*** Queens Of The Stone Age - "Songs For The Deaf" ***


     Podczas nagrywania nowego albumu panowie Josh Homme i Nick Oliveri mieli pewnikiem ciężki orzech do zgryzienia - przeskoczyć tak rewelacyjny album, jakim był (i jest) "R", to bardzo trudna sztuka. Ale chyba się udało.

     Pierwsza rzecz, jaka rzuca się człowiekowi w oczy, to obecność "czegoś w rodzaju" stałego składu. Tworzą go, oprócz wspomnianych wyżej muzyków, były lider Screaming Trees - Mark Lanegan oraz... Dave Grohl! W roli perkusisty oczywiście. Szaleje tak, jak w czasach Nirvany - gra mocno, z niezwykłym polotem. Oprócz tego jak zwykle od groma gości - m.in. Paz Lenchantin (A Perfect Circle), Alain Johannes (Eleven), znany z poprzedniej płyty Gene Trautmann oraz Twiggy Ramirez (ex-Marilyn Manson).

     Co do samej zawartości - wydaje mi się, że całość jest trochę bardziej spójna od "R", który chwilami sprawiał wrażenie chaotycznego. Tutaj zaś muzycy stworzyli specyficzny klimat, towarzyszący nam od pierwszej do ostatniej nuty. Co nie znaczy, że kolejne kawałki są do siebie podobne - wręcz przeciwnie. Ale pomimo różnorodności strony muzycznej, charakterystyczna, wciągająca atmosfera nie znika ani na moment. Wszystko przez tą ich pustynię...

     Najbardziej przebojowy potencjał zdradzają kawałki z Homme'm na wokalu. Przede wszystkim "No One Knows" - rewelacyjny riff, przeciągły zaśpiew Josha i porywający refren z pełnym wykorzystaniem zestawu perkusyjnego. Chwilę później wcale niegorszy "First It Giveth" atakujący transowym bębnieniem. Do tego zabawny, "słodki" śpiew i akustyczna wstawka przywodząca na myśl... "Innuendo" Queen. "Go With The Flow" z kolei przypomina momentami "Monster In The Parasol" - szybkie tempo i ciekawe brzmienie gitary prowadzącej. Oraz niebywała melodyjność - znak charakterystyczny tego albumu. Jak oni to robią?

     Utwory z Markiem Laneganem wyróżniają się natomiast zdecydowanie mrocznym klimatem. Zgodnie z tytułem "A Song For The Dead" brzmi jak psychodeliczna pieśń żałobna, w której posępne chóry przeplatane są motoryczną rozwałką. Słyszałem wersję koncertową - potęga. Podobny do niego pod względem tytułu i atmosfery "A Song For The Deaf" zaczyna się dźwiękami rodem z horroru i z niepokojącej basowej zagrywki przechodzi w ciężki, sabbathowy czad. Równie kapitalny jest bujający "Hangin' Tree" z lap steelem brzmiącym chwilami jak flet.

     Basista Oliveri kilkakrotnie spróbował na tej płycie zaśpiewać "po ludzku" i nawet nieźle mu to wyszło - szczególnie w punkowo-stonerowym "Gonna Leave You" oraz "Another Love Song", gdzie główną rolę odgrywają klawisze. Nie zapomniał jednak wydrzeć się na biednego słuchacza - szczególnie w rewelacyjnym "Millionaire".

     Płyta jest perfekcyjna pod każdym względem. Naprawdę trudno o niej pisać - i tak nie odda się całej jej wielkości. Mamy do czynienia z doświadczonymi, pewnymi siebie ludźmi, którzy stworzyli dzieło jedyne w swoim rodzaju - tony rewelacyjnych melodii, bogate inspiracje, sięgające klasycznego rocka z lat siedemdziesiątych, soczyste brzmienie oraz porywająca perkusja. Naprawdę czadowy album - kupcie go, bo inaczej umknie Waszej uwadze wyjątkowa kapela.

OCENA: 10/10


© Petarda