Morderca
Margaret obudziła się bardzo wcześnie rano. Przez około pół
godziny próbowała zasnąć. W końcu uznała, że ta walka nie
ma najmniejszego sensu. Usiadła na łóżku, jeszcze chwilę
rozkoszowała się ciepłem, które przynosiły ze sobą pierwsze
promyki słońca i z wysiłkiem podniosła swoje zgrabne ciało.
Maggie była kobietą koło trzydziestki, ale wyglądała na
maksymalnie dwadzieścia pięć lat. Ludzie często jej z tego
powodu schlebiali - bardzo to lubiła. Miała duże, okrągła
piersi, kształtne uda i piękną twarz. Osobnicy przeciwnej płci
jeden po drugim zakochiwali się w niej; ona umiała bezwzględnie
to wykorzystywać.
Była niezamężna - nie spotkała nigdy mężczyzny, którego
uznałaby za idealnego do spędzenia z nim reszty swojego życia.
Mieszkała w Los Angeles, w domu, który odziedziczyła w spadku
po zmarłych rodzicach. Robił olbrzymie wrażenie - nikt, kto go
zobaczył, nie mógł nie zatrzymać się, by przez kilka minut
go podziwiać. Niewątpliwego uroku dodawał mu wielki ogród.
Margaret uwielbiała rośliny - wprost kochała je sadzić, pielęgnować,
przesadzać, niszczyć zagrażające im chwasty... Odbijało się
to na pięknie ogrodu.
Maggie założyła kapcie i pospieszyła do łazienki. Oprócz
pielęgnowania roślin, jej wielką pasją było także pielęgnowanie
samej siebie. Rano i przed każdym wyjściem z domu potrafiła spędzić
w łazience więcej niż godzinę. Nakładanie makijażu czy
mycie się, dla innych kobiet będące zwyczajnymi czynnościami,
były dla niej wielką ceremonią.
Wyszła z łazienki po niewiele więcej, niż godzinie. Ubrała
się i poszła do kuchni. Z jednej z szafek wyjęła chrupki, z
innej - karton mleka. Przygrzała mleko, wsypała chrupki do
miski i po kilku chwilach zalała je. Zaniosła jedzenie do
salonu. Włączyła telewizor, po czym oddała się jedzeniu. Jej
ulubiony spiker telewizyjny - George Morris właśnie zapowiadał
jakiś program.
-...na poranne wiadomości - tylko tyle zdołała usłyszeć.
Natychmiast pokazał się ekran tytułowy wiadomości i z głośników
zaczął sączyć się bardzo denerwujący motyw muzyczny. Po -
na szczęście krótkiej - chwili pojawił się ubrany w garnitur
prezenter, siedzący przy szklanym stole.
- Witamy państwa w porannej edycji Wiadomości! - powiedział i
kamera zbliżyła się do jego twarzy.
- Niestety, problem korupcji w USA wciąż narasta. Nasi
reporterzy przyjrzeli się mu i sporządzili specjalny reportaż.
- Bla, bla, bla... - szepnęła do siebie Maggy i osunęła się
w fotelu. Tak jak podejrzewała, reportaż okazał się nudny i
nie dowiedziała się niczego nowego. Po kilku minutach znów
zobaczyła prezentera. Przez jakiś czas nic nie mówił. Widać
było, że uważnie słucha głosu w słuchaweczce. Grymas na
jego twarzy wyjawiał zdziwienie i zaintrygowanie. Maggy
wyprostowała się i odłożyła miskę z chrupkami.
- Właśnie dostaliśmy specjalny komunikat... - powiedział po
chwili. - Sześćdziesiąt samolotów, nie wiadomo niestety,
jakiego typu, przeleciało przed kilkoma minutami nad
Waszyngtonem i doszczętnie go zniszczyło... Nikt nie był
przygotowany na taką okoliczność. Całe szczęście, że
prezydent pojechał do Paryża, na konsultacje w sprawie nowych
technik wojennych... Proszę nie wychodzić z domu i słuchać
naszych komunikatów... Proszę także o nie panikowanie. Boże,
błogosław Amerykę!
Maggy mocniej zabiło serce. Zadzwonił telefon. Zerwała się z
kanapy i szybko pobiegła go odebrać.
- Słucham.
- Maggy, Maggy, słyszysz, co się dzieje? - usłyszała w słuchawce
znajomy, kobiecy głos, lecz nie mogła skojarzyć go z
odpowiednią osobą. Głos był tak rozedrgany, iż Maggy zdawało
się, że tajemnicza kobieta zaraz wybuchnie histerycznym płaczem.
- Przepraszam, a kto mówi? - Margaret zapytała ze spokojem.
- Nie poznajesz mnie? - wyjąkała kobieta.
- Jeśli się pytam, to chyba nie poznaję! - powiedziała z
nieukrywaną złością Maggy. Ludzka głupota bardzo ją
denerwowała.
- To przecież ja, ciotka March.
- Ach, ciociu... Przed piętnastoma minutami włączyłam
telewizor.
- To dobrze. Obdzwoniłam już Teda, Johna, Ann i Jamesa. Będę
dzwonić dalej. Ty dzwoń do swoich znajomych.
- W porządku, ciociu - odpowiedziała Maggy, chociaż wcale nie
miała zamiaru realizowania polecenia cioci. Każdy zwyczajny,
szary człowiek włącza rano radio lub telewizor. A już na
pewno ludzie tak do bólu przeciętni, jak większość jej
znajomych.
Ciotka odłożyła z głośnym trzaskiem słuchawkę. Maggy wróciła
do pokoju z telewizorem. Przy stole, oprócz prezentera, siedział
jakiś dziwny starszy facet.
- Pierwsza myśl, jaka każdemu zapewne natychmiast przyszła do
głowy, to odwet Al-Kaidy i afgańskich fanatyków religijnych za
wtargnięcie amerykańskich wojsk do Afganistanu. Inna wersja
jest taka, że atak był odwetem Iraku, także za wtargnięcie
naszych wojsk do ich państwa. Która wersja jest bardziej
prawdopodobna?
- W tej chwili można jedynie się domyślać. Nie znane są nam
żadne fakty dotyczące tego ataku - wyrzęził starszy facet i
napił się wody.
Prezenter znowu nasłuchiwał głosu w słuchaweczce. Po kilku
sekundach przeraźliwej ciszy powiedział:
- Mamy dobrą i złą wiadomość. Dobra jest taka, że udało się
zestrzelić siedem z tych samolotów. Zła natomiast... - przełknął
ślinę. - Samoloty zmierzają w kierunku Los Angeles...
Maggy zbiegła do piwnicy. Po drodze wzięła z kuchni stary
garnek. Osłoniła nim twarz i usiadła skulona za szafą. Serce
biło jej z oszałamiającą prędkością, bała się jak nigdy
w życiu. Zaczęła głośno odmawiać modlitwę, choć ciężko
jej było wykrztusić jakiekolwiek słowo.
Usłyszała przeciągły świst i kilka wybuchów. Dom zatrząsł
się w posadach. Z sufitu zaczął lecieć tynk. Zamknęła oczy.
Usłyszała jeszcze kilka następnych świstów i wybuchów,
coraz głośniejszych. Nagle całym jej ciałem szarpnął
potworny ból.
Otworzyła oczy.
Leżała skuta grubymi łańcuchami na dużym łóżku z elegancką
białą pościelą. Chciała zapytać się kogoś, gdzie właściwie
się znalazła, lecz... po prostu nie mogła.
Podeszła do niej dziwna postać w czarnej szacie i pogładziła
ją bardzo delikatnie po twarzy.
- Uspokój się, uspokój. Wszystko już jest w porządku...
Postać odeszła. Maggy spróbowała podnieść głowę. Tego także
nie mogła zrobić. Nie mogła wcale się ruszyć, ani wykonać
żadnej czynności.
- Jesteś w czyśćcu... Będę twoim opiekunem. Możesz zadać
mi trzy pytania.
Poczuła, że wraca jej czucie w całym ciele.
- Proszę powiedz mi, dlaczego tu jestem? Wymień choć jeden
poważny grzech jaki popełniłam.
- Zamordowałaś bardzo wiele osób.
Postać wyciągnęła pomiętą, pożółkłą gazetę. Był tam
jakiś wykres. Chudy, kościsty palec wystający z czarnego rękawa
wskazywał na najwyższy słupek. Maggy przeczytała nagłówek
artykułu: "George W. Bush po raz drugi prezydentem!".
Czy głosowanie na Busha w ostatnich wyborach prezydenckich było
grzechem?
Chciała już o to spytać, ale w ostatniej chwili powstrzymała
się. Pomyśli nad tym. Do głowy przyszło jej inne pytanie, na
które odpowiedź bardzo ją ciekawiła.
- Jaka jest przyszłość USA i całego świata?
Przed jej oczami pojawił się ogień i tłumy uciekających
przed nim ludzi. Słyszała wrzaski, strzały i wybuchy. Czuła
odrażający odór gnijących i spalonych ludzkich ciał.
Krzyknęła. Okropna wizja natychmiast zniknęła.
- Kto to spowodował?
Dziwna osoba wyszła z sali. Po chwili powróciła. Oprócz jej
kroków Maggy słyszała jeszcze głośny, miarowy stukot. Szybko
podniosła głowę, by zobaczyć, co jest źródłem tego dźwięku.
Postać prowadziła wielkie lustro na kółkach...
| fido bezczelny |
filko@poczta.onet.pl
<<< poprzednie::::
^^ do góry ^^ ::::
następne >>>
|