Opowiadania
Czytelników


Cykle / Powieści

Listy / Inne

POWRÓT DO
AM



 
  <<<poprzednie :::: następne >>>
 

:::: military ::::

Przyjdzie czas


Słońce wstawało z trwającego niemal tydzień letargu, leniwie obejmując swymi ramionami coraz to większe połacie terenu. Z mroku, który panował nad wiecznie białą krainą, wyłaniały się kolejne wydmy, pagórki i kikuty drzew, które niegdyś wznosiły ponad trawiastą przestrzenią swe bujne korony. Cienie resztek dawnej świetności prześlizgiwały się po śniegu, robiąc się coraz dłuższe, aż do momentu, w którym słońce zaczęło osiągać zenit. Ciemne piktogramy znikały, pozwalając bieli zawładnąć okiem, które spoglądało na okolicę.

Źrenica kurczyła się, atakowana jasnością bijącą zarówno z nieba, jak i z ziemi. Jej niespokojne ruchy zdradzały niepokój człowieka, który uważnie czegoś wypatrywał, utkwiwszy wzrok w horyzoncie ozdabianym gdzieniegdzie pulchnymi wypukłościami.
Mężczyzna nie był ani wysoki, ani dobrze zbudowany, chociaż na pierwszy rzut oka zdawało się, że jest wręcz przeciwnie. Ubrania z wilczej skóry przydawały mu masy, stwarzając iluzję tęgości. Twarz, owinięta nieudolnie skrawkiem podartej płachty, nie zdradzała żadnych emocji. Oczy były rozbiegane, ale zimne, wpatrujące się gdzieś w dal. Nogi, odziane w grube, wysokie, ciemne buty, zakopane się po kolana w białym puchu w próbowały przeciwstawić się dmącemu z szatańską siłą wiatrowi.
Wzrok postaci napotkał to, czego szukał. Zza wzgórza wyłaniała się sylwetka wysokiego mężczyzny, odzianego w długi płaszcz, którego poły swobodnie tańczyły do melodii wichru. Krok po kroku, wbijając stopy w skrzypiący śnieg, persona zbliżała się do obserwatora.

Stanęli twarzami ku sobie. Ten niższy, w wilczej skórze, zdjął zasłaniający aparycję szal szybkim ruchem, ukazując złamany nos oraz nieco skrzywiony podbródek. Jego sąsiad postąpił odwrotnie - zarzucił na głowę kaptur, chociaż nie miał nic do ukrycia; jego twarz była taka, jak setki innych spotykanych w każdym zakątku świata - nie tyle nijaka, co bez wyrazu.
Ubrany w czerń, oczekiwany najwyraźniej przybysz sięgnął po miecz, którego pochwę miał uczepioną pasa. Długie, cienkie ostrze zabłysnęło, przedzierając się przez lodowate powietrze i wydając przy tym cichy świst. Mężczyzna przyjął pozycję szermierczą, chwytając broń w prawą rękę, a lewą nogę wysuwając w tył. Zatoczył nadgarstkiem koło, po czym szybko zaatakował, obejmując rękojeść obiema dłońmi.


Wcześniej, dużo wcześniej...


- Panie! Co pan za ceregiele odstawiasz? Ino się zjadą co roku takie chłystki, od razu jakieś pretensje do człowieka - tłusta, przepocona kobieta dawała upust swym, najwyraźniej długo skrywanym, uczuciom - Bier pan, albo nie! Nie będziesz mi tu rzyci zawracał, kiedy poważna klientela trzy łokcie obok rwie się złożyć zamówienie!

Zrezygnowany, popatrzał na "poważną klientelę", na którą składali się głównie grubi, obwinięci w jedwabne płaszczyki kupczykowie, dorabiający na boku przemytem lub prowadzeniem burdeli. Zdjął ręce z przegniłej lady, po czym skierował się do pomieszczenia, które tutejsi zwykli nazywać "toaletą". Mimo, że łatwiej było owe miejsce utożsamić z oborą, w niewielkim, mrocznym pomieszczeniu znajdował się wychodek (z którego, sądząc po zapachu, nie wybierano zawartości od tygodni), balia z wodą oraz odłamek lustra, które niegdyś mogłoby nawet uchodzić za lustro.
Nachylił się nad misą, chcąc przemyć twarz, ale zrezygnował, ujrzawszy weń rzeczy pochodzenia organicznego, nie nadające się jednak do pielęgnacji skóry. Spojrzał zatem w lustro, a zobaczył w nim szatyna w dość młodym wieku, z krótkimi włosami, przyodzianego w powłóczystą, podniszczoną szatę, charakterystyczną dla wędrownych kupców. Westchnął, obrócił się na pięcie i wyszedł z pokoiku, trzaskając spróchniałymi drzwiami. Przeszedł przez salę główną gospody, gdzie przed kilkoma momentami właścicielka zrugała go za krytykę potrawy jej autorstwa. Zręcznie wyminął oświetlane kominkowym ogniem stoliki, zajęte przez pijanych, rozwrzeszczanych "poważnych klientów", energicznie otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz. Mimowolnie obrócił się i zawiesił wzrok na jedynej osobie, która nie pasowała do brukowego towarzystwa.

Średniego wzrostu blondynka z kręconymi włosami, kształtnym ciałem i twarzą, którą zdobiły duże, zielone oczy umknęła wcześniej jego uwadze. Przez poderwany nagle do pracy umysł przemknął nagle błysk. Znał ją, ale nie wiedział skąd. Mogło być, że zderzyli się ze sobą na targowisku, ale pewności nie miał. Kiedy siedziała teraz tam, w kącie, patrząc gdzieś, być może nawet na niego, zdawała się być cieniem, nie rzucanym przez nic widocznego.
Wiatr musnął jego lice, strącając z nich krople potu. Odwrócił się od nieznajomej i odetchnął świeżym, nocnym powietrzem. Doszedł do niego zapach dzikich jabłek, porastających niczyje drzewa zdobiące centrum niewielkiej mieściny. Postąpił kilka kroków wprzód, wstępując w bujną trawę, zerknął na księżyc, po czym usłyszał znajomy głos.

- Gdzie się szlajasz, knurze niedomyty? Parszywy wieprzu, wracaj mi natychmiast, ruszamy nazajutrz, a ty po oberżach będziesz się włóczył? Kram sama zwinęłam, kiedy ty się za niedomytymi dziwkami rozglądałeś, ale koni o świcie zaprzęgać nie będę!
Niska, dość ładna, ale wyjątkowa zadziorna kobiecina nadciągała od strony rozbitego opodal namiotu, przy którym wypoczywała para koni, zwykle wykorzystywana do ciągnięcia stojącego obok nich wozu.

Dopadła go niczym sęp padlinę, po czym zasypała salwami przekleństw, złorzeczeń i wyzwisk, jakich nie powstydziłby się najgorszy męt w tej dziurze, a jakie były dość niecodzienne w ustach kochającej i wrażliwej, przynajmniej z definicji, żony. Kiedy atak ustał, mężczyzna bez słowa ruszył do prowizorycznego domu, który sam stawiał przez godzinę, a który w końcu okazał się "jak dla wieprza, mężu drogi, ale ten wieprz musiałby być wyjątkowo świński".



Tętent kopyt rozbudził kupca w samym środku nocy. Rozejrzał się po pomieszczeniu, otępiały i zdezorientowany. Przez na wpół prześwitującą płachtę, służącą za ścianę, dostrzegł pomarańczową łunę na granatowym, bezchmurnym niebie. Zebrał cały zapas dobrej woli, jaki w nim jeszcze się ostał, po czym ostrożnie, aby nie zbudzić małżonki, wychylił głowę na zewnątrz.
Pomyślał, że noc wyjątkowo dziś jasna, rozglądając się wokół, ale też dość głośna. Postawił stopę na wilgotnej trawie, a następnie, rozbudzony już, stanął w wyproście - i niemal został stratowany przez przebiegającego konia, rżącego i wierzgającego kopytami. Zaraz potem uniknął zderzenia ze świnią, wilczych rozmiarów psem, dwoma krowami i rozgdakanym drobiem, pędzącym na łeb, na szyję w głębię ciemnego lasu. Spojrzał w stronę miasteczka i uświadomił sobie, co jest przyczyną zwierzęcej gonitwy.

Kolejne budynki stawały w ogniu. Żywioł szybko pożerał drewniano-ceglane zabudowania, nie powstrzymywany przez nikogo. Gryzący dym rozprzestrzenił się już po całej okolicy, spokojnie podróżując w bezwietrznym powietrzu. Gorąco zbliżało się, w kierunku wskazywanym przez złote jęzory. Mężczyzna czuł żar, usypiający i hipnotyzujący zarazem.
Dziwiła kupca ogłuszająca cisza, która zapanowała po oddaleniu się zwierząt. Szmer wiatru nie był zakłócany żadnymi krzykami; nikt nie wołał o pomoc, a dogorywającego miasta nawet nie próbowano ratować. Trzaskanie płonącego drzewa łączyło się z dźwiękiem zawalających się chat w symfonię zniszczenia nie powodując ni ogólnego przerażenia, ni paniki, ani też jakiekolwiek innej reakcji.

Z czasem dało się wyodrębnić jednostajny, powtarzający się dźwięk. Było to ciche, głuche dudnienie, niesione echem wśród zgliszczy i dalej, tam, gdzie niszczycielska natura już nie sięgała. Odgłos stawał się coraz wyraźniejszy i stojący bez ruchu, półnagi mężczyzna rozpoznał tętent końskich kopyt uderzających o udeptany grunt.

Z rozedrganego od gorąca powietrza wyłoniły się sylwetki jeźdźców. Wpierw niewyraźne, nabierały kształtów opuszczając teren będący pod władaniem ognia. Pięciu konnych powoli przemierzało drogę wiodącą z miasta, kierując się wprost na obozowisko kupca. Każdy z nich jechał na brązowej maści rumaku, objuczonym kilkoma niewielkimi pakunkami. Wszyscy uzbrojeni byli w miecze, przewieszone na plecach, bądź też przypasane u boku. Nie wyglądali jednak jak rycerze, a raczej jak renegaci lub najemnicy. Mieli na sobie utkane z grubych, łańcuchowych oczek kolczugi; posiadali również żelazne naramienniki, a mimo rynsztunku jechali niemal bezgłośnie.
Ten, który wysunął się na czoło, ruchem ręki nakazał swym kompanom zatrzymać się. Sam ścisnął lejce, zdzielił swe zwierzę mocnym chlaśnięciem i zbliżył się do nieruchomego obserwatora. Zbadał go wzrokiem, spojrzał na obozowisko i znów na zamarłego, czy to z przerażenia, czy też ze zdziwienia, mężczyznę.

Jeździec sięgnął po swój oręż - długi miecz o drewnianej rękojeści obwiązanej skórą, który był tyleż ostry, co lekki. Przystawił grawerowane ostrze do gardła kupca.
Ruchy nieznajomego były niesamowicie szybkie. Handlarz, w ostatniej chwili odzyskawszy przytomność umysłu, ledwie uniknął cięcia, które gdyby trafiło, niechybnie skróciłoby go o głowę. Upadł na plecy, przeturlał się na brzuch, po czym, podpierając się rękoma, zerwał się do szaleńczego biegu do namiotu. Chciał krzyczeć, ale głos uwiązł mu w gardle, powstrzymywany szaleńczymi, nierówno nabieranymi haustami powietrza.

Dopadł miejsca swego niedawnego wypoczynku w chwili, kiedy podjeżdżający doń jeden z członków orszaku rzucał płonącą pochodnię. Żarzący się kawał drewna upadł wprost na zadaszenie i nieco przygasł przy lądowaniu na zroszonym materiale, aby po chwili zapłonąć jasnym płomieniem. Ogień szybko się rozprzestrzenił, zacieśniając krąg dokoła śpiącej kobiety.
Kupiec odsunął się od bijącego gorącem, jaśniejącego namiotu. Robiąc kilka chwiejnych kroków w tył, natknął się na zamachniętą pięść konnego, który bez pośpiechu zdążył zeskoczyć ze swego rumaka. Okryta czarną rękawicą nabijaną ćwiekami dłoń trafiła wprost w nos, druzgocząc jednocześnie kości policzkowe. Napastnik podniósł drugą rękę, w której dzierżył miecz, i uderzył, nie siląc się nawet na przyjęcie jakiejkolwiek postawy.
Ostrze przebiło brzuch handlarza lekko, przechodząc przezeń niczym przez mokrą glinę. Z rany popłynęła struga krwi, a raniony, natychmiast straciwszy przytomność, osunął się bezwładnie na ziemię.


A dni, miesiące i lata mijały...


Bajarz z nikłym skutkiem próbował uspokoić rozwrzeszczane dzieci, które zbierały się, aby wysłuchać jego historii i proponowały, o czym to ona może traktować. Siedzące na podłodze szkraby, powoli usypiające w leniwym blasku wielu płonących w przestronnej sali świec, miały zadziwiająco duży zapas energii i nie pozwalały zmorzyć się przez sen. Starzec, usadowiony w wygodnym, drewnianym fotelu, wyraźnie już zdenerwowany rozbawieniem słuchaczy, uderzył nagle trzymaną w dłoni laską o wymoszczoną miękkim materiałem podłogę. Jedno z dzieci, przestraszone srogością staruszka, odruchowo odskoczyło w tył, trącając niechcący przechodzącą oberżystkę, rozlewającą piwo pozostałym klientom tego porządnego, cichego lokalu. Potężna kobieta zatoczyła się, zaklęła, a następnie upadła wprost na masywnego woja, chciwie żłopiącego złocisty trunek.
Wysoki, umięśniony żołdak zakrzyknął, obrzucił kobietę kilkoma obelżywymi uwagami i schylił się po hełm, który spadł z ławy przy uderzeniu oberżystki. Ujął część swego wyposażenia w ręce i starł z tego arcydzieła sztuki płatnerskiej krople piwa, rozbite o srebrzystą powierzchnię. Odłożył szyszak, usadowił się wygodniej na taborecie i poprawił zielonogranatowy płaszcz, który zdążył się zaplątać w nogi zydla, po czym spojrzał uważnie na swego rozmówcę.
- Urwanie głowy z tymi babami. - wojak począł kontynuować przerwaną nagłym wypadkiem dyskusję - Nieważne. Mówiłeś, że kogo tu widziałeś? Po kiego diabła miałby tu zawitać jeden z najbardziej poszukiwanych zbójów w okolicy? I po jaką zarazę waść go podpatrujesz?
Niski, zakapturzony człowiek, siedzący naprzeciw woja, milczał, wpatrując się ponurym wzrokiem w nieokreślony punkt.
- Nieważne. - podjął żołnierz - Natomiast ważna jest cena. Niech się złudnie nie zdaje, że skoro jesteśmy w słabo strzeżonym grodzie, to... czyn... będzie tani. O, nie, waść zapłacisz, jeśli ma być zrobione. I tak masz szczęście, że mnie spotkałeś. Zapewne nikt inny zlecenia by nie przyjął, a ja tu jestem wyłącznie przejazdem. No, bo widzi waść, odłączyłem się od oddziału, ale cicho - nie żeby lewizna, ale...
Przemowę przerwał milczący "zleceniodawca", który, nie wynurzając głowy spod przepastnego kaptura, sięgnął dłonią pod poły swego obszernego płaszcza i wyciągnął kiesę wypełnioną monetami. Twarda waluta zabrzęczała, rzucona na stół, co spowodowało nagłe rozszerzenie źrenic samotnego wojownika, który aż pochylił się na tak piękny widok.
- Ciszej, waść - syknął uśmiechający się woj, szybko sięgając po skórzany woreczek - Jedno trzeba tobie przyznać. Dobry z waszmości dyskutant.
Oboje upili łyk piwa.
- Umowa dobita, więc. - orzekł żołdak - Przyznam, iż wpierw suponowałem, że mości pan żarty sobie stroi, chcąc strudzonego wojaka do głupoty pchnąć. Ale teraz, to co innego. A powiem waści, że nie spodziewałem się, że interes ubiję na tym diabelnym pustkowiu. Odkąd trwa ta przeklęta zima, mój talent do targowania się zniżkuje. Ile to już... Trzy lata? Cztery? Ten cholerny mróz jak trzymał, tak trzyma, ubił mi stado krów i małżonkę. - mężczyzna przystawił do ust kufel - To były dobre krowy - powiedział zniżonym głosem, zasmucony na to ckliwe wspomnienie.

Zakapturzony rozmówca poruszył się, znudzony przeciągającą się rozmową.
- Nieważne, do diaska - rzekł woj, na którego chmielowy trunek zaczął wywierać widoczny wpływ. - Jak waść mówiłeś? Wysoki, w czerń przyodziany i z mieczem, tak? Nietrudno będzie go odszukać. Większość tutejszych to rolnicy, z wyglądu biedni, od kiedy ta cholerna zima pokryła cały gówniany świat. Mądrze byłoby się zastanowić, jak rzeczonego sukinsyna zwabić w zasadzkę. Nie jestem tchórzem, na bogów, ale chyba waść nie sądzi, że porwę się na najsłynniejszego chłystka w tym rejonie ot tak, rzucając mu w twarz rękawicę?
Cichy zleceniodawca wstał, zdecydowanym i szybkim ruchem odsuwając taboret spod nóg.
- Zająłem się tym - powiedział cicho, kierując się w stronę drzwi.



Było cicho, jasno i zimno. Nogi zapadały się po kolana w idealnie biały puch, a ręce drżały mimo wilczej skóry, w jaką były owinięte. Słońce, będąc w zenicie, zdawało się być jedynie ozdobą na błękitnym niebie; ozdobą niedającą jakiegokolwiek ciepła, nie napawającą również otuchą ludzi, którzy co rano patrzyli weń z nadzieją, że roztopi wreszcie lody skuwające ogromne połacie ziemi.
Wypatrując nadejścia oczekiwanego gościa, mężczyzna utkwił wzrok w oddali. Nie zwracając uwagi na szczypiący mróz, ani na drażniący oczy wiatr, trwał niewzruszony na swym stanowisku.
Drgnął. Ujrzał go. Przyszedł. Właściwie nie miał prawa nie przyjść - płatni zabójcy są honorowi i zawsze dotrzymują umowy. Wykonują zlecenie. A kupiec zlecił mu zabicie najpewniejszej na przynętę osoby - samego siebie. Kiedy wysyłał doń posłańca, miał w oczach widok rzuconej pochodni, która, tląc się złowrogim ogniem, upadła wprost na jego i jego małżonki namiot. Widział twarz człowieka, który rzucił rozpaloną żagiew. Widział ich wszystkich, tak jak i słyszał wrzask zbudzonej gorącem kobiety, docierający do jego podświadomości wtedy, kiedy leżał przebity grawerowanym ostrzem.

Odziany w czerń morderca podszedł do wskazanej mu ofiary. Błyskawicznie schwycił miecz, zapierając się nogami w skrzypiącym śniegu. Cofnął lewą stopę, lewą rękę lekko uniósł, odchylając ją w tył. Zataczał w powietrzu okręgi, wprost przed twarzą handlarza, widząc dokładnie jego twarz, lecz nie kojarząc jej z tym konkretnym zdarzeniem.
Zaatakował, siekąc od góry. Oponent uchylił się, nie wyciągnął jednak żadnej broni. Płaszcz asasyna zawirował, kiedy ten ciął z obrotu, znowu jednak nie trafiając. Były handlarz zaczął się wycofywać, robiąc drobne kroki w kierunku pniaka, wystającego z ziemi nieopodal. Ustawił się plecami pod słońce, tak, aby oślepić zamaskowanego najeźdźcę. Ostrze ponownie utrafiło w pustkę, chybiając odchodzącego celu. Zleceniobiorca tym razem chciał uderzyć po prostej, w pierś. Brał zamach, kiedy kupiec nagle uskoczył.

Zza pnia wychyliła się postać okuta w zbroję, jaką zwykli nosić królewscy wojownicy - niepełną, z ochraniaczami na piszczele, tors i głowę, zakrytą po części, seledynową peleryną. Pokaźnych rozmiarów zbrojny dzierżył w dłoni długi, drewniany łuk. Lewą dłonią sięgnął do zawieszonego na plecach kołczanu. Wyjął zeń strzałę, napiął cięciwę, a następnie zwolnił uchwyt. Pocisk wystrzelił z morderczą prędkością; ciał powietrze ze świstem głośniejszym od wiatru. Trafił prosto w pierś zdziwionego najemnika, przebijając jego serce na wylot i wychodząc plecami.
Zabójca upuścił miecz, wyprężył się z bólu i zatoczył. Upadł na kolana, a po chwili legł na wznak. Krew wypływała z rany, brudząc śnieżnobiałą powierzchnię i kontrastując z nią tak, jak życie kontrastuje ze śmiercią.
Kupiec podszedł niespiesznie do ciała, przyglądając mu się z namysłem. Ten był pierwszy. Na resztę przyjdzie czas. Nieważne gdzie ani jak. Przyjdzie czas...


military

militarypolice@wp.pl


<<< poprzednie:::: ^^ do góry ^^ :::: następne >>>