Robert Ludlum - "Tożsamość Bourne'a"


Świętej pamięci Robert Ludlum w ciągu swego ciekawego życia napisał naprawdę wiele książek. Większość z nich to opowieści sensacyjne lub thrillery, które w moim odczuciu tworzone były "na jedno kopyto" - zawsze bohater, przeważnie dziennikarz, wojskowy lub agent, wpadał na trop niezwykle zawikłanej intrygi i przez pięćset stron miotał się po świecie w celu ujawnienia spisku mogącego zagrozić światu. Dziwiło mnie, że zawsze herosi odkrywali niecne knowania ("bo mi nagle dziwnym trafem tajny dokument w ręce wpadł") w momencie, kiedy były one w fazie, w której już niemal nic nie może przeszkodzić Tym Złym. Nigdy nikt nic nie wywęszył w okresie planowania, kiedy na spokojnie można podjąć działanie; wciąż i ciągle na bohaterów nastawali zawodowi zabójcy, którzy i tak kończyli marnie; bez przerwy zdradzali ci, którzy zdradzać nie powinni, co stało się przewidywalne itd. itp. etc. Listę można jeszcze wydłużyć (np. o zaskakującą dociekliwość dziennikarzy stykających się z interesem Sprawiedliwego [bez skojarzeń, proszę] - żaden, nawet pomimo zagrożenia życia, nie popuścił), jednak tego nie uczynię, ponieważ Ludlum uzyskał rozgrzeszenie w momencie, kiedy stworzył "Tożsamość Bourne'a".

Powieść ta jest niczym innym, jak, tradycyjnie, thrillerem sensacyjnym. Jest jednak coś, co odróżnia ją od innych powieści ludlumowo-cusslerowych. Skala mianowicie. Skala przedstawionych wydarzeń. Mimo, iż afera jest nielicha i bohater zmuszony jest do podróżowania, zabijania i uciekania - nie ma się wrażenia, że opowiadana historia jest wyciągnięta z najgłębszych czeluści archiwum X. Czytelnikowi przedstawiono człowieka, który wskutek niesprecyzowanego wypadku stracił pamięć. Jego działania, dążące do odzyskania własnej przeszłości, są logiczne - i ta sama logika sugeruje tytułowemu Bourne'owi, jak i czytelnikowi, że nasz gapcio jest zawodowym, permamentnym, złym do szpiku sznurówek mordercą. Takim zwykłym, nie pracującym na usługi tajnego rządu chcącego przejąć włądzę nad światem poprzez wykupienie wszystkich zapasów żelków w kształcie misia. Niesamowite - a jednak dało się sklecić porządną fabułę bez nadmiernego jej komplikowania.

W tym akapicie wyjątkowo czepiał się nie będę. Najzwyczajniej nie ma czego - powieść jest bez zarzutu. Nie ma co prawda mocy przyciągania charakterystycznej niektórym dziełom, ale przez kolejne strony brnie się bez uczucia znudzenia. Tłumaczenie i korekta też zasługują na pochwały - nie zauważyłem żadnych błędów ni potworków składniowych, charakterystycznych przecież dla wydawnictwa Amber. Pozwolę sobie więc na dygresję, a jej tematem będzie ekranizacja powieści. Pierwsza powstała ładnych piętnaście-dwadzieścia lat temu i była całkiem niezła. Wiernie trzymała się fabuły, aktorzy potrafili wczuć się w role. Gorzej jest w przypadku drugiej, tej z roku ubiegłego. Nie dość, że w rolę główną wcielił się boski Matt Damon (nie wyobrażam sobie jak ktoś mógł podjąć decyzję o zaangażowaniu go do tego typu filmu. Toż on ma wygląd pacyfistycznego wegetarianina, a jedno, co mogę powiedzieć, to to, że nie takiego Bourne'a sobie wyobrażałem.), to jeszcze scenariusz napisała chyba osoba znająca książkę z barowych opowieści kolegów. Wybaczyłbym jeszcze brak pewnej ważnej persony (która zresztą nie była postacią fikcyjną, co dodawało powieści wiarygodności ), ale zakończenie wręcz błaga o pomstę do nieba! Rozumiem, że można zrobić własną interpretację powieści (jak Jackson postąpił z Władcą Pierścieni), ale tutaj inwencją własną reżyser wykręcić się nie może. Koszmar i profanacja.

Podsumowując, książka jest bardzo, bardzo dobra. Jednak fakt, że mogłaby być jeszcze lepsza, jest równie oczywisty co dobre chęci pewnego Lepp... pewnego opalonego (dziewczyny lubią brąz...) człowieka o Dziwnym Wyrazie Twarzy. Jednak polecam ją wszystkim tym, co to fascynują się Dżemsem Bondem, jak i wielbicielom Archiwum X, ponadto germanofilom, militarystom i ludziom których kręcą tajne (ale szybkie) akcje. To wszystko poważnie i na serio.

military