![]() |
Podczas kupowania tej płyty i w drodze powrotnej do domu nie mogłem powstrzymać drżenia rąk. Oto, za jedyne 56 złotych (i 99 groszy) nabyłem "Hvis Lyset Tar Oss", o której tak wiele słyszałem (między innymi że jest najdoskonalszą płytą Burzum, black metalu i ogólnie wszelkiej muzyki).
Trudno mi opisać emocje jakie mi towarzyszyły wraz z pierwszym przesłuchaniem tego cuda; Książe Palownik to już właściwie wszystko powiedział - że lato potrafi zamienić w zimę, dzień w noc, a radość w niczym niepowstrzymywany smutek.
Cóż mogę jeszcze napisać? W tej chwili, rzecz niespotykana, do oczu napływają mi łzy, gdyż słucham ostatnich taktów tej wspaniałej płyty. Tak, to jest arcydzieło. Wielu na pewno tego nie zrozumie, bo w końcu czymże jest Burzum wobec "wspaniałego" i supergwałcicielskiego (ja bym napisał debilnego) Mayhem? Ale co tam, niech wyklinają tę płytę. Niechże jednak wiedzą, że to cudo pozostanie, nawet jeśli ludzie zapomną o Vikernesie i tym, czego dokonał.
Same utwory są proste jak drut, tzn. bębny dudnią, na gitarze wygrywany jest ciągle jeden riff przez cztery minuty, a w tle także słychać jednostajne i naprawdę mroczne klawisze. Ogólnie utwory składają się z podkładu perkusyjnego, mocnych gitar, o brzmieniu typowym dla Burzum, wyraziście zarysowanego basu i wściekłych ryków Varga, czasem występujących w postaci skamlenia i skrzeku. I co ciekawe, ja sobie w ogóle nie wyobrażam mojego ulubionego utworu (nie tylko Burzum, ale w ogóle - cytując Palownika) "Det som en gang var" z jakimiś dodatkowymi efektami! Taka prostota i maglowanie jednego motywu przyciąga i nie puszcza!
Żeby opisać wszystkie utwory wystarczy rzucić kilkoma określeniami i wszystko staje się jasne.
"Det som en gang var" zaczyna się trzyminutowym klawiszowo-gitarowym intrem, które mije niespodziewanie szybko i na samym początku płyty pokazuje, jak bardzo muzyka może być smutna. Po wstawce w stylu starego Burzum (klasyczny Burzumowy black bez udziwnień) muzyka przechodzi już we właściwy ton, czyli logiczna kontynuacja intra z jeszcze bardziej przejmującą grą na syntezatorze, która trwa bite cztery minuty, aż do zmiany brzmienia gitary i dalszej, genialnej gry. Jest to jedna z tych melodii, które same wchodzą człowiekowi w umysł i nie dają o sobie zapomnieć.
"Hvis lyset tar oss" w przeciwieństwie do pierwszego utworu nie posiada jakichś genialnych melodii, ale i tak z niewiadomego powodu zapada w pamięć. Tworzy on naprawdę specyficzny mistyczny klimat. Bardzo ważna jest w tym utworze cierpliwość, bo pierwsze dwie minuty to czysta łupanina, która dopiero potem przekształca się w potężne granie, w które zostało włożone wiele wysiłku i uczucia, które udziela się też słuchającemu. O ile "Co się zdarzyło kiedyś" jest bardzo smutne, to "Kiedy światło nas ogarnia" jest pełne gniewu. Podobnie jak w wielu najlepszych utworach Burzum, Varg zastosował tutaj nagłą zmianę brzmienia gitary na końcu utworu. Napiszę jedno: geniusz.
"In i slottet fra droemmen" jest na tej płycie najbardziej podobny do tych utworów z pierwszego wydawnictwa (i "Aske"). Proste gitarowe riffy wymieszane z wychodzącym na prowadzenie basem niespodziewanie dobrze się sprawdzają w tworzeniu niesamowitego klimatu. Z początku potężne nawalanie powodujące nierzadko napady agresji, przeistacza się w melodyjny utwór przynoszący na myśl "Dominus Sathanas", a to za sprawą podobnych riffów, wrzasków pana Vikernesa i nadającemu ton basu. Ten utwór jest w gruncie rzeczy kwintesencją stylu w jakim grało wtedy wiele zespołów w Norwegii (np. Satyricon na "Dark Medieval Times"), czyli mrok, przerażający ogrom tej muzyki.
"Tomhet", czyli jak już wspomniałem "Pustka" jest jeszcze smutniejszy niż pierszy kawałek. Może dlatego że jest przeraźliwie prosty. Do połowy muzyka wygląda mniej więcej tak: pierwszy syntezator grający cały czas jedną nutę, służący jako podkład i nadający ton utworowi; drugi syntezator powtarza smutnie przez cały czas jeden "riff"; trzeci syntezator, jak żywa wydobywa z siebie jęki pełne żalu. W środku rzeczywiście istnieje pustka - przyciszone klawisze, wzruszające motywy i barwy, wręcz nie do opisania. Nagle, pojawia się delikatna perkusja (pewnie robiona za pomocą MIDI, ale i tak dobra), pierwszy syntezator ciągle zmienia ton, a na pierwszym planie gra coś piszczałko-podobnego. Jest to zupełne zaskoczenie - po pełnych ciemności i zła utworach, końcówka "Pustki" jest bardzo pogodna i wzruszająco wręcz zamyka to dzieło.
P.S. Nie wiem dlaczego, ale wszystkie zdjęcia tej okładki w necie (nawet na www.burzum.com - R.I.P.) mają naprawdę kiepską jakość. Okładka "Hvis lyset tar oss" przedstawia trupa leżącego pod drzewem obok jakiejś ścieżki i kilka ptaków latających dookoła.
P.P.S. Adres www.burzum.com jest już nieważny. Z zarąbistej strony posiadającej wszystko co można zapragnąć, ta witryna zamieniła się w jedną stronkę z odnośnikami do amazon.com, gdzie można kupić płyty. Więc jak już pisałem - Rest in peace www.burzum.com.