..::Dead Can Dance – "Within the Realm of a Dying Sun"::..
Dead
can Dance jako zespół zawsze dążyło do doskonałości. Już muzyka zawarta
na "Spleen & Ideal" lekko ocierała się o niezmierzone piękno...
jednak szczyt udało się osiągnąć przy trzeciej płycie "Within the
Realm of A Dying Sun". Nie sposób powiedzieć cokolwiek i jakkolwiek
skrytykować coś, co jest po prostu doskonałe! O tym albumie NIE DA się
powiedzieć nic... jednak ja spróbuję podjąć się tego trudnego zadania.
Zacznę
może od spraw iście technicznych gdyż nie sposób nie wspomnieć o tym, że
Dead can Dance podczas nagrywania tej płyty (a trwało to 18 miesięcy)
wspomagało aż 11 muzyków! Wątpię aby komukolwiek z was mówiły coś
nazwiska takie jak: Gus Ferguson (wiolonczela), Richard Avison (PUZON!), Peter
Ulrich (odpowiedzialny był za kocioł orkiestrowy i werbel wojskowy). Prócz
nich zespół wspomagały dwie skrzypaczki, alcista, jeszcze jeden
wiolonczelista, trębacz, puzonista, basisto-puzonisto-tubista i Ruth Watson
grająca na wspaniałym instrumencie - OBOJU. Za wszelkie inne instrumenty i
oczywiście partie wokalne odpowiedzialni byli jak zawsze Lisa i Brendan.
Ten imponujący skład nagrał w OSIEMNAŚCIE miesięcy album WSZECHCZASÓW! Nie
powstało i nigdy nie powstanie nic piękniejszego od "Within the Realm of
a Dying Sun".
Na
okładkę płyty wybrano fotografię Bernarda Oudina. Przedstawia ona postać,
która w sztuce oznacza śmierć stojącą przy grobowcu. To właśnie śmierć
jest ogólną myślą tytułu "W królestwie umierającego słońca".
W tym miejscu przytłoczę fragment pieśni o tytule "Xavier" -
najlepszej z tego albumu i w ogóle najpiękniejszej jaką w życiu słyszałem:
"Wolność
tak ciężka
Gdy wszyscy ograniczeni jesteśmy prawami
Wyrytymi w tym systemie przez samą naturę.
Jej własną ręką
Niedostrzeganymi przez tych wszystkich,
Którzy przegrywają w wyścigu o wiarę"
Czyż
nie jest to wymowne? Czyż nie jest to jedna z najpiękniejszych myśli jakie
kiedykolwiek czytaliście? Wiem, że możecie jej nie zrozumieć... wystarczy
tylko przez chwilę się zastanowić...
Mistyczny
las... drzewa kołysane przez wiatr. Zimny śnieg i postać stąpająca po nim.
Idzie i śpiewając przywraca nadzieję ludziom, którzy słuchają jego ponurej
pieśni. Wiadomo, że będzie lepiej dzięki temu człowiekowi, który się za
nas wstawi...
Jakaś postać idzie po lodzie. Z jej włosów cieknie woda, spadając zamarza i
rozbija się o twardą powierzchnię. Wiatr lata szukając ofiary i rozwiewa długie
włosy człowieka...
Góry pokryte śniegiem. Ta sama osoba kontynuuje swą wędrówkę. Przed jej
oczami tworzą się dziwne wizje. Łagodzi je muzyka, która płynie z wiatrem.
To wiatr ją roznosi...
Średniowieczne miasto o północy. Postać idzie po rynku i wznosi swą pieśń
do niebios. Pragnie wolności, jego dusza pragnie uwolnić się z tego wyścigu
o wiarę. wiatr nadal towarzyszy tajemniczej osobie. Roznosi jej pieśń do
ludzi, którzy chcą ją usłyszeć. Tylko oni naprawdę pragną być wolni,
wiedzą, że tajemniczy wędrowiec to klucz do życia... lub śmierci...
Chóry Serafinów modlą się o duszę tego człowieka. Wiedzą, że głosi
prawdę lecz mimo wszystko nie pomogą ponieważ według nich ta wędrówka jest
bezcelowa i skazana na niepowodzenie...
Wędrowiec użala się nad sobą. Stoi na środku pustyni. Jest noc a on nadal
wznosi swe pieśni do niebios. Prosi by usłyszeli choć słowo. Nawołuje do życia.
Usłyszał odpowiedź od kobiety...
Wędrowiec stoi u bram kościoła. Starej katedry i słyszy chóry anielskie wołające
go. Waha się i wystawia dłoń by otworzyć wrota. Stawia kilka niepewnych kroków
w kierunku klasztoru a zastępy Serafinów modlą się o niego, nadal wiedzą
jednak, że jego starania są skazane na klęskę...
Otworzył wrota. Czarna moc ogarnęła jego duszę. Jeden z upadłych aniołów
także się tu dostał. Wyśpiewuje pieśni do wędrowca. Anioł wzlatuje do góry
i wyciąga rękę do wędrowca. Zapada cisza lecz skrzydlaty zaczyna ponownie śpiewać,
ściąga kaptur a podróżny widzi w nim kobietę, którą poznał na pustyni.
Nie odzywa się do niej i tkwi w zamyśleniu. Zastanawia się czy jego długa
podróż miała jakiś cel. Zastanawia się czy Serafini mieli rację mówiąc
aby zaprzestał... Przypomina mu się cała wędrówka po czym odrzuca te myśli
i wraca w szeregi aniołów.
Sami
zastanówcie się co przedstawiłem powyższym akapitem. Dla niektórych może
się to okazać zbyt trudne zadanie ale mam nadzieję, że zrozumiecie moją
fascynację "Within the Realm of a Dying Sun". Mam nadzieję, że słuchając
tego albumu choć przez chwilę poczujecie się tak jak ja. Będziecie dotykać
ręką nieba albowiem Dead Can Dance stworzyło coś, czemu nawet chóry
anielskie nie dorównają.
Po
wydaniu tej płyty Dead Can Dance osiągnęli szczyt. Ten album był zawieszony
pomiędzy niebem a piekłem... mimo to ludzie, którzy go stworzyli czyli Lisa i
Brendan nadal mieszkali na trzynastym piętrze w jednym z londyńskich bloków...
Ten album nie dostanie ode mnie oceny, gdyż jest kultowy i nigdy, NIGDY i
jeszcze raz powtórzę NIGDY nie powstanie nic, co mogło by go przebić... nie
śmiem krytykować Dead Can Dance i zresztą nie mam za co... album jest kultowy
i nie polecam go wam. NIE KUPUJCIE GO!!! Nie spodoba wam się...