*** Red Hot Chili Peppers - "By The Way" ***
Przyznam, że płytę tę kupiłem trochę w ciemno. Po prostu bardzo spodobał mi się singlowy kawałek By the Way i tyle. No, może powiem jeszcze, że duże wrażenie wywarły na mnie wcześniejsze przeboje grupy, takie jak Californication i - zwłaszcza Under the Bridge chyba mój ulubiony kawałek "RedHotów".
OK., koniec wstępów i przejdźmy do rzeczy. Pierwsze, jakże pozytywne wrażenie wywarła na mnie okładka. Piękna grafika, choć pomysł na nią (okładkę) chyba zerżnięty od Santany. Ale nic, pierwsze wrażenie bardzo dobre. Przyszedł jednak czas na przesłuchanie płyty. Nie powiem, usłyszawszy By the Way znów byłem happy, ale dalej było już tylko gorzej. To znaczy niby wszystko dobrze, ładnie, ale jednak coś jest nie tak jak być powinno. Coś mówi mi, że nie za często powracał będę do tego albumu... Ale co to?
Przesłuchałem płyty raz, potem drugi i już wiedziałem, o co chodzi. Mianowicie o to co inni poczytują jako największą zaletę płyty ja uważam za największy mankament. Chodzi tu o tzw spójność. Mianowicie po wysłuchaniu pięciu kawałków wiedziałem, że szósty i siódmy będą już takie same. Jakby wam to powiedzieć... po raz pierwszy ta grupa gra tak nudno, na jedno kopyto... We wcześniejszej ich dyskografii najfajniejsze było właśnie to, że nie wiedziałeś co będzie potem. Płyta ciągle zaskakiwała Cię czymś nowym. Osobiście po prostu ubóstwiam taką nieobliczalność. Albumowi z całą pewnością nie zaszkodziłyby jakieś parę ostrzejszych lub niekonwencjonalnie zagranych pomysłów. A może "RedHoci" wypalili się. Z wiekiem ubyło im pomysłów? Wątpię! Od Californication nie upłynęło znów tak dużo czasu. Więc gdzie leży przyczyna? Nie wiem. Nie moja rzecz to rozpatrywać. Ja tylko oceniam to co słyszę.
Więc pora kończyć. Napiszę jeszcze że płyta nie jest znowu taka tragiczna. Ot, nic specjalnego, a moje narzekanie bierze się raczej z niespełnionej nadziei pokładanej w tym wydawnictwie.
Ocena: 6/10