*** Soundgarden - "Louder Than Love" ***
Na dzień dzisiejszy Soundgarden
to już legenda - jeden z najważniejszych i
najwspanialszych zespołów poprzedniej dekady. Jego wielkie zasługi dla
muzyki rockowej są niepodważalne - wystarczy powiedzieć, że to dzięki niemu
powstała słynna wytwórnia Sub Pop. Wydany w 1989 roku "Louder Than
Love" to druga pełnowymiarowa płyta kapeli - pierwsza nagrana dla dużej
wytwórni. Faktu, że Soundgarden przestał być grupą niezależną, nie
słychać akurat w ogóle (no, może prawie w ogóle). Słychać natomiast bardzo
dobrze artystyczny rozwój i to, że mamy do czynienia z rewelacyjną, młodą
kapelą.
Największą uwagę bez wątpienia zwraca na siebie niesamowity wokal
Cornella. W porównaniu z późniejszymi albumami głos frontmana może się
wydać troszeczkę niedojrzały i taki "nieopierzony", ale dla mnie... to jest
właśnie jego największa zaleta! Bo Chrisowi nigdy już poźniej nie udało się
uzyskać tej wspaniałej, młodzieńczej ekspresji. Nierzadko jesteśmy atakowani przez zaśpiewy w wysokim rejestrze
- Cornell zbliża się w nich do maniery Roba
Halforda, co już mu się raczej nie będzie zdarzało. Cały
czas niepodzielnie góruje nad resztą instrumentów i po prostu poraża swoją
siłą. Jedno jest pewne - tak rasowego i charyzmatycznego gardła trzeba w
dzisiejszych czasach ze świecą szukać...
Sama muzyka nie pozostaje daleko w
tyle, choć jest mało przystępna. Chłopaki preferują raczej wolne tempa z
przytłaczającymi, ultraciężkimi riffami ("Ugly Truth", "Power
Trip"). Inspiracja Black Sabbath jest bardzo wyraźna, ale Soundgarden
to nie banda bezmyślnych imitatorów - starają
się wypracować swój własny styl i wychodzi im
to bardzo dobrze. Czasem wytwarzają atmosferę lekko hipnotyczną (rewelacyjny "Loud Love"),
kiedy indziej lekko "desperacką" ("I Awake"). Ich muzyka ma w sobie coś intrygującego i
przyciągającego, mimo że przecież prochu nie
wymyślili.
Wspominałem o wolnych tempach -
rzeczywiście dominują one na płycie, ale grupa potrafi urozmaicić swoje kawałki.
Zabawa z dynamiką (coraz szybsze granie jednego riffu) powoduje, że "Gun" po
prostu wciąga. Z kolei "Full On Kevin's Mom" od początku jawi się jako
prawdziwie punkowy czadzik. Niewiele ustępuje mu pod tym względem "Get On The
Snake" z riffem lekko swingującym. Porywa także bezwstydnie melodyjny "Big Dumb
Sex", który, gdyby nie "lekko" nieprzyzwoity tekst, byłby pewnie niezłym
hiciorem.
Całość wsparli rasową
produkcją Terry'ego Date'a. Ogólnie świetna płyta, nie tracąca nic ze swojej
świeżości do dziś. Dobry wstęp do tego, co miało dopiero
nadejść...
OCENA: +8/10