*** Tolerancja i pozerstwo ***
Już od pewnego czasu z pobłażliwym milczeniem obserwuję "dyskusję" dotyczącą metalu, hip-hopu, pozerstwa i tolerancji, jaka odbywa się na łamach KM. Dostaję także listy w tej sprawie. Kilobajty tekstu lecą jak z bicza strzelił, a czytelnicy - zamiast rozwiewać swoje niepewności - pogrążają się w coraz większym chaosie, nie wiedząc za bardzo, po której stronie "barykady" stanąć...
To, co szczególnie rzuca mi się w oczy, to mylne rozumienie pojęcia tolerancja. Metal, który ośmieli się publicznie stwierdzić, że podkład hip-hopowy jest beznadziejny, a teksty traktują głównie o ćpaniu, libacjach alkoholowych, życiu na blokowisku itp.; hip-hopowiec, który napisze, że metal to tylko walenie w gary i ryk wokalisty - ci ludzie są od razu okrzyczani nietolerancyjnymi. Czy słusznie? Pozwolę sobie zacytować definicję tolerancji zaczerpniętą z Encyklopedii Powszechnej PWN (wyd. III):
Tolerancja - uznawanie prawa innych do posiadania poglądów, gustów itp. odmiennych od poglądów oceniającego, nie obejmujące jednak idei wstecznych, antyhumanistycznych czy wręcz zbrodniczych. Tolerancja intelektualna oznacza szacunek dla cudzych poglądów wyrażający się w dopuszczaniu ich do głosu. Tolerancja moralna oznacza, że przy zachowaniu elementarnych norm moralnych są uprawnione różne style życia, postawy, obyczaje i zwyczaje. (...) Pełna swoboda wyznania i sumienia została zapewniona konstytucyjnie.
Któż zatem jest nietolerancyjny? Czy ci, którzy krytykują inną muzykę, subkulturę? Nie! Ci właśnie ludzie formułują swoje opinie, do których prawo mają zagwarantowane w konstytucji, pod warunkiem, że robią to w sposób kulturalny i nie przedstawiają rzeczywistości w sposób fałszywy. I tutaj właśnie jest pies pogrzebany. Tolerancja - w powszechnym rozumieniu tego słowa - nie ma polegać na nie krytykowaniu innych, ale na uszanowaniu odczuć i opinii innych ludzi.
Spójrzmy zatem przez pryzmat tolerancji, jak powinny wyglądać wypowiedzi zwaśnionych stron konfliktu:
Tolerancyjny metal: Uwielbiam zarówno ryk jak i cudowny śpiew Bruce'a. Kocham ostre partie gitarowe i perkusyjne. Ubóstwiam teksty zespołów metalowych. Takie liryki hip-hopowe są niczym w porównaniu z moim kochanym metalem: ciągle tylko wykrzykują coś o narkotykach, piciu, policji itp. No i ten ich podkład jest dołujący. Co prawda słyszałem parę fajnych składów hh, ale spotyka się je bardzo rzadko. No ale skoro hip-hopowcom się to podoba, to niech sobie słuchają tej muzyki...
Tolerancyjny hip-hopowiec: Wychowałem się na blokowisku i teksty hh są mi bardzo bliskie. No a w dodatku podkład idealnie zgrywa się z wokalem i jest pełny wypasik. Jak patrzę, jak te metale katują się tymi rykami i ostrym waleniem po garach to aż mi się przykro robi. No ale skoro im to sprawia frajdę, to widocznie coś jednak w tym jest...
Mam nadzieję, że to obrazowe pokazanie prawdziwej tolerancji trafiło nawet na najbardziej zakutych łbów;). Najgorsze jest to, że w Polsce subkultury nie potrafią zasiąść do "okrągłego stołu" i przedyskutować swoich poglądów i opinii, tylko od razu biorą się z łby. Ale wtedy to nie są już metale czy hip-hopowcy, tylko bydło...
Kolejnym problemem, który nierozerwalnie łączy się z tematem tolerancji jest sprawa pozerstwa. Często słyszy się, że ludzie noszący koszulki Slipknotu, Limp Bizkit itp. to pozerzy. Metale na łamach KM zarzucają, że większość tzw. hip-hopowców to również pozerzy. No i znowu sprawa sprowadza się do pytania: kim jest pozer? Pozwolę sobie krótko przedstawić moją opinię w tej sprawie. Za pozera uznaję osobę, która swoim ubiorem, zachowaniem, słownictwem, stylem bycia itp. stara się upodobnić do jakiejś grupy ludzi [w szczególnym wypadku: subkultury] by być akceptowanym, uznawanym za człowieka, który jest "cool" itd. Na podstawie takiej definicji w zasadzie wszystkich członków subkultur można by uznać za pozerów. Dlatego rozszerzę moją definicję: pozer nie upodabnia się do jakiejś grupy z potrzeby serca, ze względu na zamiłowania i poglądy, ale aby nie czuć się odmieńcem. Kupuje sobie parę kaset, czarne koszulki bądź spodnie o parę numerów za duże i już jest wspaniałym metalem bądź "cool" hip-hopowcem. Nie! Sam stałem się metalem [choć znowu nie takim ortodoksyjnym], bo spodobała mi się ta muzyka, podobają mi się ludzie aspołeczni, nielubiący imprezek disco [byle się błysko;)], chętnie zdobywający wiedzę itp. Często jednak zdarza się, że jakiś "młody gniewny" pozuje się na metala, bo podniecają go obrządki pseudosatanistyczne, dewastowanie cmentarzy, glanowanie hip-hopowców i dresów itd. I jak takie ścierwo nazwać prawdziwym metalem? Tak samo można odnieść się do subkultury hip-hopowej. Nie mam nic przeciwko ludziom, którzy tę muzykę kochają, pragną stawać się coraz lepszymi, nie wadzić innym itp. Ale jak widzę na szkolnym korytarzu kolesi w workowatych spodniach, którzy to chwalą się, jak to na ostatniej imprezie bełtali i ile wypili, no to normalnie ręce opadają...
I tu poraz kolejny jest pies pogrzebany. Negatywne odczucia co do poszczególnych subkultur nie wynikają z nich samych, ale właśnie z pozerstwa, które się w nich szerzy. Lubisz demolować cmentarze, dusić koty i nosić czarne ciuchy? OK, ale przylep sobie na plecach kartkę: "Jestem pseudosatanistycznym ścierwem - nie mylić mnie z metalem!" Lubisz "cool" imprezki, alkohol, papierosy, nienawidzisz szkoły? OK, ale namaż sprejem na bluzie: "Jestem menelem, chcę zaćpać się na śmierć - nie mylcie mnie z hip-hopowcem"...
Tym akapitem zakończę ten artykuł, bo chyba wszelkie podsumowania czy komentarze są zbędne...