Opeth - "My Arms, Your Hearse"
Sądząc po układzie utworów,"My Arms, Your Hearse" zawiera muzykę bardzo uporządkowaną. Mamy tu bowiem i "Prologue" i "Epilogue", jednak to, co znajduje się pomiędzy tymi utworami to typowe dla Opeth, jedyne w swoim rodzaju granie.
"Prologue" to nic innego jak krótkie intro, które wprowadza nas w ten magiczny świat wypełniony muzyką Szwedów. Padający deszcz świetnie oddaje nastrój panujący na albumie, a pianino pogłębia i tak już dekadencki stan, w którym się znajdujemy. Długo by można mówić o tym, co się dzieje dalej, lecz i tak nie będziemy w stanie ukazać w pełni tego muzycznego arcydzieła jakim jest ten album. Geniusz Mikaela Akerfeldta zręcznie "manipuluje" naszymi uczuciami. On sam jest przewodnikiem po tej niezwykłej krainie. To człowiek, który potrafi w jednej chwili potężnie zaryczeć, a w ułamku sekundy raczyć nas swoim przejmującym, naturalnym głosem. Jak na każdym albumie, również i tu mamy doczynienia z ostrymi riffami, akustycznymi przerywnikami. Całość to jedna wielka niewiadoma. Przykład? Chociażby utwór "When", ktory przez dłuższy czas torturuje nas potęgą dźwięków, jednak dzięki wplecionym spokojnym fragmentom przynosi także ulgę. "Madrigal" - ten półtora minutowy przerywnik to już zupełne wyciszenie z psychodeliczną otoczką. "Demon Of the Fall" przez moment atakuje nas puszczonymi w rewersie dźwiękami. Następnie mamy kolejną fale z wściekłymi wokalami i brudnymi gitarami, a w końcówce, co zaskakujące, jest już rockowo! Tylko jeden zespół może w taki sposób łączyć ze sobą różne gatunki muzyczne, ten niezwykły progres jest tego przykładem - Opeth nie ma sobie równych. Chcecie więcej? Tak? To posłuchajcie "Epilogue". Aż nie chce się wierzyć, że to ten sam zespół. Ten kawałek spokojnie mógłby się znaleźć na którejś z płyt Pink Floyd!
Teraz zapewne sami rozumiecie jak niezwykłym zespołem jest Opeth - bogactwo dźwięków, niesamowita spójność kompozycji i wreszcie klimat. Cóż więcej potrzeba do szczęścia...?