RECENZJE PŁYT PEARL JAM
część 2
W tym odcinku widzicie kolejną porcję moich wypocin na temat płyt niezwykłego zespołu, jakim na pewno jest Pearl Jam. Zapraszam.
*** "No Code" ***
Czwarty album seattle'owskiej
kapeli wydany został pod koniec lata 1996 roku. Ponownie został obdarzony
ciekawą oprawą graficzną - tym razem mogliśmy obejrzeć sobie
144 polaroidowe zdjęcia, oczywiście o zmniejszonych wymiarach (a wśród nich
takie rodzynki, jak np. oko Dennisa Rodmana). Najważniejsza jednak jest sama
zawartość, a ta trochę zaskakiwała.
Muzycy zaproponowali nam również
kilka ciekawych pomysłów, których nikt by się po nich raczej nie spodziewał.
Rewelacyjny jest przede wszystkim "Smile", którego nie powstydziliby się wczesni
Stonesi czy Neil Young. Wrażenie to potęguje zwłaszcza harmonijka ustna.
Poprzedzający go "In My Tree" zdradza
natomiast powinowactwo z rockiem psychodelicznym. Zespół kreuje w nim wspaniały nastrój
tajemniczości. Prawdziwy popis zareprezentował tu nowy perkusista Jack Irons
(czyli człowiek, od którego właściwie wszystko się zaczęło!). "I'm
Open" zaskakuje zaś onirycznym, również nieco psychodelicznym klimatem i deklamacją Veddera,
przywołującą na myśl Jima Morrisona.
Moim zdaniem jednak
najważniejsze na tym albumie są piękne, liryczne ballady. Pierwszą zapodali już
na samym początku - "Sometimes" wydaje się być najcichszą piosenką w dorobku
kapeli. Ogromne wrażenie wywołuje "Off He Goes" - niesamowitego piękna tej
kompozycji po prostu nie da się opisać. Ten spokojny głos, subtelne dźwięki
gitary i niezwykła atmosfera... "Present Tense" jest bardziej zróżnicowany -
delikatny początek przeradza się w bardziej intensywną część środkową,
zakończoną pięknym wyciszeniem. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to właśnie ten
utwór jest prawdziwym opus magnum "No Code". Album kończy nastrojowy, akustyczny
"Around The Bend" z prostym, ale jakże poruszającym tekstem Eddiego.
Czwarty album Pearl Jam to
zdecydowanie najdojrzalsze ich dzieło - potwierdzające definitywnie, że nie jest
to po prostu "jeden z grunge'owych zespołów z Seattle", tylko grupa świadomych i
oryginalnych artystów.
OCENA: 8/10
*** "Yield" ***
Piąty krążek kapeli ukazał się na
początku 1998 roku pod ciekawym tytułem "Yield" (w tym znaczeniu "zwolnij").
Członkowie zespołu zapowiadali, że tym razem, po spokojnym "No Code", dadzą
bardziej czadu, ale szczerze mówiąc ogromnej różnicy nie ma. Słychać za to
większą niż zwykle inspirację tradycjami rocka, z Led Zeppelin na czele. Chodzi
tu przede wszystkim o specyficzne brzmienie perkusji ("Faithfull", "Pilate"). A
oprócz tego? Cóż, kolejna dobra płyta Pearl Jam.
Warto wspomnieć fakt, że autorem
tekstów nie jest już tylko Vedder - inni muzycy też dodali coś od siebie. W tym
miejscu wyróżnię słowa do "Pilate", napisane przez Jeffa Amenta - ciekawy,
frapujący tekst.
Album świetnie
otwiera "Brain Of J" z niezwykle wysokim śpiewem Eddiego. Muzyka swoją ekspresją
przywodzi na myśl wspaniały "State Of Love And Trust" (który ukazał się tylko na
singlu, zaraz po wydaniu "Ten"). Równie mocny jest "Do The Evolution" -
klasyczny rocker z ostrym riffem i zaskakującym wejściem chóru. "MFC" jest za to
najbardziej punkowym, najszybszym kawałkiem na płycie, ale jakoś specjalnie nie
porywa. Wspomniane wyżej wpływy Zeppów najlepiej chyba słychać w "Faithful" -
ciekawie skonstruowanym, bardzo udanym utworze. Inny bardzo mocny punkt to
piękny "In Hiding" ze wspaniałym wokalem Veddera, który w połączeniu z mocno
akcentowanymi gitarami daje porywający efekt. Przeciwieństwem tej kompozycji
jest "Wishlist" - monotonny, jednostajny, a mimo to bardzo dobry kawałek z
melodyjną solówką McCready'ego.
Jak zwykle pojawia się
kilka ballad - najciekawiej prezentuje się chyba zamykający wydawnictwo "All Those Yesterdays".
Tutaj kłaniają się Beatlesi - przede wszystkim za sprawą pojawiającej się
w pewnym momencie trąby. Również w tym kawałku znalazło się miejsce dla świetnej solówki,
udanie kończącej album.
"Yield" jest udaną kontynuacją
poprzednich płyt, chociaż nie wnosi praktycznie żadnej rewolucji.
Najbardziej zaskakujący jest fakt, że zespół nadal nie schodzi poniżej pewnego,
wysokiego poziomu. Ten album to potwierdza.
OCENA: 7+/10
*** "Live On Two Legs" ***
Problem pierwszej oficjalnej
koncertówki Pearl Jamu polega na tym, że jest ona jakaś taka... normalna.
Aż za normalna. Brak tu naprawdę wielkich uniesień, wyjątkowych, magicznych
momentów (z paroma wyjątkami). Dziwny jest też co nieco repertuar (brak
"Alive"?!).
Ale są też plusy. Już
na samym początku słuchamy wspaniałego, wzbogaconego porywającą solówką
"Corduroy". Jest niesamowicie klimatyczny, wręcz hipnotyzujący "Daughter"
(Vedder śpiewa tu fragmenty tekstów "Rockin' In The Free World" Neila Younga i
"W.M.A."). Gdzieś w połowie najbardziej porywająca wersja "Even Flow", jaką
słyszałem (a kilka już słyszałem :). Nie zawodzi "Off He Goes" - równie piękny,
jak na płycie. Największe wrażenie robią jednak wywołujące entuzjazm wśród
publiczności "Better Man" i "Black". Zwłaszcza ten drugi - jak zwykle wspaniale
zaśpiewany przez Eddiego, z wibrującym solem Mike'a.
Weźmy natomiast kończący album
"Fuckin' Up" Younga. Moim zdaniem wykonany zupełnie bez jaj, tak na "odczep
się". Nieładnie. Nie porywa również fragment koncertu od "Small Town" do "Red
Mosquito" (dla dociekliwych - razem pięć utworów). Wyraźnie opadło wtedy
napięcie.
Całość wypada
poprawnie - świetna jakość dźwięku, dobry poziom. Ale od tak rewelacyjnej
koncertowej grupy, jaką jest Pearl Jam wypadałoby chyba wymagać trochę
więcej...
OCENA: 6/10
Przy okazji tej części postanowiłem opisać zmiany składu zachodzące w zespole, na przestrzeni lat. Od razu trzeba zaznaczyć, że niezbyt znaczące - dotyczą bowiem tylko perkusistów. Na samym początku kariery miejsce okupował Dave Krusen, potem na krótko zastąpił go Matt Chamberlain. Na dużo dłuższy pobyt załapał się Dave Abbruzzese - grał na pierwszych trzech albumach. Pod koniec 1994 roku zmienił go Jack Irons (ex-Red Hot Chili Peppers, Eleven). Ten zagrał na dwóch płytach. Opisywana wyżej koncertówka została już nagrana w składzie z Mattem Cameronem (ex-Soundgarden), który, wnioskując ze słuchania najnowszych wydawnictw, w pełni zadomowił się już w kapeli. Ale o tym już w następnym odcinku :).
© Risk a.k.a. Petarda