Jedynie jej sprostać
Mateusz siedział, jak co wieczór, sam w pokoju. Ta
niewielka, lecz wypełniona magią przestrzeń zaklęta w
czterech ścianach stanowiła dlań oazę ostatecznego spokoju. Równowaga
była mu bardzo potrzebna, po całym dniu gonitwy kubek gorącego
cappucino i kojące światło jarzeniówki nad biurkiem dawały
wytchnienie i poczucie bezpieczeństwa. Na co dzień nie odczuwał
tego tak silnie, jak w dni, podczas których doznawał czegoś w
rodzaju malarskiego natchnienia. Inspiracje takie trafiały się
dość rzadko, wywoływały je mniej lub bardziej przyjemne, lecz
zawsze wyjątkowe zdarzenia. Mógł to być jakiś egzamin lub ważne
spotkanie wymagające większych nakładów energii czy
koncentracji. Wtedy Mateusz często doświadczał swoistego olśnienia.
Jawiły mu się wizje czasem apokaliptyczne, czasem komiczne,
nadające się właśnie do przełożenia na płótno. Gdyby nie
brak pewności siebie, ograniczone zdolności manualne oraz
nieumiejętność doprowadzania rzeczy do końca, już dawno wziąłby
się do pracy twórczej. Z pewnością dałoby to upust jego
nieokiełznanej wyobraźni oraz zatruwającym duszę widzeniom.
- Jestem od niego mądrzejszy - pomyślał pewnego niedzielnego
wieczoru, na który przypadała wizyta brata z żoną- W jego
wieku będę miał więcej niż on: małe mieszkanko w
nieciekawej okolicy, odziedziczony po rodzicach polonez. I ta
jego żona. Jedyną jej zaletą było ścisłe harmonizowanie z
konformizmem i asekuranctwem mężusia. Gdybym miał porównać ją
do jakiegoś zwierzęcia, była by to lekko wyliniała, młoda łania,
przyczajona gdzieś pod krzakiem ze spuszczonym wzrokiem. Będzie
mu wierna. I można by rzec, że na swój mało wyrafinowany sposób
nawet go kocha. A on z nią jest z poczucia obowiązku. Zero namiętności,
zero uczuć wyższych. Boże!! Czy to życie naprawdę musi tak
wyglądać?!
Nazajutrz bladożółte promienie porannego słońca po przebyciu
milionów kilometrów dotarły wreszcie do Rudnicy i zalały jej
brudne chodniki.
Mateuszowi, jak zwykle nie chciało się wstać. Miał ochotę
zostać w łóżku i w nim umrzeć. Najlepiej jeszcze dziś. Byłoby
to idealne rozwiązanie, ponieważ w sposób zadowalający wytłumaczyłoby
jego nieobecność na klasówce z matmy.
Nie lubił matematyki. Czuł pogardę dla jej klarownych norm i
zasad. Nie znaczy to wcale, że miał z nią kłopoty- wręcz
przeciwnie: brał udział w wielu olimpiadach, lecz do szału
doprowadzała go świadomość, że efekt jego pracy jest
jednakowy z wynikiem co najmniej połowy uczestników. Natomiast
Mateusz oryginalności pragnął ponad wszystko. Chciał tworzyć.
I nie do końca chodziło o twórczość rozumianą jako pisanie
wierszy, czy rzeźbienie w drewnie. On chciałby jego życie-
jakkolwiek było mu przeznaczone je spędzić- stanowiło
nieustający proces twórczy, inspirowany pięknymi kobietami i
niesamowitością dzieł matki natury.
Do szkoły, w której się uczył miał 16 km, dojeżdżał
autobusem. Drogę na przystanek przebył wtulając głowę w kołnierz,
aby jak najmniejszą częścią ciała obcować z wilgotną mgłą.
Zauważona z oddali czerwień kurtki przyjaciela wydała mu się
milszą niż zazwyczaj.
- Cześć.
- Cześć - odpowiedział Grzesiek.
- Paskudna pogoda, a do tego niedługo bliskie spotkanie z "Królową
nauk" - zagadnął Mateusz.
- Nie uczyłem się- odparł kolega z chytrym uśmieszkiem na
twarzy - Byłem wczoraj ze starymi w Korbielowie. Wujek pożyczył
mi motor, jeździliśmy z kuzynem dobre trzy godziny. Mówię ci
bracie, wiatr we włosach, muchy między zębami i kłęby kurzu
zostające w tyle niczym warkocz komety.
- Dobra, dobra. Nie obchodzą mnie twoje motoryzacyjne wyczyny -
Mruknął Mateusz nie bez zazdrości.- Lepiej powiedz, co z tą
Malwiną, z którą miałeś się spotkać w sobotę?
Pod przystanek właśnie podjechała kupa złomu udająca
autobus, zagłuszając rykiem półwiecznego silnika ogół
innych dźwięków. Grzesiek tylko uśmiechnął się
porozumiewawczo. Jakimś cudem znaleźli dwa wolne siedzenia z
przodu pojazdu. Usiedli.
- Malwinka...- zaczął Grzesiek - czarująca, rudowłosa boginka
o rumianych policzkach i zgrabnym tyłeczku. Rozmawialiśmy trochę
o jej szkole, o muzyce i planach na ferie. Wspomniałem jej
mimochodem, że mam samotnego kumpla, któremu przydałoby się
towarzystwo. Stwierdziła, że ma kilka koleżanek, z którymi
mogłaby cię poznać.
Mateusz przybrał cyniczny wyraz twarzy.
- No co? Przydałaby ci się wreszcie jakaś babka.
...kobiety, on kochał je wszystkie, ale najbardziej tę czarnowłosą
piękność o spojrzeniu pełnym ognia i tajemniczości Mony Lizy.
Mateusz pragnął ciepła tej nierzeczywistej istoty i częstokroć
szukał śladów jej obecności w napotkanych kobietach. Za każdym
razem bezowocnie. Była wymarzoną butelką bardzo drogiego wina,
którego nigdy nie będzie mu dane zakosztować.
Lekcje snuły się swoim leniwym ciągiem, a Kolec, jak go
przezywali od nazwiska, spędzał te niezliczone minuty na rozmyślaniu
nad sensem życia i próbach zaśnięcia z otwartymi oczami. Półsen
przerywały dzwonki obwieszczające przerwę lub krzyki belfra. Właśnie
nastał koniec kolejnej, czterdziestopięciominutowej sesji użalania
nad sobą. Szukał Grześka, który był dzisiaj trudno uchwytny.
Znalazł go szorującego glanami po wyłożonej gumowymi płytkami
podłodze trzeciego piętra. Zdaje się, usłyszał nadejście
kolegi, ponieważ uniósł głowę. Lecz Mateusz zamiast znękanej
miny, jaką spodziewał się ujrzeć, dostrzegł pogodny i pełen
spokoju wyraz twarzy, z której promieniało pełne zadowolenie.
- Gdzie się włóczyłeś? Szukałem cię.
- Sorry, stary. Musiałem pogadać z Malwinką, sprawdzić, za
kogo mnie ma po ostatnim spotkaniu i czy mam szansę na powtórkę.
Nawet nie wiesz, jak trudno było się na nią "niechcący"
natknąć.
- I jakie wnioski?
- Chyba mnie lubi - odparł Grzesiek z dumą.- Nie wstydziła się
ze mną rozmawiać przy trzydziestu świadkach. Jeszcze kilka
takich rozmów i do piątku będziemy "przyjaciółmi".
A jeśli nie wyjdzie z nią, zawsze mogę się zająć którąś
z jej koleżanek.
Zajęcia dobiegły końca. Pozostał tylko dojazd do domu wypełniony
marzeniami o gorącym obiedzie na stole (pewnie i tak trzeba będzie
sobie podgrzać) oraz próbami zaplanowania popołudnia w
sensowny sposób. Wybór nie był wielki. Ze względu na aurę
szersze kontakty ze światem zewnętrznym nie wchodziły w grę.
Pozostało byczenie na łóżku przy jazzowym akompaniamencie lub
czytanie. Być może krótka chwilka na IRC-u wieczorem i to by
było na tyle, jeśli chodzi o plany na dziś. Żałosne.
Znalazł się przed drzwiami mieszkania. Wykonał sprawny ruch ręką
w kierunku kieszeni niczym najszybszy w mieście rewolwerowiec
podczas południowego pojedynku z bandziorem o ksywie Gray Stone.
Kluczy nie było.
- Kurw... - syknął.
Druga kieszeń, kurtka, saszetki w plecaku. Nic.
- Psia mać.
Kolejny obchód: kurtka, spodnie, plecak. Są !!!
Nienawidził takich sytuacji. Nadaremne straty czasu. Wszedł do
mieszkania, na które składały się trzy niewielkie pokoje i
kuchnia. Bez namysłu rzucił torbę na łóżko i skierował
swoje odziane w kapcie stopy ku przyciasnej, a tak znamiennej dla
"wielkiej płyty" kuchni. Po posiłku pogrążył się
w lekturze "Braci Karamazow". Zmęczyło go to po
godzinie. Odłożył książkę na półkę, wstał i podszedł
do okna. Zaczął się zastanawiać nad tym, co powiedział
dzisiaj Grzesiek: "przydałaby ci się babka...". Z
początku zabrzmiało to jak nonsens dokumentny, ale później
przyszły myśli w stylu: "może rzeczywiście jestem
beznadziejnym niedołęgą i frajerem? Nie miałem dziewczyny od
półtora roku. Chyba najwyższy czas wziąć się w garść i
zrobić coś z własnym życiem".
- Tak, tak. Łatwo powiedzieć. Mam szukać sobie dziewczyny w
czasach, gdy wszystkie najlepsze są już zajęte, a
inteligentne, uczciwe niewiasty należą niemal do gatunku wymarłego.
Wiem, że takie kryteria to wysoka poprzeczka, ale ostatnie, na
co mam ochotę, to obcowanie z niezbyt pojętnym, wiecznie uśmiechniętym
blond aniołkiem, którego co chwila będę widywał na kolanach
moich kumpli, bo przecież "oni są tacy mili i zabawni!".
Kolejne dni mijały pozostawiając po sobie gorzki smak
przepuszczanego przez palce czasu. Jedyną aktywnością, na jaką
zdobył się w tym czasie Mateusz była środowa gra w kosza z
kolegą z podwórka. Coś zagrzmiało, lub raczej zadrżało w
czwartek. Po kilku nużących lekcjach nastała wytęskniona długa
przerwa. Wszystko odbywało się zwyczajnie: zgłodniali
uczniowie konsumowali śniadania, 1/3 szkolnej populacji poszła
odetchnąć nikotynowym dymkiem kryjąc się w pobliskich podwórkach,
lub po prostu zamykając się w łazienkach, cała reszta zaś wałęsała
się bez celu próbując rozruszać zdrętwiałe kończyny. Nic
nie wskazywało na to, że Mateusz za chwilę dozna objawienia.
Nie można tego było bowiem nazwać inaczej.
Przechodził właśnie niedaleko gabinetu fizycznego, gdy jego
wzrok przykuł fascynujący widok: oto obok grześkowej Malwiny
stała zjawiskowo piękna młoda osóbka, którą z miejsca mógłby
okrzyknąć swoją boginią. Nie zrobił tego jednak, nie pozwoliła
mu chorobliwa nieśmiałość i cierpki smak porażek, który
przypominał mu się zawsze wtedy, gdy choćby pomyślał o
jakiejś odważniejszej działalności. Przypatrywał się temu
zjawisku przez kilka sekund. Była niezbyt wysoka, miała śniadą
cerę. Jej ciemne włosy opadały swobodnie na plecy. W tej
chwili Mateusz zapragnął przejechać opuszkami palców po prężnym
kręgosłupie nieznajomej. Wzdrygnął się prawie niezauważalnie
i skarcił się w myślach za ten nieomal rozpustny moment
zapomnienia.
Podczas kolejnych lekcji starał się nie myśleć o tym, co zaszło
na długiej przerwie. Wędrował w marzeniach po krainach pełnych
czystych potoków i soczyście zielonych łąk, od czasu do czasu
logarytmując jakieś liczby lub odbijając w geście obronnym
lecącą wprost na niego siatkową piłkę.
- Zdarza się - pomyślał- jak człowiek jest zestresowany, to
nawiedzają go różne zwidy i wiele rzeczy mu się zdaje.
Na tym zakończyło się rozpamiętywanie blasku hebanowych włosów
anonimowej czarodziejki.
Nastał piątek. Mateuszem zawładnęło nieopisane uczucie ulgi.
Nie była to jednak tak powszechna wśród jego rówieśników,
zwyczajna radość z weekendu. On nie był taki, jak jego rówieśnicy.
W wolnym czasie rzadko spotykał się ze znajomymi, nie chodził
na imprezy. Jedyną osobą, z którą miał prawdziwy kontakt, był
Grzesiek. Nie działo się tak, dlatego, że był żałosnym
klakierem - karierowiczem. Wręcz przeciwnie. Nie był też w żaden
sposób ułomny. Jego samotność miała dosyć świadomy
charakter, chociaż nawet on sam nie był pewien jej podstaw do
końca.
Dwie początkowe lekcje zastanawiał się nad możliwościami spędzenia
czasu w weekend, podczas dwóch kolejnych obmyślał sensowne
usprawiedliwienie na okoliczność zerwania się z dwóch końcowych.
Postanowił wykorzystać opcję "wizyta u dentysty".
Biorąc pod uwagę, że do tych niewielu dentystów w jego mieście,
którzy jeszcze przyjmowali, przychodziły codziennie tłumy chętnych,
logiczne wydawało się zwalnianie z lekcji w celu zajęcia
kolejki. Żaden z nauczycieli nie mógł tego zakwestionować.
Kolec z wielce zadowoloną miną podążał głównym (najszerszym)
korytarzem w stronę wyjścia. Nagle dobiegło go brzmienie własnego
imienia.
- Mateusz!! - to wołał Grzesiek- Zaczekaj, stary!
Cichy szmer zadyszki wydobył się z pokrytych tu i ówdzie smołą
nikotynową płuc Grzegorza.
- Dokąd zmierzasz takim dumnym krokiem? Wyglądasz jak dobosz na
defiladzie z okazji urodzin Lenina.
- Idę do domu, nie mam zamiaru siedzieć tu jeszcze przez dwie
godziny.
- Takiemu to dobrze, ja muszę zostać na historii i zaliczyć w
końcu ten nieszczęsny sprawdzian. Poza tym umówiłem się przy
wejściu z Malwiną. O! Tam stoi.
Faktycznie. Obiekt westchnień Grześka stał przy wejściu.
Tyle, że nie sam. Malwina rozmawiała z jakąś koleżanką. Gdy
podeszli bliżej okazało się, że drugą dyskutantką była owa
urocza nieznajoma. Byli już zbyt blisko, by Mateusz mógł zacząć
uciekać nie wzbudzając podejrzeń. Przystanął więc na chwilę,
stopując również kolegę. Minęła chwila, zanim zdołał przełknąć
ślinę i opanować wkradający się na twarz rumieniec. Wziąwszy
głęboki oddech szepnął do współtowarzysza:
- Grzegorz, rzadko cię o coś proszę, ale dzisiaj chcę byś
cos dla mnie zrobił. Przedstaw mnie tej dziewczynie, która
rozmawia z Malwiną. Tylko postaraj się to zrobić bez zbędnych
aluzji. Zwykłe zapoznanie, ok?
- Jasne, nie ma sprawy.
Po krótkiej prezentacji w stylu "Gosiu, to jest mój kumpel
Mateusz; Mati, przedstawiam Ci Gosię" nastąpiła chwila
rozmowy na niezobowiązujący temat, jakim była nadchodząca ogólnoszkolna
wywiadówka. W czasie tych minut urocza znajoma zdążyła uśmiechnąć
się parę razy w sposób naprawdę urzekający. Jednak Mateusz
nie stracił zimnej krwi, w głębi ducha ciesząc się, że nie
zrobił z siebie idioty. Wolał nie zepsuć wrażenia i zakończyć
rozmowę. Pożegnał się i skierował swoje kroki ku schodom.
Jeden stopień, drugi...Jeezu!!!
Dało się usłyszeć kilka miarowych uderzeń bezwładnego ciała
o 50- letnie kamienne schody. Mateusz po chwili odzyskał straconą
przytomność i stwierdził, że wszystko go boli. Ale nie to było
najgorsze. Właściwie to marzył o jakimś poważniejszym
urazie, by sytuacja z totalnie komicznej zmieniła się w
tragiczną. Nic takiego się jednak nie stało. Leżał lekko
poturbowany na brudnej podłodze, z rozciętą wargą i głupawym
wyrazem twarzy. Nad nim stało około dwudziestu nachylonych osób,
z troską lub kpiną w oczach.
- Ona to widziała - pomyślał, wydając z siebie cichy jęk
rozpaczy, który inni wzięli za normalny odruch umęczonego ciała.
Przymrużył oczy i właśnie w tej chwili zdał sobie sprawę z
ciężkiego zadania, które należało teraz wykonać. Musiał
mianowicie wstać i - mimo wszechobecnego bólu, który rozrywał
mu stawy- zdobyć się na bagatelizujący uśmiech, powiedzieć
coś śmiesznego i pewnym krokiem udać się do domu. Tak też
zrobił, choć po wszystkim nie był pewien czy te kroki podjęte
dla ratowania honoru nie wypadły zabawniej niż sam wypadek.
Po powrocie do domu wziął gorącą kąpiel, ponieważ tego
domagały się obolałe mięśnie. Oczywiście nigdy w życiu nie
przyznałby się nikomu, że takowe kąpiele zdarza mu się
"brać". Zawsze przecież w męskich rozmowach, jeśli
już mowa o higienie osobistej, używa się terminu "wziąć
prysznic" i tylko taki jest poprawny.
Weekend minął dość spokojnie. Trochę nauki, w niedzielę goście
- scenariusz znany i praktykowany od wielu lat. Promyk nadziei na
lepsze czasy dała ostatnio Mateuszowi poprawiająca się pogoda.
Było coraz cieplej, a spragnione światła słonecznego
zmarzluchy mogły nareszcie powygrzewać skostniałe zimowymi
mrozami twarzyczki.
Niedzielna noc. Dziwny czas. Noce w ogóle z założenia są
dziwne, dzieje się tak wiele niespodziewanych i niezrozumiałych
rzeczy. Natomiast noc, po której następuje poniedziałek
wiedzie w tej ekscentryczności prym niezaprzeczalny. Kończy się
weekend, który powinien być od początku do końca synonimem
odpoczynku i dobrej zabawy. Niestety, nie zawsze tak bywa.
Rozpoczyna się również nowy tydzień dający nadzieję na
jakieś zmiany, vel ulepszenia. I ta nadzieja, że bez
specjalnych wysiłków z naszej strony spotka nas w życiu coś
niecodziennego pozwala nam często przetrwać chwile pokolorowane
szarym ołówkiem Stwórcy.
Nierzadko mamy podstawy, aby taką nadzieją pałać. Mateusz miał.
Po przyjściu do szkoły nikt się z niego nie śmiał,
przynajmniej nikt jawnie. Licealna społeczność zdawała się
nie pamiętać piątkowego wypadku na schodach. Bardzo go to
ucieszyło. Był jedynie ciekaw, na jaki stopień durnia zasłużył
w oczach Gośki. Wszakże nie było to aż tak ważne, wolał
jednak cieszyć się pozytywną opinią u nowo poznanej
dziewczyny. Pocieszeniem dla niego był także sposób, w który
niewiasty reagowały spotykając się z bólem i cierpieniem.
Litowały się i automatycznie proponowały swą pomoc przy
usuwaniu przykrych następstw takich incydentów.
Szedł słabo oświetlonym korytarzem. Krok za krokiem. Zmusił
się do wyprostowania pleców i uniesienia brody wyżej, tak by
nie wyglądało, iż jest zawstydzony. Poczuł się pewniej, a na
jego twarzy pojawił się nieznaczny uśmiech. W tym właśnie
momencie jego wzrok przykuł blask lekko rozwianych,
kruczoczarnych włosów Małgorzaty. "Boże, jaka ona piękna"-
ledwie zdążył to pomyśleć, usłyszał ciche, acz dźwięczne:
- Cześć.
- Cześć - odparł nieco zmieszany, skołowany, a na pewno
zarumieniony Mateusz.
Doszedł do końca mrocznego korytarza, zbliżył się do drzwi z
tabliczką: "Pracownia P.O.",
Nacisnął klamkę. Do dzwonka były jeszcze dwie minuty, więc
położył plecak na swojej ławce i podszedł do okna. Nagie gałęzie
drzew kołysały się powoli i rytmicznie.
Lekcja ciągła się niemiłosiernie długo pod znakiem
zapoznawania się z budową busoli i technikami sztucznego
oddychania. Mateusz patrząc się na wykładowcę (emerytowanego
komandosa) przez chwilę miał wrażenie, iż ten siedzi na końcu
długiego stołu w śmiesznej czapeczce, po obu stronach stołu
zaś siedzi dziesięć owiec i śpiewa mu "sto lat".
"Jak to jest, że jeszcze dwa tygodnie temu marzyłem o
niej, o jej gładkiej skórze pachnących kadzidłem włosach, a
dziś leżę na swoim łóżku, tuląc ją w ramionach? To chyba
jakieś boskie niedopatrzenie, jeżeli Bóg w ogóle istnieje."
- O czym myślisz? - spytało Mateusza małe stworzonko imieniem
Gosia.
- O tym, jak mi cudownie - odparł ten, zresztą zgodnie z prawdą.
Para oczu niczym kryształy wpatrywały się w Mateusza, jak
gdyby znał on wytłumaczenie na to szczęście, które ich
spotkało. Położyła mu głowę na piersi, a on przejechał ręką
po jej hebanowych włosach.
Jadąc autobusem w poniedziałek rano Mateusz myślał o tym, że
nie widział Gosi od piątku, ponieważ pojechała na ślub
kuzynki do Poznania, myślał też o tym, że stęsknił się za
nią i to nie na żarty. Chciał jak najszybciej dotknąć choć
skrawka jej skóry na dłoni lub przez moment spojrzeć w jej
bezkresnie szmaragdowe oczy. Myślał też o tym, jak będzie
cierpiał, gdy Gosia się połapie, że zadawanie się z takim
niedorajdą, jak on, było czystą głupotą. Po raz pierwszy w
życiu wiedział, co to miłość, po raz pierwszy też zdał
sobie sprawę z ogromu cierpień i trudności, które niesie ona
ze sobą. Lecz, jak pisała Zofia Kucówna: "Miłość jak i
szczęście nie jest to coś, co przychodzi z zewnątrz, one są
w nas, one tkwią w nas i tylko od nas zależy, czy w sprzyjających
momentach wyzwalają się". Nie należy więc się miłości
bać, należy jedynie jej sprostać.
Ixchel
ixchel@wp.pl
<<< poprzednie::::
^^ do góry ^^ ::::
następne >>>
|