzesiek - czarująca, rudowłosa boginka o rumianych policzkach i zgrabnym tyłeczku. Rozmawialiśmy trochę o jej szkole, o muzyce i planach na ferie. Wspomniałem jej mimochodem, że mam samotnego kumpla, któremu przydałoby się towarzystwo. Stwierdziła, że ma kilka koleżanek, z którymi mogłaby cię poznać.
Mateusz przybrał cyniczny wyraz twarzy.
- No co? Przydałaby ci się wreszcie jakaś babka.

...kobiety, on kochał je wszystkie, ale najbardziej tę czarnowłosą piękność o spojrzeniu pełnym ognia i tajemniczości Mony Lizy. Mateusz pragnął ciepła tej nierzeczywistej istoty i częstokroć szukał śladów jej obecności w napotkanych kobietach. Za każdym razem bezowocnie. Była wymarzoną butelką bardzo drogiego wina, którego nigdy nie będzie mu dane zakosztować.

Lekcje snuły się swoim leniwym ciągiem, a Kolec, jak go przezywali od nazwiska, spędzał te niezliczone minuty na rozmyślaniu nad sensem życia i próbach zaśnięcia z otwartymi oczami. Półsen przerywały dzwonki obwieszczające przerwę lub krzyki belfra. Właśnie nastał koniec kolejnej, czterdziestopięciominutowej sesji użalania nad sobą. Szukał Grześka, który był dzisiaj trudno uchwytny. Znalazł go szorującego glanami po wyłożonej gumowymi płytkami podłodze trzeciego piętra. Zdaje się, usłyszał nadejście kolegi, ponieważ uniósł głowę. Lecz Mateusz zamiast znękanej miny, jaką spodziewał się ujrzeć, dostrzegł pogodny i pełen spokoju wyraz twarzy, z której promieniało pełne zadowolenie.
- Gdzie się włóczyłeś? Szukałem cię.
- Sorry, stary. Musiałem pogadać z Malwinką, sprawdzić, za kogo mnie ma po ostatnim spotkaniu i czy mam szansę na powtórkę. Nawet nie wiesz, jak trudno było się na nią "niechcący" natknąć.
- I jakie wnioski?
- Chyba mnie lubi - odparł Grzesiek z dumą.- Nie wstydziła się ze mną rozmawiać przy trzydziestu świadkach. Jeszcze kilka takich rozmów i do piątku będziemy "przyjaciółmi". A jeśli nie wyjdzie z nią, zawsze mogę się zająć którąś z jej koleżanek.

Zajęcia dobiegły końca. Pozostał tylko dojazd do domu wypełniony marzeniami o gorącym obiedzie na stole (pewnie i tak trzeba będzie sobie podgrzać) oraz próbami zaplanowania popołudnia w sensowny sposób. Wybór nie był wielki. Ze względu na aurę szersze kontakty ze światem zewnętrznym nie wchodziły w grę. Pozostało byczenie na łóżku przy jazzowym akompaniamencie lub czytanie. Być może krótka chwilka na IRC-u wieczorem i to by było na tyle, jeśli chodzi o plany na dziś. Żałosne.
Znalazł się przed drzwiami mieszkania. Wykonał sprawny ruch ręką w kierunku kieszeni niczym najszybszy w mieście rewolwerowiec podczas południowego pojedynku z bandziorem o ksywie Gray Stone. Kluczy nie było.
- Kurw... - syknął.
Druga kieszeń, kurtka, saszetki w plecaku. Nic.
- Psia mać.
Kolejny obchód: kurtka, spodnie, plecak. Są !!!

Nienawidził takich sytuacji. Nadaremne straty czasu. Wszedł do mieszkania, na które składały się trzy niewielkie pokoje i kuchnia. Bez namysłu rzucił torbę na łóżko i skierował swoje odziane w kapcie stopy ku przyciasnej, a tak znamiennej dla "wielkiej płyty" kuchni. Po posiłku pogrążył się w lekturze "Braci Karamazow". Zmęczyło go to po godzinie. Odłożył książkę na półkę, wstał i podszedł do okna. Zaczął się zastanawiać nad tym, co powiedział dzisiaj Grzesiek: "przydałaby ci się babka...". Z początku zabrzmiało to jak nonsens dokumentny, ale później przyszły myśli w stylu: "może rzeczywiście jestem beznadziejnym niedołęgą i frajerem? Nie miałem dziewczyny od półtora roku. Chyba najwyższy czas wziąć się w garść i zrobić coś z własnym życiem".
- Tak, tak. Łatwo powiedzieć. Mam szukać sobie dziewczyny w czasach, gdy wszystkie najlepsze są już zajęte, a inteligentne, uczciwe niewiasty należą niemal do gatunku wymarłego. Wiem, że takie kryteria to wysoka poprzeczka, ale ostatnie, na co mam ochotę, to obcowanie z niezbyt pojętnym, wiecznie uśmiechniętym blond aniołkiem, którego co chwila będę widywał na kolanach moich kumpli, bo przecież "oni są tacy mili i zabawni!".

Kolejne dni mijały pozostawiając po sobie gorzki smak przepuszczanego przez palce czasu. Jedyną aktywnością, na jaką zdobył się w tym czasie Mateusz była środowa gra w kosza z kolegą z podwórka. Coś zagrzmiało, lub raczej zadrżało w czwartek. Po kilku nużących lekcjach nastała wytęskniona długa przerwa. Wszystko odbywało się zwyczajnie: zgłodniali uczniowie konsumowali śniadania, 1/3 szkolnej populacji poszła odetchnąć nikotynowym dymkiem kryjąc się w pobliskich podwórkach, lub po prostu zamykając się w łazienkach, cała reszta zaś wałęsała się bez celu próbując rozruszać zdrętwiałe kończyny. Nic nie wskazywało na to, że Mateusz za chwilę dozna objawienia. Nie można tego było bowiem nazwać inaczej.

Przechodził właśnie niedaleko gabinetu fizycznego, gdy jego wzrok przykuł fascynujący widok: oto obok grześkowej Malwiny stała zjawiskowo piękna młoda osóbka, którą z miejsca mógłby okrzyknąć swoją boginią. Nie zrobił tego jednak, nie pozwoliła mu chorobliwa nieśmiałość i cierpki smak porażek, który przypominał mu się zawsze wtedy, gdy choćby pomyślał o jakiejś odważniejszej działalności. Przypatrywał się temu zjawisku przez kilka sekund. Była niezbyt wysoka, miała śniadą cerę. Jej ciemne włosy opadały swobodnie na plecy. W tej chwili Mateusz zapragnął przejechać opuszkami palców po prężnym kręgosłupie nieznajomej. Wzdrygnął się prawie niezauważalnie i skarcił się w myślach za ten nieomal rozpustny moment zapomnienia.

Podczas kolejnych lekcji starał się nie myśleć o tym, co zaszło na długiej przerwie. Wędrował w marzeniach po krainach pełnych czystych potoków i soczyście zielonych łąk, od czasu do czasu logarytmując jakieś liczby lub odbijając w geście obronnym lecącą wprost na niego siatkową piłkę.
- Zdarza się - pomyślał- jak człowiek jest zestresowany, to nawiedzają go różne zwidy i wiele rzeczy mu się zdaje.
Na tym zakończyło się rozpamiętywanie blasku hebanowych włosów anonimowej czarodziejki.

Nastał piątek. Mateuszem zawładnęło nieopisane uczucie ulgi. Nie była to jednak tak powszechna wśród jego rówieśników, zwyczajna radość z weekendu. On nie był taki, jak jego rówieśnicy. W wolnym czasie rzadko spotykał się ze znajomymi, nie chodził na imprezy. Jedyną osobą, z którą miał prawdziwy kontakt, był Grzesiek. Nie działo się tak, dlatego, że był żałosnym klakierem - karierowiczem. Wręcz przeciwnie. Nie był też w żaden sposób ułomny. Jego samotność miała dosyć świadomy charakter, chociaż nawet on sam nie był pewien jej podstaw do końca.
Dwie początkowe lekcje zastanawiał się nad możliwościami spędzenia czasu w weekend, podczas dwóch kolejnych obmyślał sensowne usprawiedliwienie na okoliczność zerwania się z dwóch końcowych. Postanowił wykorzystać opcję "wizyta u dentysty". Biorąc pod uwagę, że do tych niewielu dentystów w jego mieście, którzy jeszcze przyjmowali, przychodziły codziennie tłumy chętnych, logiczne wydawało się zwalnianie z lekcji w celu zajęcia kolejki. Żaden z nauczycieli nie mógł tego zakwestionować.
Kolec z wielce zadowoloną miną podążał głównym (najszerszym) korytarzem w stronę wyjścia. Nagle dobiegło go brzmienie własnego imienia.
- Mateusz!! - to wołał Grzesiek- Zaczekaj, stary!
Cichy szmer zadyszki wydobył się z pokrytych tu i ówdzie smołą nikotynową płuc Grzegorza.
- Dokąd zmierzasz takim dumnym krokiem? Wyglądasz jak dobosz na defiladzie z okazji urodzin Lenina.
- Idę do domu, nie mam zamiaru siedzieć tu jeszcze przez dwie godziny.
- Takiemu to dobrze, ja muszę zostać na historii i zaliczyć w końcu ten nieszczęsny sprawdzian. Poza tym umówiłem się przy wejściu z Malwiną. O! Tam stoi.
Faktycznie. Obiekt westchnień Grześka stał przy wejściu. Tyle, że nie sam. Malwina rozmawiała z jakąś koleżanką. Gdy podeszli bliżej okazało się, że drugą dyskutantką była owa urocza nieznajoma. Byli już zbyt blisko, by Mateusz mógł zacząć uciekać nie wzbudzając podejrzeń. Przystanął więc na chwilę, stopując również kolegę. Minęła chwila, zanim zdołał przełknąć ślinę i opanować wkradający się na twarz rumieniec. Wziąwszy głęboki oddech szepnął do współtowarzysza:
- Grzegorz, rzadko cię o coś proszę, ale dzisiaj chcę byś cos dla mnie zrobił. Przedstaw mnie tej dziewczynie, która rozmawia z Malwiną. Tylko postaraj się to zrobić bez zbędnych aluzji. Zwykłe zapoznanie, ok?
- Jasne, nie ma sprawy.

Po krótkiej prezentacji w stylu "Gosiu, to jest mój kumpel Mateusz; Mati, przedstawiam Ci Gosię" nastąpiła chwila rozmowy na niezobowiązujący temat, jakim była nadchodząca ogólnoszkolna wywiadówka. W czasie tych minut urocza znajoma zdążyła uśmiechnąć się parę razy w sposób naprawdę urzekający. Jednak Mateusz nie stracił zimnej krwi, w głębi ducha ciesząc się, że nie zrobił z siebie idioty. Wolał nie zepsuć wrażenia i zakończyć rozmowę. Pożegnał się i skierował swoje kroki ku schodom. Jeden stopień, drugi...Jeezu!!!
Dało się usłyszeć kilka miarowych uderzeń bezwładnego ciała o 50- letnie kamienne schody. Mateusz po chwili odzyskał straconą przytomność i stwierdził, że wszystko go boli. Ale nie to było najgorsze. Właściwie to marzył o jakimś poważniejszym urazie, by sytuacja z totalnie komicznej zmieniła się w tragiczną. Nic takiego się jednak nie stało. Leżał lekko poturbowany na brudnej podłodze, z rozciętą wargą i głupawym wyrazem twarzy. Nad nim stało około dwudziestu nachylonych osób, z troską lub kpiną w oczach.
- Ona to widziała - pomyślał, wydając z siebie cichy jęk rozpaczy, który inni wzięli za normalny odruch umęczonego ciała. Przymrużył oczy i właśnie w tej chwili zdał sobie sprawę z ciężkiego zadania, które należało teraz wykonać. Musiał mianowicie wstać i - mimo wszechobecnego bólu, który rozrywał mu stawy- zdobyć się na bagatelizujący uśmiech, powiedzieć coś śmiesznego i pewnym krokiem udać się do domu. Tak też zrobił, choć po wszystkim nie był pewien czy te kroki podjęte dla ratowania honoru nie wypadły zabawniej niż sam wypadek.

Po powrocie do domu wziął gorącą kąpiel, ponieważ tego domagały się obolałe mięśnie. Oczywiście nigdy w życiu nie przyznałby się nikomu, że takowe kąpiele zdarza mu się "brać". Zawsze przecież w męskich rozmowach, jeśli już mowa o higienie osobistej, używa się terminu "wziąć prysznic" i tylko taki jest poprawny.

Weekend minął dość spokojnie. Trochę nauki, w niedzielę goście - scenariusz znany i praktykowany od wielu lat. Promyk nadziei na lepsze czasy dała ostatnio Mateuszowi poprawiająca się pogoda. Było coraz cieplej, a spragnione światła słonecznego zmarzluchy mogły nareszcie powygrzewać skostniałe zimowymi mrozami twarzyczki.

Niedzielna noc. Dziwny czas. Noce w ogóle z założenia są dziwne, dzieje się tak wiele niespodziewanych i niezrozumiałych rzeczy. Natomiast noc, po której następuje poniedziałek wiedzie w tej ekscentryczności prym niezaprzeczalny. Kończy się weekend, który powinien być od początku do końca synonimem odpoczynku i dobrej zabawy. Niestety, nie zawsze tak bywa. Rozpoczyna się również nowy tydzień dający nadzieję na jakieś zmiany, vel ulepszenia. I ta nadzieja, że bez specjalnych wysiłków z naszej strony spotka nas w życiu coś niecodziennego pozwala nam często przetrwać chwile pokolorowane szarym ołówkiem Stwórcy.

Nierzadko mamy podstawy, aby taką nadzieją pałać. Mateusz miał. Po przyjściu do szkoły nikt się z niego nie śmiał, przynajmniej nikt jawnie. Licealna społeczność zdawała się nie pamiętać piątkowego wypadku na schodach. Bardzo go to ucieszyło. Był jedynie ciekaw, na jaki stopień durnia zasłużył w oczach Gośki. Wszakże nie było to aż tak ważne, wolał jednak cieszyć się pozytywną opinią u nowo poznanej dziewczyny. Pocieszeniem dla niego był także sposób, w który niewiasty reagowały spotykając się z bólem i cierpieniem. Litowały się i automatycznie proponowały swą pomoc przy usuwaniu przykrych następstw takich incydentów.

Szedł słabo oświetlonym korytarzem. Krok za krokiem. Zmusił się do wyprostowania pleców i uniesienia brody wyżej, tak by nie wyglądało, iż jest zawstydzony. Poczuł się pewniej, a na jego twarzy pojawił się nieznaczny uśmiech. W tym właśnie momencie jego wzrok przykuł blask lekko rozwianych, kruczoczarnych włosów Małgorzaty. "Boże, jaka ona piękna"- ledwie zdążył to pomyśleć, usłyszał ciche, acz dźwięczne:
- Cześć.
- Cześć - odparł nieco zmieszany, skołowany, a na pewno zarumieniony Mateusz.

Doszedł do końca mrocznego korytarza, zbliżył się do drzwi z tabliczką: "Pracownia P.O.",
Nacisnął klamkę. Do dzwonka były jeszcze dwie minuty, więc położył plecak na swojej ławce i podszedł do okna. Nagie gałęzie drzew kołysały się powoli i rytmicznie.
Lekcja ciągła się niemiłosiernie długo pod znakiem zapoznawania się z budową busoli i technikami sztucznego oddychania. Mateusz patrząc się na wykładowcę (emerytowanego komandosa) przez chwilę miał wrażenie, iż ten siedzi na końcu długiego stołu w śmiesznej czapeczce, po obu stronach stołu zaś siedzi dziesięć owiec i śpiewa mu "sto lat".


"Jak to jest, że jeszcze dwa tygodnie temu marzyłem o niej, o jej gładkiej skórze pachnących kadzidłem włosach, a dziś leżę na swoim łóżku, tuląc ją w ramionach? To chyba jakieś boskie niedopatrzenie, jeżeli Bóg w ogóle istnieje."
- O czym myślisz? - spytało Mateusza małe stworzonko imieniem Gosia.
- O tym, jak mi cudownie - odparł ten, zresztą zgodnie z prawdą.
Para oczu niczym kryształy wpatrywały się w Mateusza, jak gdyby znał on wytłumaczenie na to szczęście, które ich spotkało. Położyła mu głowę na piersi, a on przejechał ręką po jej hebanowych włosach.

Jadąc autobusem w poniedziałek rano Mateusz myślał o tym, że nie widział Gosi od piątku, ponieważ pojechała na ślub kuzynki do Poznania, myślał też o tym, że stęsknił się za nią i to nie na żarty. Chciał jak najszybciej dotknąć choć skrawka jej skóry na dłoni lub przez moment spojrzeć w jej bezkresnie szmaragdowe oczy. Myślał też o tym, jak będzie cierpiał, gdy Gosia się połapie, że zadawanie się z takim niedorajdą, jak on, było czystą głupotą. Po raz pierwszy w życiu wiedział, co to miłość, po raz pierwszy też zdał sobie sprawę z ogromu cierpień i trudności, które niesie ona ze sobą. Lecz, jak pisała Zofia Kucówna: "Miłość jak i szczęście nie jest to coś, co przychodzi z zewnątrz, one są w nas, one tkwią w nas i tylko od nas zależy, czy w sprzyjających momentach wyzwalają się". Nie należy więc się miłości bać, należy jedynie jej sprostać.



Ixchel

ixchel@wp.pl


<<< poprzednie:::: ^^ do góry ^^ :::: następne >>>