Wzgórze Czarów
W tej samej chwili ostrze strzały ugodziło napastnika. Głuchy
jęk bólu wydarł się z piersi ranionego i ogromne cielsko padło
na ziemię. Mellanor ostatkiem sił podniosła swój miecz i
tarczę z herbem rodu Elfów Puszczańskich. Cienka strużka krwi
płynęła jej po policzku z rany na skroni.
Dziewczyna rozejrzała się dokoła. Było to posępne miejsce,
obdarte gałęzie drzew i spalona ziemia tworzyły cały rozległy
krajobraz. Powoli na niebie zaczęły się zbierać chmury, tworząc
nieprzepuszczalną dla promieni słonecznych barierę.
Niespodziewanie ciszę panującą dokoła przerwał krzyk zbliżających
się orków. Oto nadbiegał z północy hufiec czarnych żołnierzy
Saurona. Dziewczyna dosiadła konia, lecz ten po chwili ugiął
kolana i padł martwy od strzały wroga. Śmierć zbliżała się
nieuchronnie z każdą chwilą. Pierwsze krople deszczu zaczęły
spadać na ziemię. Mellanor wiedziała, że przyjdzie jej umrzeć
tu w tym dzikim kraju. Z dumnie podniesionym czołem stanęła do
walki, dzierżąc w ręku Elengila.
Nagle z południowego gościńca dało się słyszeć tętent
kopyt. Oddział konnych zmierzał w jej stronę.
- Ulairi - przemknęło jej przez głowę - To już koniec.
Niebezpieczeństwo przybliżało się z każdą chwilą. Jeździec
w czarnym płaszczu pędził prosto na nią. Fala zimna ogarnęła
ją całą. Czuła jak oczy zachodzą jej mgłą, a myśli powoli
odpływają. Ktoś z siłą poderwał ją z ziemi. Ostrze miecza
błysnęło tuż przy jej twarzy i mimowolny krzyk wydarł się z
piersi dziewczyny. Z oddali dochodziły jeszcze do niej krzyki
orków i szczęk mieczy. Powoli czuła jak zanurza się w ciemność
. . . odgłosy bitwy oddalały się . . . zamknęła oczy i poczuła
jak jej ciało spada w otchłań . . .
Obudziła się; krzyk zamarł jej w piersi, a strach przed
nieznanym paraliżował ciało. Otarła wierzchem dłoni mokre
czoło i szczelniej przykryła się kocem.
***
- Wczoraj - zaczął mówić Taredhel.
- Nie mówmy o tym - przerwała mu kobieta. Po chwili zaś dodała
: - Dziękuję.
Elf więcej się nie odezwał. Jechali wzdłuż bystrego nurtu
rzeki Anduiny, posuwając się teraz na północ. Była to posępna
okolica, pełna zdziczałych drzew i suchych krzaków. Odkąd
Czarownik osiadł w Dol Guldur cały las zatopił się w sieci
mroku i niepokoju. Wieczorem tego dnia minęli pierwsze osady Leśnych
Ludzi, niegdyś tętniąca życiem, teraz zaś opuszczone z
powodu gromadzącego się cienia. Około północy rozbili obóz.
Księżyc zdołał już wzejść wysoko, lecz Mellanor nie mogła
zasnąć. Wstała i udała się nad brzeg Wielkiej Rzeki.
Wydarzenia dnia wczorajszego jeszcze teraz napawały ją strachem.
Jakże była nieostrożna wybierając się sama na obszary bezpośrednio
leżące w okolicach Wzgórza Czarów. Gdyby nie nadjechał
Taredhel z zastępem Elfów Puszczańskich, najpewniej by zginęła.
Pochyliła lekko głowę i zanurzyła dłonie w chłodnawej
wodzie.
W pewnej chwili usłyszała cichy szept strzały, gdzieś za
swoimi plecami. Powoli obróciła się i zilustrowała sytuację.
Niedaleko przed nią, na stromym wzgórzu stało wojsko wroga.
"Nieprzyjaciel na wzgórzu !!!"
***
Gwałtownie sparowała cios zaciskając dłonie na rękojeści
srebrnego miecza. Czuła, że opuszcza ją resztka sił. Pozwoliła
przeciwnikowi uderzyć drugi raz, a następnie wykonała
zwodniczy piruet i zaatakowała od góry. Bestia padła na ziemię
brocząc krwią jej królewskie szaty. Kobieta rozejrzała się
dookoła ze strachem. Szybko zilustrowała sytuację.
- Kellen - krzyknęła - Gdzie jest mój mąż ?!
- Nie wiem Pani - odparł elf.
Mellanor ostatkiem sił chwyciła swoją tarczę, wytarła miecz
zbroczony krwią i ruszyła na poszukiwanie Taredhela. Powoli
obchodziła trupy wrogów i przyjaciół. Walka była skończona,
tylko z daleka jeszcze słychać było głuche odgłosy uderzania
żelaza o żelazo. Bała się; strachem napawała ją myśl, że
zaraz zobaczy ciało małżonka. Nagle usłyszał strzałę świszczącą,
zmierzającą w jej stronę.
Odwróciła się gwałtownie i złapała ją w locie. Z prawej
strony doszedł ją głuchy tętent końskich kopyt. Oto nadciągał
ku niej spory oddział orków i ludzi z północy. Okrzyk przerażenia
zamarł jej na ustach.
- Kellen ! - krzyknęła. - Uciekaj !
Kolejna strzała i kolejny unik. Pierwsza fala runęła na nią
już po chwili. Zwinnie parowała ciosy i uciekała od ostrzy
mieczy. Jednak, gdy konnica wyjęła łuki i zaczęła mierzyć w
nią ostrzem strzał, zwątpiła w tą iskierkę nadziei, która
jeszcze w niej się tliła. Wiatr z południa przyniósł mdlącą
woń posoki. Nie zauważyła zbliżającego się od tyłu orka.
Nagle poczuła, że nie jest w stanie utrzymać miecza w dłoni.
Niewidzialna obręcz ścisnęła jej serce, a niedosłyszalny
krzyk uwiązł w gardle. . .
Osunęła się z jękiem na ziemię . . . . . . . . .
nabuchodonoZorka
nzorka@poczta.onet.pl
<<< poprzednie::::
^^ do góry ^^ ::::
następne >>>
|