Wahadło Foucaulta
Umberto Eco, tym razem bez róż.


Głęboki oddech i znowu próba podniesienia się na nogi. Mrok przychodzący ze wszystkich stron i znikąd, tak powinienem zginąć - mówi - lecz ja nie umieram. Jestem wieczny jak idea świątyni. Dopóki istnieje zakon templariuszy, dopóty ja będę istniał. Nie wierzycie? Uwierzcie nikt nie zatrzyma planu poza nami. Już wkrótce świat zobaczy, czym jest i jak nim panować. My templariusze - wrzeszczał - zemścimy się. Sześć po sześciu w sześciu krajach w końcu znalazło swoje drogi, złożono mapę, teraz nic nas nie zatrzyma! Nasz zakon istniał długo, kiedy papieże skakali sobie do gardeł, bo było ich więcej niż powinno (ponad jeden, chociaż i odosobniony jest zagrożeniem) my, my zakon doskonały zgłębiliśmy wiedzę, wiedzę potężną, która potrafi niszczyć, potrafi - bliski załamania, ale dzięki naszym zabiegom udało się go podtrzymać. Zakon świątyni, wielkie zgromadzenie istnieje! Templariusze mogą przeniknąć do rządów niezauważeni, mogą wywołać wojny, mogą niszczyć, ale, po co? W końcu to wszystko będzie nasze!

Nie wiecie zapewne, o co w tym wstępie chodzi, więc śpieszę z wyjaśnieniem. Kiedyś, dawno, (dawno...) temu istniały zakony rycerskie. Ot tacy krzyżacy byli jednym z nich. Jak wiecie popyt był wielki w średniowieczu na rycerzy. Każda szumowina mogła wstąpić do zakonu, byle udowodnić swoją szlachetność (wysokie urodzenie- tj. sarmatyzm). Wyobrażacie, co się działo, gdy wojny przycichły, gdy nie było, kogo bić? Krzyżacy jak wiadomo znaleźli sobie miejsce, ale tacy Templariusze? Chyba nie ma chętnych, żeby mieszkać w Jerozolimie, mieć jednego konia na spółkę ze współbratem i jeść z nim z jednej miski. Wiecie, czym to zalatuje teraz? Kiedyś też zalatywało, więc nic dziwnego - templariusze chwytali się, czego mogli. W końcu zaszli do Francji, jednej z ojczyzn krucjat, matki cywilizacji średniowiecznej. Urządzali się tam bardzo krótko, doszli do sporej władzy. W dzisiejszych czasach nazywałoby się to monopolem (np. tpsa). Taki zakon hultajów miał sprawować pieczę nad skarbem króla, a wiadomo w średniowieczu król to państwo. Oczywiście wynik prosty - nie było to na rękę monarchom, oni nie mogli po prostu się panoszyć bez pieniędzy, a kto im przeszkadzał no, kto? I w tej chwili wszystkie spojrzenia trafiają na templariuszy. Nie, aby byli niewinni, ale jeśli król powiedział "pozbyć się" nie było już sposobu na ratunek. Do brudnej roboty bierze się inkwizycja. Zaczyna się robić coraz cieplej, templariusze są przypalani, łamani kołem, oślepiani, ogólnie maltretowani. Żeby skrócić męki wielu przyznaje się do szachrajstw, a nawet dodaje swoje. Templariusze są skończeni zanim papież zdążył powiedzieć "nie" większość wisiała, gorzała, była w trakcie procesów lub uwięziona. Pozostało jedno, "ale". Podobno przed aresztowaniem templariuszy wyszło ostrzeżenie. Z jednej twierdzy wyjeżdża wóz z sianem. Tak! Niewinny wóz z sianem jest teraz zagadką dla historyków, wóz może prowadzić do ukrytego, tylnego wejścia w sprawy templariuszy. Może być brakującym elementem. Może...

No i co wspólnego ma z tym nasz główny bohater? On właśnie jest prawie nic nie świadomy, jest studentem i jego pracą magisterską jest sprawa templariuszy. Cóż zachodzi do kawiarni otrzeźwić myśli "jednym" (Phnom co ty na to? ;) {No wiesz co, Splatchu?! O co Ty mnie posądzasz?! - PP} i spotyka bardzo dziwnego człowieka. Obaj wdają się w rozmowę, wkrótce ponownie się spotykają, dziwny człowiek prosi o pomoc naszego studenta. Ma rękopis jednego wariata, który twierdzi, że wóz z sianem wywiózł bardzo ważne rozporządzenie. Tylko, co dalej?

Ano nic! Bo wam nie powiem :). Wierzcie mi to, co przeczytałem przeszło moje wyobrażenie. Na książkę, bowiem trafiłem w bibliotece, gruba, z 2002 roku (jeszcze nowa była :) z okładką w stylu apokaliptycznym. Mnich zmierzający do świątyni ujęty w pół kroku patrzący na niebo, jakby zobaczył na nim swoją ostateczną klęskę, dalej w nawie pod kolumnami inni braciszkowie z minami jakby zobaczyli własną scenę... śmierci. Na samej górze okładki widniało nazwisko autora Umberto Eco. Wahałem się czy wypożyczać książkę, ale ostatecznie przed wyjściem moje spojrzenie padło na nią jeszcze raz. Wypożyczyłem ją. Co prawda liczyłem na coś w stylu Imienia róży, niestety zawiodłem się. Powieść jest osadzona w latach siedemdziesiątych a ze średniowieczem ma wspólne tylko wspomnienia. Często i gęsto autor przytacza różne sceny to przysięga wierności zakonowi, to poszukiwanie części mapy, to coś innego. Co prawda troszkę się zawiodłem ależ, jakie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem fragment kodu napisanego w Bascic'u! Pisali na okładce, co prawda, że jest to powieść erudycyjna, ale nie wiedziałem, że aż tak daleko. Sam nie wiedziałem, co to erudycja, więc byłem zmuszony sprawdzić w słowniku i proszę. Erudycja= wszechstronność (no nie dosłownie, ale w uproszczeniu). Często też pojawiają się fragmenty dzienni, kto fakt trójstopniowej narracji prowadzonej przez jedną osobę. Pierwszy stopień to teraźniejszość i odczucia obecne bohatera. Drugi stopień to wspomnienia głównego bohatera, a trzeci to jego odczucia i od czasu do czasu jeszcze jakieś słowo przypomniane sobie. Wygląda to na czas Teraźniejszy, przeszły i zaprzeszły jak w staropolskim, tylko z odmianą współczesną. Wierzcie mi czasami przeskoki następują tak szybko, że występuje szok termiczny. Z gorącej Francji do wilgotnej Anglii, na mokradła Żuław i tak dalej. Jeszcze bardziej uderza fakt prowadzenia akcji. Wiadomo taka narracja wymusza specjalne prowadzenie akcji, więc ta jest bardzo opóźniona. Przeszło sześćset stron to wspomnienia a ostatnie siedemdziesiąt to akcja teraźniejsza. Uwierzcie mi, jestem pełen podziwu dla autora, że potrafił to skomponować w ten sposób, ale miejscami miałem już dość byliśmy, jedliśmy, czytaliśmy i przeszłości i miałem ochotę przeczytać, chociaż raz czytał, jem, piję.

Trudno mi podsumować tę książkę i wierzcie mi: mam, co do niej mieszane uczucia. Z jednej strony wspaniały autor, z drugiej miejscowe krzaki. Z jednej strony wszechstronna erudycja, znowu z drugiej braki w niektórych kwestiach. Wierzę, że nie dorosłem jeszcze do tego niewątpliwego dzieła i dlatego książka otrzymuje całą szóstkę z minusem [6-]. Te niewątpliwie wybitne dzieło mogę polecić tylko doświadczonym czytelnikom ze sporym zasobem wiedzy i ze znajomością języka francuskiego. Niestety nie mogę deklarować się i gwarantować zadowolenia z czytania, ponieważ wielu książka ta może sprawić problemy, co sprawi, że odrzucą ją w kąt. Muszę przyznać, że sam czasami mam złudzenie złego zrozumienia zdania, akapitu, rozdziału. Często pojawia się numerologia, liczby i słowa przytoczone z hebrajskiego. Sensem książki jest łatanie historii, ustawianie domysłów, walka z rzeczywistością na rzecz pozorów. Cała książka to Zagłoba, jego zabawne krotofilie i krętactwa. Tak samo jak z Zagłobą, plama w historii? Wstaw tam tę książkę, a efekt będzie taki sam jak z naszym polskim bohaterem trylogii.

Oto elitarne wyróżnienie dla dobrych książek! Podpisuję się obiema nogami i rękami! Na nogi nie starczyło  miejsca ;).
Łukasz 'Splatch' Dywicki
splatch@wp.pl

PS. Uwagę szczególną skierujcie w kierunku numeracji rozdziałów.
PS2. Nie lubię ręcznie konwertować znaków z kodowania, a z ROT 13! Ach te edytory tekstowe! :)