The Sins Of Thy Beloved - "Perpetual Desolation"



Pamiętacie może taką grupę jak Theatre Of Tragedy? Jeżeli tak to płytka "Perpetual Desolation" norweskiego The Sins Of Thy Beloved powinna przypasć Wam do gustu. Szczególnie za sprawą wokalistki Anity Auglend, której głos do złudzenia przypomina Liv Kristine z Teatru. Ci, którzy mieli już doczynienia z taką muzyką zgodnie stwierdzą, że nie wnosi ona nic nowego do i tak już nadmiernie wyeksploatowanego gatunku jakim jest doom/gothic metal. Ale, czy tu chodzi o to, aby wprowadzać co raz to nowsze elementy? No oczywiście, że nie! Ta muzyka, chociaż jest nieco wtórna, nadal pozostaje piękną. Nigdy nie odbierałem tego jako wadę, po prostu kierowałem się maksymą "carpe diem" - to w zupełności wystarczy.

Pierwszy utwór "The Flame Of Wrath" poprzez swoje klawiszowe pasaże kojarzy mi się z dokonaniami Cradle of Filth. Jest tajemniczo, mrocznie z lekkim powiewem erotyzmu zupełnie jak na albumach Wampirów. Ale to tylko namiastka tego, co możemy tutaj znaleźć. Zdecydowanie najlepszym kawałkiem na albumie jest "Forever". Genialne partie skrzypcowe, głęboki growl wokalisty. Muszę wspomnieć, że to właśnie skrzypce dominują na płytach norweskich grzeszników, klawisze tworzą tylko bardzo nastrojowe tła. To właśnie dzięki nim muzyka staje się ciekawsza - doskonały przykład jaką ważną rolę odgrywa dziś w metalu muzyka klasyczna. Dałbym sobie głowę uciąć, że w tym kawałku śpiewa Liv Kristine - ta sam barwa, ta sama zmysłowość... Słuchajac tej płyty odnosi się wrażenie, że wspomniane wcześniej skrzypce nie są tylko kolejnym instrumentem - ich zadaniem jest także wyręczenie gitarzystów od grania karkołomnych solówek. Tak tutaj mamy doczynienia z solówkami skrzypcowymi! Już widzę wasze mimy: "co? brak solówek gitarowych!". Ale spokojnie, możecie mi wierzyć na słowo to się sprawdza w stu procentach. W pewnych fragmentach "Partial Insanity" słychać bardzo dobrze wyeksponowany bas, który jest tutaj niezastąpiony. Krążek nie jest także pozbawiony różnych elektronicznych smaczków. Na przykład na samym początku "The Mornful Euphony" mamy doczynienia z ciekawymi samplami. Nie inaczej jest w kończącym album coverze Metalliki - "The Thing That Should Not Be", który jest chyba najbardziej oryginalnym coverem jaki słyszałem. W zwrotce śpiewa kobieta, refreny to iście diabelski growl, a całości towarzyszą apokaliptyczne klawisze. Można pomyśleć, że gitary są obsadzone przez Jasona i Kirka, jednak podczas solówki zamienili je chyba na jakieś skrzypce, które w ogóle są jakieś dziwne i przypominają szkockie dudy! Efekt końcowy jest porażający.

Dla żyjących tylko taką muzyką to pewnie kolejny "produkt" wzorowany na ojcach gatunku, jednak dla spragnionych nowych wrażeń ludzi, którzy na codzień słuchają czegoś zupełnie innego może okazać się wydawnictwem bardzo interesującym.

Ocena: 8+/10
© kaReL jotun@terramail.pl † † www.INFLAMES.of.pl